Wokalista oraz gitarzysta zespołu Annihilator – Jeff Waters – odpowiedział na pytania zadane przez Marka Deana z Myglobalmind.com. Tłumaczenie wywiadu przeczytacie poniżej.
Mark Dean : Cześć Jeff.
Jeff Waters:
Dobrze cię słyszę i rozumiem, jeśli tak zostanie przez całą rozmowę, wszystko pójdzie dobrze.
Jeśli będą jakieś problemy z połączeniem mogę wysłać ci pytania.
Z reguły wolę wywiady telefoniczne, bo nie chcę za dużo rozpisywać się na komputerze. Jestem w studiu, więc gram sporo na gitarze, następnie odpisuję na kilka maili, przez co sztywnieje mi kark i ramię. Dlatego spróbujmy się dogadać przez telefon; jeśli mnie słyszysz, to jest ok.
Powiedziałeś, że aktualnie znajdujesz się w studiu. Nagrywasz jakąś nową muzykę dla Annihilatora?
Niezależnie od tego, gdzie jestem, tworzę nowe rzeczy dla Annihilatora. Wyjątkiem jest pobyt w trasie. Czasem biorę urlop i tak czy inaczej wracam do studia, gdzie miksuję nagrania innych kapel, ale najczęściej wymyślam nowe riffy. Nie na poważnie, żeby nagrać płytę, a dla zabawy. Bawię się nie tylko gitarą, ale też perkusją i w taki oto sposób po miesiącu mam setki nowych riffów, których tworzenie przyniosło mi niezły ubaw. Kiedy mam już tyle materiału, najczęściej zapraszam do siebie kumpla lub dwóch, żeby mogli tego posłuchać. Pytam, co im się podoba, co nie i dlaczego. Jeśli oboje spojrzą na siebie znacząco i uznają, że to słabe, nie pozostaje mi nic innego jak wcisnąć klawisz Delete. W ten sposób z pięciuset różnych riffów zostaje mi trzydzieści bardzo dobrych. Wtedy słucham ich jeszcze raz i myślę „o, to brzmiałoby dobrze w jakimś refrenie” i tak powstają piosenki. Najpierw piszę riffy, a potem umieszczam je w utworach.
Niedawno ukazał się najnowszy album Annihilatora „Feast” w specjalnej, limitowanej edycji z dodatkiem w postaci DVD z Wacken. Jaki był powód wydania tego krążka? Był to wasz pomysł, czy decyzja wytwórni?
Przez to, że nasza wytwórnia w czasie wydania „Feast” straciła dystrybutora, nie sprzedaliśmy tylu płyt, ile mogliśmy. Jest też dobra strona tej sytuacji – obserwowaliśmy wówczas, jak szybko sprzedają się nasze krążki. W zasadzie wszystko rozeszło się w przedsprzedaży. Plusem jest też to, że teraz wytwórnia podpisała umowę z dużą, solidną firmą dystrybucyjną. Przez to całe zamieszanie trzeba było wydać „Feast” jeszcze raz. Jednak chcieliśmy, aby reedycja zawierała jakiś bonus. Występowaliśmy na festiwalu w Wacken, dlatego pomyśleliśmy, że wideo z tego wydarzenia jest dobrym pomysłem na dodatek do „Feast”. Nie jest to bardzo profesjonalny film, jednak to nadal „Live at Wacken”, a dla nas granie z takimi zespołami jak Deep Purple czy Rammstein było wspaniałym przeżyciem, którym chcemy się podzielić. Jednak przede wszystkim ci, którym nie udało się fizycznie nabyć „Feast”, którego nakład sprzedał się przed premierą, mogą go mieć. Mamy tylko nadzieję, że wytwórnia nie dopuści do takiej sytuacji przy naszej kolejnej płycie.
Oglądałeś już ostateczną wersję pakietu płyty? Ja miałem szczęście i dostałem jeden egzemplarz. To naprawdę fajna, kolekcjonerska rzecz.
Nie, widziałem tylko fragmenty, np. okładkę płyty, którą zatwierdziłem. Nie widziałem wszystkiego razem, ani nie mam jeszcze swojej kopii albumu. Co więcej, nie oglądałem nawet DVD z Wacken. Miksowałem utwory z płyty, pracowałem nad tym, żeby brzmiały dużo lepiej, ale nie mam pojęcia, co zostało zrobione z „Live at Wacken”. Jak wyglądały miksy, czy wszystko jest zsynchronizowane. Nie widziałem tego i dobrze się z tym czuję, to nowe zabawne doświadczenie. Jestem pewien, że ludzie którzy się tym wszystkim zajęli, zrobili to dobrze. Kiedy pracujesz z utalentowanymi ludźmi, pozwól im robić swoje.
Tak jak już mówiłem, jest to bardzo atrakcyjny pakiet. Okładka 3D wygląda znakomicie.
Czyli nowa okładka jest trójwymiarowa?
Tak, i jest wspaniała.
O, no to naprawdę fajnie, inna grafika i 3D. Nie wiedziałem, że będzie 3D. W normalnych okolicznościach musiałbym wiedzieć wszystko o tych rzeczach, a teraz tylko zaakceptowałem projekt okładki i zmiksowałem dźwięk do bonusa. „Feast” i „Rekill” (bonus) zostały już zrobione – nie musiałem ich ponownie słuchać. Zdążyłem o tym wszystkim zapomnieć, aż do wczoraj.
Jeśli chodzi o DVD koncertowe, obejrzałem je dzisiaj rano. Zarówno obraz, jak i dźwięk są wspaniałe. Zastanawiam się, jak zespół taki jak wasz zachowuje swoją energię i siłę do grania na żywo. Po upływie tych wszystkich lat nadal wyglądacie jakbyście świetnie bawili się na scenie.
Nie zażywam narkotyków i rzuciłem picie w 1999 roku. W ostatnich latach trochę popalam, ale jest to najgłupsza rzecz jaką sobie robię w moim wieku. Oczywiście próbuję rzucić. Nie jestem w szczególnie świetnej formie, ale jeszcze daję radę. Zawszę powtarzam sobie, że popracuje nad lepszą kondycją.
Annihilator działa od lat 80. i był jednym z pierwszych zespołów, których płytę kiedykolwiek kupiłem. Jak wytłumaczysz tę niezmienną popularność zespołów takich jak wasz?
Jesteśmy popularni praktycznie wszędzie – nie wiem dlaczego. Głównie w niszowych miejscach. Zdecydowanie największy sukces odnieśliśmy w Europie, wyłączając kilka krajów skandynawskich oraz Wielką Brytanię, w której nie zaistnieliśmy od lat 90. Bez promocji w niektórych krajach odnoszenie sukcesów jest bardzo trudne przy tak dużym wyborze kapel, które prezentuje choćby prasa. Jednak jeśli ktokolwiek z Anglii czy Skandynawii chciałby zapoznać się z naszymi albumami, ma taką możliwość. Prawdopodobnie Annihilator nie grał takiej muzyki, jakiej oczekiwały od niego niektóre kraje. Np. po wydaniu „Set the World on Fire” w 1993 roku, podejście Anglików do nas się zmieniło. Jednak wróciliśmy tam, chociażby z zespołem Trivium. Sprzedaliśmy bardzo dużo płyt, nie tak dużo jak Slayer, ale mamy kontrolę nad tym co robimy, nie jesteśmy uzależnieni od decyzji wytwórni. Ta wymaga od nas jedynie, abyśmy określili, jak dużej sprzedaży się spodziewamy, płaci nam i czeka, kiedy materiał będzie gotowy do wydania.
W kwestii twórczości mamy wolną rękę, co daje nam wielu fanów, którzy czasem od nas odchodzą, ale często też wracają. To zrozumiałe, bo nasze albumy bardzo się od siebie różnią, podobnie jak wokaliści, których też zmieniamy. Niektórzy lubią jednych, inni drugich. Nagraliśmy przez te lata wiele dobrych numerów i może kilka wielkich. Czasem napisaliśmy coś, co wolelibyśmy, żeby nie znalazło się na płycie w zamian za lepszą kompozycję. Ale nie zawsze wszystko trzeba robić najlepiej, prawda? Myślę, że nasza popularność wzrasta od 2007 roku, kiedy nagraliśmy jeden album, a potem w 2010 następny, który bardzo dobrze się sprzedał. Teraz nagraliśmy „Feast”, który sprzedaje się jeszcze lepiej, mimo iż popularność innych zespołów metalowych (tych mniej promowanych) obecnie spada. To prawdziwe szczęście grać tak długo, a ja nadal nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat (śmiech). Wiele lat już jest za nami, ale wiele też przed. Gramy w każdym miejscu na ziemi, dla każdej liczby ludzi, od 400 do 48 tysięcy. Mamy wielu wspaniałych fanów i szczęście, że dzięki internetowi możemy zyskać kolejnych.
Wspominałeś, że rzadko graliście w Wielkiej Brytanii. Czy po sukcesie „Feast” się to zmieni? Planujecie zagrać w Anglii, albo w Irlandii? Pamiętam wasz ostatni występ w Belfaście z Judas Priest.
Bloodstock Festival jest jednym z wydarzeń, na które próbujemy dostać się każdego roku, ale to wszystko zależy od kraju. Możemy przyjechać do Wacken i otworzyć koncert na 100 000 osób, możemy grać ze Slayerem w Bułgarii, czy być headlinerem występując dla 45 ooo osób w Ameryce Południowej. Jednak są kraje, gdzie chcielibyśmy zagrać, jak Wielka Brytania, Skandynawia, Szkocja, Irlandia, ale to zależy od organizatorów. Jeśli zapłacą nam odpowiednie pieniądze, na pewno tam wystąpimy. Wynajęcie busa, kierowcy itd., to są duże wydatki. Jadąc na jeden festiwal, dostajemy więcej pieniędzy niż to konieczne, ale kiedy chcesz grać na innym, np. na Bloodstocku, wtedy tych pieniędzy brakuje. Organizatorzy tłumaczą się tym, że „nie jesteście tak dużym zespołem” – ok, więc nie możemy tam zagrać. Co roku z nimi dyskutujemy i mamy nadzieję, że zaoferują nam coś naprawdę fajnego. Podobnie kwestie finansowe wyglądają w Edynburgu, Dublinie i w każdym innym przeklętym miejscu, gdzie bardzo byśmy chcieli, ale nie możemy zagrać.
No to kilka pytań na zakończenie. Jak zapewniacie starym utworom, takim jak “Set the World On Fire” i “Alison Hell”, ciągłą świeżość na koncertach?
Cóż, „Set The World On Fire” i “King Of The Kill” są moimi dwoma ulubionymi utworami do grania na żywo, więc to czysta przyjemność. Są też kawałki takie jak „Alison Hell”, których nie lubię grać, jednak mam do nich ogromny szacunek, bo to dzięki nim udało nam się osiągnąć sukces. Zazwyczaj w ogóle o tym nie myślę i po prostu ćwiczę grę tych kawałków. Ale jest zupełnie inaczej, kiedy ze sceny widzi się uśmiechnięte twarze fanów. Utwory takie, jak „Alison Hell”, przenoszą ich do czasów świetności metalu. Ten utwór był emitowany na kanałach takich jak Headbangers Ball, obok Judas Priest, Megadeth czy Iron Maiden. To szczęście być w grupie tak utalentowanych zespołów, a na koncercie dawać ludziom pięć minut świetnej zabawy, która ma dla nich tak duże znaczenie.
To ostatnie pytanie Jeff. Jakie są wady i zalety bycia muzykiem, koncertowania w dobie internetu?
Wyrzuć z pytania słowo internet. Dlaczego nie możesz mi zadać dwóch osobnych, z internetem i bez? Wadą tej branży jest to, że nie daje zabezpieczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy twoje nagrania się nie sprzedadzą. Możesz stworzyć najlepsze utwory na świecie, a wytwórnia cie zniszczy, zniszczy cały drzemiący w tej pracy potencjał. Tutaj nic nie da się kontrolować. Ani zarobków, ani fanów, ani opinii na swój temat. To, co w tym wszystkim jest do bani to to, że czasem piszesz świetne rzeczy i nikt tego nie docenia, a innym razem sukces osiąga to, co wcale ci się tak bardzo nie podoba, a ludzie cię za to kochają. Jednak najlepsze uczucie w życiu to napisać utwór, a jeszcze lepsze, kiedy on przypadnie do gustu fanom. Dla muzyków, którzy teraz zaczynają swoją karierę jest to bardzo trudne. Wytwórnie płytowe wymagają od wykonawców coraz więcej. W przypadku Annihilatora jest już o wiele łatwiej, mamy za sobą sporo sprzedanych płyt, wytwórnia nam ufa i wie, że nagramy coś dobrego, albo lepszego niż nasze poprzednie krążki.
Jednak jest wiele rzeczy, które mogą stanąć ci na drodze, kiedy chcesz długiej kariery. Są to np. alkohol i narkotyki. Dopóki nie jesteś trzeźwy, nie możesz zadbać o swój interes, a jeśli nie zadbasz o interes – nie zrobisz kariery. To wszystko jest bardzo proste. Nie możesz zrobić kariery będąc pojebanym, mając ogromne ego i myśląc, że jesteś wielką gwiazdą rocka, której wszystko się należy. W takim wypadku zostaniesz szybko zastąpiony przez kogoś innego. To rady ode mnie, na jakie rzeczy uważać. Najlepsze jest to, że piszesz muzykę, grasz dla wielkiej lub małej grupy ludzi, którzy naprawdę lubią to, co robisz. Niesamowite jest też wszystko to, co dzieje się pomiędzy koncertami – podróże, jedzenie. Ta robota uczy cię, kto jest dobrym człowiekiem w tym biznesie i przekonuje, że 95% ludzi z branży to dupki, od których trzeba trzymać się z daleka.
Jeff, dziękuje bardzo za wywiad i mam nadzieję, że niedługo zagracie w Anglii, Irlandii i w innych miejscach na świecie, w których na razie się to nie udaje.
Bardzo to doceniam. Miło się gadało. Może cię kiedyś odwiedzę. Miłego dnia, do widzenia i dziękuję.
