Na początku sierpnia nasza ekipa odwiedziła tegoroczny Off Festival w Katowicach, gdzie oprócz koncertów mieliśmy okazję porozmawiać z chłopakami z zespołu Ampacity. Grający psychodelicznego / progresywnego rocka panowie to zdecydowanie zespół warty odnotowania i zapoznania się z ich twórczością, którą będziecie mieli okazję poznać w dalszej części newsa.

DeathMagnetic: Na wstępie mam prośbę, abyście się wszyscy przedstawili.
Jan Galbas: Gitara, wokal.
Wojtek Lacki: Bas
Marek Kostecki: Klawisze
Piotr Paciorkowski: Gitara
Sebastian Sawicz: Perkusja
DM: Na początku chciałbym, abyście wypowiedzieli się o trójmiejskiej scenie rockowej. Na OFFie występują cztery zespoły, które ją reprezentują. Dodatkowo, w sieci dużo mówi się o Wydziale Remontowym, który systematycznie organizuje imprezy. Czy uważacie, że Wasza scena jest mocna?
Jan:
Uważam, że trójmiejska scena rockowa jest piękna i nie wyobrażam sobie grania na żadnej innej. A oprócz Wydziału Remontowego, to jeszcze warto zaznaczyć sobie na mapie klubowej Desdemonę w Gdyni.
Sebastian:
Przede wszystkim Wydział Remontowy jest historycznie związany z Gdańskiem i Stocznią Gdańską i, jeśli chodzi o kapele z trójmiasta, stawia raczej na zespoły z Gdańska. Desdemona natomiast jest naturalnie związana z Gdynią i jaj środowiskiem artystycznym. Przyznać trzeba, że do obydwu klubów zaczyna przyjeżdżać coraz więcej kapel z całej polski i z zagranicy. O ile Desdemona znana była z tego już od dawna, Wydział zaczął prężniej działać w ostatnim czasie. Poza tym „Desde” jest moim zdaniem bardziej alternatywna i otwarta na różności. Tak czy owak, obydwa kluby są godne polecenia, bez dwóch zdań! Skupiając się na klubach, ograniczanie się do tych dwóch świadczyłoby o skrajnej ignorancji. Grałem, w różnych składach, w wielu miejscach w trójmieście, które sprawdzają się idealnie! Weźmy Blues Club w Gdyni, legendarne już Ucho w Gdyni, czy mnóstwo mniejszych, ciekawych miejsc. Najlepszym przykładem może być sopocka Plaża Piratów. To tam co roku odbywa się muzyczny maraton spod znaku Nasiono Records, nazwany Nasiono Sunrise. Knajpka na plaży gromadzi wówczas dziesiątki muzyków wywodzących się z różnych nurtów, którzy spędzają wspólnie genialny czas od popołudnia do ranka następnego dnia. Takich dowodów na dobrą kondycję trójmiejskiej sceny jest mnóstwo. Trudno byłoby je wszystkie przedstawić!
Wojtek:
Faktycznie scena ma się aktualnie bardzo dobrze. Zarówno Wydział jak i Desdemona organizują bardzo dużo koncertów kapel lokalnych, z Polski i ze świata. Poza klubami mamy też bardzo prężnie działające inicjatywy takie jak wydawnictwa Music Is The Weapon czy Nasiono Records. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że Trójmiejska scena różni się tym od innych, że raczej mamy tendencje do tego, żeby się łączyć i wspierać niż bezsensownie szarpać.
Piotr:
Ja bym chciał dodać jeszcze jedną ważną rzecz, niezwiązaną z klubami. Jak rozmawiamy z rożnymi ludźmi z innymi miast, którzy grają, mają fajne zespoły, to wszyscy mówią, że nie potrafią zrozumieć, dlaczego w Trójmieście wszystkie zespoły trzymają się razem. Nie ma konkurencji, podkładania sobie świń, zazdrości, a w zasadzie zawiści bo zazdrość jest pozytywnie motywująca. To jest fakt. Nie ma u nas sytuacji, że ktoś jawnie podkłada świnię albo utrudnia komuś innemu funkcjonowanie. Wszyscy się wspierają i myślę, że to jest główny wyznacznik siły sceny trójmiejskiej.
DM: Na przykład 3miasto Atakuje Tour…
Piotr:
Na przykład… Między innymi poprzedni zespół trójki z nas – Broken Betty – któremu wydatnie w rozwoju pomogli chłopaki z Blindead. Zupełnie bezinteresownie bo nie musieli robić tego co robią. Teraz również, wsparcie ze strony 1926, Nasiona, które robi wszystko charytatywnie. Myślę, że to wyróżnia scenę trójmiejską wśród scen ogólnopolskich.

DM: A jak oceniacie scenę stonerową? Szeroko pojętą, wszak z Ampacity wykraczacie już poza ten gatunek. Jak odebraliście ostatnią płytę Elvis Deluxe? Możecie polecić jakieś ciekawe zespoły z tego gatunku?
Jan:
Przyznam się szczerze, że ostatniej płyty Elvis Deluxe nie słyszałem poza dwoma kawałkami. Jednak z tego co wiem od innych, jest to świetna płyta. Jeśli chodzi o scenę stonerową, to z płyty na płytę ta scena jest coraz lepsza. Jestem tym zafascynowany i uważam, że to jest bardzo piękne jak szybko ta scena się rozwija i jak zespoły słuchając własnych dokonań motywują się nawzajem po to, aby grać lepszą muzykę.
DM: Można zauważyć, że dużo polskich zespołów stonerowych znanych jest za granicą. Wasza płyta również była recenzowana na zagranicznych portalach, np. w Hiszpanii. Możecie coś o tym opowiedzieć?
Jan:
To jest efekt braku granic. Żyjemy w globalnej wiosce w tej chwili. Tak naprawdę jest o wiele łatwiej dotrzeć do Hiszpanii czy nawet Ameryki Południowej. Recenzje pojawiły się nawet w Boliwii czy Kolumbii…
Piotr:
Tak, w Kolumbii. Pojawiły się w wielu takich miejscach. Trzeba wyjść z polskiego kompleksu, który nie wiem czemu jeszcze funkcjonuje, że zespół powinien najpierw zaistnieć w kraju, a jak jest dobry, to wtedy zasłużył sobie na to żeby zaistnieć za granicą. To jest bzdura. Nie mówiąc o tym, że zespoły śpiewające po polsku siłą rzeczy mają ograniczoną możliwość zaistnienia za granicą. Dla mnie osobiście scena szwedzka czy norweska jest wzorem tego. Kto by pomyślał, że najlepsze rock`n`rollowe i stonerowe kapele – albo przynajmniej ich mocny trzon – pochodzi ze Szwecji gdzie jest zimno, ciemno i nie ma pustyń. Ale tak właśnie jest.
Wojtek:
No i w Szwecji mieszka 7 milionów ludzi, więc statystycznie tam chyba każdy gra. To jest bardzo duże błogosławieństwo Internetu, który jest pod wieloma względami do bani bo ludzie spędzają za dużo czasu przy komputerze. Fajne natomiast jest to, że daje bardzo łatwy dostęp do muzyki wszelakiej. Nie ma już problemów z tym, że trzeba przegrywać czy pożyczać kasety itd. Jeśli ktoś tylko chce, to może poznać świetną muzykę skądkolwiek i to działa zdecydowanie na naszą korzyść.
Jan:
A jeżeli muzyka jest dobra, to się obroni. Zawsze tak twierdziliśmy. W tak sprzyjających warunkach – braku granic i globalnej wioski – jeśli zespół jest dobry i ma odrobinę szczęścia oraz jeśli popracuje trochę nad promocją – zagra parę koncertów, to nie ma siły, która by sprawiła, że nie dotrze do szerszej publiczności.
DM: Patrząc na zaproszenie na Off Festival można dojść do wniosku, że Wasza muzyka się broni. Na facebooku napisaliście, że to najważniejsze wydarzenie w historii zespołu w chwili obecnej. Opowiedzcie zatem jak doszło do tego zaproszenia.
Jan:
Po pierwsze, to był zdecydowanie największy, najbardziej prestiżowy i jeden z najlepszych koncertów jakie zagraliśmy w życiu. Zdecydowanie najważniejsze wydarzenie w naszej paroletniej muzycznej karierze.
Wojtek:
To jest chyba nawet jedno z ważniejszych wydarzeń w moim życiu w ogóle. Nie tylko w muzycznej karierze.
Jan:
W zasadzie tak… Gdy w połowie pierwszego utworu w końcu podnieśliśmy głowy i spojrzeliśmy w publiczność, to nie mogliśmy uwierzyć ilu ludzi było w tym namiocie. To było piękne, przepiękne! Co do Offa, musiałbyś zapytać Karola Schwarza, szefa Nasiono Records. To jemu zawdzięczamy zaproszenie. Oczywiście Arturowi Rojkowi również bo to jemu najwyraźniej spodobała się nasza muzyka i stwierdził, że jesteśmy godni, aby wystąpić na Off Festiwalu, za co jesteśmy bardzo wdzięczni.
DM: Znaliście Off Festival wcześniej? Byliście tutaj w ubiegłych latach? Może widzieliście ciekawe koncerty wczoraj?
Jan:
Wczoraj przyjechaliśmy dosyć późno na teren festiwalu. Ja nigdy nie byłem nigdy wcześniej na Offie. Chciałem być bardzo w zeszłym roku żeby zobaczyć koncert Swans, ale niestety nie było mi dane. Natomiast sam festiwal…zakochaliśmy się w nim od momentu kiedy przekroczyliśmy bramę. Jest świetnie zorganizowany, jest bardzo kameralna atmosfera. Na pewno będę chciał tu wracać.
DM: Planujecie zobaczyć dziś jakieś koncerty? Jakie kapele polecacie?
Jan:
Dzisiaj bardzo chcielibyśmy zobaczyć Goat oraz My Bloody Valentine. Natomiast najprawdopodobniej nie będzie nam to dane, gdyż rano musimy być w Gdyni.
DM: Ostatnio mieliście także inne koncerty – Poznań, Sochaczew E-lite-culture Festival. Jak wrażenia po tych występach?
Jan:
E-lite to było coś niesamowitego. Tak, jakby cofnąć się w czasie do lat siedemdziesiątych i zagrać na mini, mini Woodstocku. To był kameralny festiwal. Frekwencja wynosiła 150 osób.
Bartosz Boro Borowski (gitarzysta zespołu 1926): Dzień dobry! (chwila ciszy) Tylko tyle.
Jan:
To jest właśnie najlepszy dowód na głęboką komitywę trójmiejskiej sceny.
Boro:
Oczywiście, że tak! Zdróweczko!

DM: Chciałbym Was zapytać o powstanie zespołu. Wiem, że to miał być jednorazowy projekt, a okazuje się, że to będzie jednak dłuższa współpraca…
Marek:
Z chłopakami znam się trochę z liceum i zagrałem gościnnie na płycie Broken Betty „The Sorry Eye”, w ostatnim kawałku („Better Days” – przyp. red.). Dziablas (Jan Gablas – przyp. red.) przyszedł do mnie przy piwie, to było chyba późnym latem zeszłego roku, i mówi „Słuchaj, mamy zajebisty pomysł na totalnie nowy zespół. Mamy już nawet nazwę, będziemy grać rocka rodem z kosmosu, chcemy żebyś do nas dołączył”. Wcześniej grałem raczej para-jazzowe rzeczy oraz trochę smętów w domu, co mi tam do głowy przyszło. Nie dość że żadnej szkoły muzycznej nie skończyłem, to jeszcze nie byłem specjalnie obyty w tych rockowych klimatach. Pełen obaw wstępnie się zgodziłem z nastawieniem, że to będzie na „space fest”. Pierwszy raz usłyszałem o czymś takim. No i właśnie tak to się zaczęło z mojej perspektywy. Potem okazało się, że ktoś chce tego słuchać więcej niż raz. Plan był ogólnie taki, żeby nagrać nasz występ na Spacefeście i wydać to jako płytę, tak jak to robiły niektóre kapele grające we wcześniejszych edycjach imprezy. Z powodów technicznych nie za bardzo to wyszło, ale przez szerokie znajomości moich kolegów z zespołu i wspomniany już przyjazny klimat trójmiejskiej sceny udało się w krótkim czasie zarezerwować parę chwil w nowym, bardzo dobrym i bardzo obleganym studio Custom 34. W efekcie niedawno wydaliśmy płytę, z którą jeździmy i pokazujemy ją ludziom na żywo. I tak to się bardzo dobrze toczy.
DM: Niestety mój czas się skończył. Ostatnie słowa należą do Was. Co chcecie powiedzieć Waszym fanom? W tym również nowym fanom z Off Festivalu?
Wojtek:
Chciałbym powiedzieć, że jestem niesamowicie szczęśliwy z tego, jak odbył się ostatni koncert.
Marek:
Może nie ostatni…
(śmiech)
Marek:
Pierwszy niby miał być ostatnim, a tu proszę!
Piotr:
Chcielibyśmy bardzo podziękować za ciepłe przyjęcie. To jest wczesna godzina – my zdajemy sobie z tego sprawę. Aura niesprzyjająca – bardzo gorąco. Jesteśmy naprawdę zachwyceni publicznością. Było jej dużo więcej niż się spodziewaliśmy. Jeszcze raz dzięki bardzo. Jeśli chcecie nas sprawdzić, to zapraszamy. Na pewno jeszcze nie skończyliśmy. To nie jest nasze ostatnie słowo. Do zobaczenia!
Rozmawiał: Piotr Wasilewski
Od lewej: Jan, Wojtek, Piotr, Marek, Sebastian

