Chris Adler rzucił nieco światła na intencje stojące za ostatnim przedsięwzięciem Lamb of God. Zespół, ku uznaniu krytyków, wydał w tym miesiącu nowy dokument, „As the Places Burn”. Perkusista uważa, że zanim film dochodzi do momentu, który skupia się na procesie sądowym o zabójstwo człowieka, wytoczonym Randy’emu Blythe’owi, mowa jest też o pracy, która ma na celu podkreślenie pozytywnej potęgi muzyki.
Ogólnie mówiąc, muzyka potrafi zbliżyć do siebie ludzi. Możemy dzięki temu przejść obojętnie obok różnic, które posiadamy jako ludzie. Jest to świetny przykład na to, że znalezienie cech wspólnych jest o wiele lepszym pomysłem niż pokazywanie wszystkiego, co nas różni, jak robią to np. wiadomości. Ta rzecz nie ocali świata, wiadomo, ale jest to jedna z tych dróg, przez które możemy udowodnić, że to wszystko naprawdę może zbliżyć ludzi.
Po premierze filmu zespół był bardzo zadowolony:
Było świetnie, pokaz się wyprzedał, duża frekwencja. Ludzie byli bardzo podekscytowani tym, że zobaczą film. Cieszyli się, że znów widzą nas razem na scenie, gdy zapowiadaliśmy nasz dokument. Jednak, gdy wszystko się zaczęło, zespół natychmiast opuścił miejsce. To ciężkie uczucie oglądać to ponownie. Doświadczyliśmy tego, a widząc to po raz kolejny, przenieślibyśmy się z powrotem do tego miejsca. To nie był film, który chcieliśmy zrobić- nie byliśmy aktorami, byliśmy częścią tego dokumentu, który mówi o naprawdę nieszczęśliwym wydarzeniu.
Adler mówił też nieco o tym, jak z ich perspektywy wyglądała sprawa zamknięcia Randy’ego w więzieniu:
Byliśmy odsunięci od wszelkich informacji na temat tego, co się dzieje, nie wolno nam było porozmawiać z nim w więzieniu. Bardzo ciężko było się dowiedzieć, co się stało podczas tej sytuacji, wiedzieliśmy, że nie możemy się wychylać i niczego nie mówić, bo nie chcieliśmy wpływać na rozprawę. Było bardzo mało rzeczy, które mogliśmy zrobić, poza zbieraniem pieniędzy na prawników i posiadaniem nadziei, że robimy słuszną rzecz. Był to strasznie frustrujący czas. Byliśmy bardzo obronnie nastawieni- to nasz wokalista, nasz przyjaciel, który siedział w więzieniu za to, że zrobił coś, w co nie wierzyliśmy lub coś, za co mógł nie być odpowiedzialny. Baliśmy się o to, jak Randy sobie radzi, jak również o to, co się z nim stanie. W tym samym czasie doszła do nas wiadomość, że ktoś zginął na naszym koncercie. To jest coś, czego nikt nie chce usłyszeć. Chcemy żeby nasi fani dobrze się bawili i cieszyli muzyką, a to był ostatni koncert, na którym ten dzieciak w ogóle uczestniczył, więc jest to dla nas potworne uczucie.
Możecie posłuchać, jak Chris mówi o tych wszystkich rzeczach w wywiadzie poniżej:
