Przy okazji jedynego koncertu Baroness w Polsce, w marcu b.r., ekipa Metalurgii, czyli audycji poświęconej ekstremalnemu i eksperymentalnemu graniu, miała okazję rozmawiać z basistą grupy, Nickiem Jostem. Przepytywali go Piotr Kleszewski, i Michał Smoll, który jest również redaktorem DeathMagnetic.pl. Poniżej znajdziecie zarówno zapis rozmowy, jak i jej transkrypcję. Metalurgii można słuchać co sobotę od 20 do 23 na antenie radia UJOT FM.

Mamy dzisiaj wielką przyjemność rozmawiać z Nickiem, basistą zespołu Baroness. Dołączyłeś do zespołu w 2013 roku, jakie miałeś do tej pory doświadczenia, co zmieniło się przez te kilka lat?
Jest naprawdę świetnie, bardzo mi się to podoba. Zarówno zespół, ci ludzie są świetni jak i sama muzyka, stawia przede mną sporo wyzwań, daje dużo radości z grania i naprawdę każdy jest zaangażowany, za każdym razem stawia się na próby. Jest to dla mnie bardzo ważne, podejście do rzeczy na poważnie. Dla mnie jest to bardzo atrakcyjna sprawa, są naprawdę dobrymi muzykami i traktują serio to, co robią. A jeśli chodzi o zmiany? Cóż, nie wiem jak to wyglądało wcześniej, na obecnym etapie najważniejsza była praca nad nowym albumem, zgranie się – graliśmy sporo tras, ale granie na żywo i tworzenie materiału to dwie zupełnie inne rzeczy. Ale udało się i to całkiem nieźle, w trakcie całego procesu zbliżyliśmy się do siebie, każdy wniósł coś od siebie. Zamknąć się w jednym pokoju ze wszystkimi i wspólnie dochodzić do celu – to był naprawdę interesujący proces. Było ekscytująco.
Jak wyglądają relacje między członkami zespołu? Opisałbyś proces podejmowania decyzji w Baroness jako demokratyczny, czy zespół jest raczej prowadzony przez jednego, charyzmatycznego lidera?
Myślę, że po trochu jedno i drugie. Bardzo demokratyczne podejście widoczne jest przy tworzeniu muzyki, również jeśli chodzi o miejsca w których gramy, festiwale – każdy ma prawo głosu, bo takie rzeczy mają duży wpływ na nasze życie, to, gdzie pojawi się zespół – i każdy ma szansę zostać wysłuchanym. Ale zdecydowanie jest też tak, że wiesz, John jest liderem, pełną energii osobą, siłą napędową tego wszystkiego. Śpi i oddycha zespołem. Każdy z nas ma w dodatku kilka innych rzeczy oprócz Baroness, John natomiast odpowiedzialny jest za wiele rzeczy zakulisowych. Wiesz, ja gram na basie i pomagam tworzyć muzykę, nie biorę za bardzo udziału w biznesowo – organizacyjnej stronie przedsięwzięcia. Poza tym jednak to bardzo demokratyczny zespół, zarówno jeśli chodzi o tworzenie muzyki jak i występy na żywo.
A jeśli chodzi o grę na basie… Ty i Sebastian jesteście silnikiem, sekcją rytmiczną Baroness. Pochodzicie jednak z bardzo różnych środowisk muzycznych. Ty siedziałeś mocno w jazzie, Sebastian, z tego co słyszeliśmy, był zainteresowany raczej punkiem, hardcorem, może nawet muzyką elektroniczną. Jaki macie sposób na znalezienie chemii, jak układa wam się ta współpraca?
Układa się świetnie, Sebastian jest rewelacyjnym perkusistą, a nasze zainteresowania pokrywają się w wielu miejscach, interesujemy się bardzo zróżnicowaną muzyką, podobnie jak reszta członków zespołu. Sebastian był i jest w Trans Am, zespole post rockowym, niemalże ikonie post rocka, którzy tworzyli całe to brzmienie mogłem więc przyjrzeć się jego stylowi zanim w ogóle go poznałem. Świetnie było go poznać, gdy pierwszy raz ze sobą graliśmy każdy od razu wiedział o co chodzi, on ma bardzo silny backbeat i uwielbia funka, tak jak ja. Obaj lubimy muzykę, która sprawia, że ludzie tańczą i to jest chyba nasz klucz do tworzenia pulsu w muzyce Baroness, podejście do bitu i atmosfery. To, że obydwaj lubimy to, jak muzyka wpływa na słuchacza, skłania do machania głową, to nas łączy. Owszem, pokazuje mi co jakiś czas muzykę, której słucha, nawet mi się to podoba, ale uważam, że najważniejsze jest to, o czym wcześniej powiedziałem. Chyba zostaliśmy stworzeni do tego, żeby razem grać na basie i perkusji.
Czy masz jakieś projekty, zespoły oprócz Baroness? Tęsknisz za jazzem?
Wciąż gram sporo, mieszkam w Nowym Yorku, więc gdy wracam do domu spotykam się z całym gronem przyjaciół, którzy są dużo lepszymi muzykami ode mnie, biją mnie na głowę. Ale tak, mam projekt, który nazywa się Wilder Maker, współtworzony z Gabrielem Brinbaumem, Katy Von Schlechler i Seanem Mullinsem, moim współlokatorem, który gra na perkusji. Jesteśmy świeżo po nagraniu albumu, koncertujemy, kiedy tylko się da, gdy mnie nie ma na miejscu, to gra z nimi inny basista i jakoś to wszystko się kręci. To bardzo interesujący i wymagający zespół. Sporo jeździmy w trasy, pisanie muzyki pochłania sporo czasu. Bardzo ciekawą sprawą jest takie żonglowanie różnymi rzeczami, projektami, chcę grać bardzo zróżnicowaną muzykę i póki co na szczęście mi się to udaje.
Jak twoje doświadczenia z jazzem wpłynęły na pisanie muzyki dla Baroness?
Trudno powiedzieć, nie wiem. Moje zainteresowanie jazzem jest takie samo jak zainteresowanie jakąkolwiek inną muzyką. Może to to, że usłyszałem od Sebastiana, że mój styl gry na basie nie opiera się aż tak mocno na przywiązaniu do danej frazy, jak na przykład robią to basiści punkowi. Lubię znajdować różne drogi, żeby dotrzeć do tego samego celu, w ten też sposób podchodzę do grania na basie i komponowania partii gitary basowej. Czasami też, gdy mam problem z jakąś partią, pytam kolegów „hej, co o tym sądzicie” Sebastian pomaga mi z partiami basu, proponuje na przykład jakieś prostsze rozwiązanie i dobrze to wychodzi – dzięki, czemu sam na to nie wpadłem?
A co miało wpływ na Ciebie, jakie zespoły, jacy basiści?
Jeśli chodzi o basistów, to Thundercat to prawdziwa bestyjka, znacie go?
Michał zapewne go kojarzy.
Jest naprawdę niesamowity, łączy hip hop z r’n’b, swobodnie porusza się w takim muzycznym świecie, zagrał na przykład na albumie Kendricka Lamara, jest genialny technicznie, bardzo pomysłowy a oglądanie go na żywo to jak bycie świadkiem inwazji kosmitów, ścieżka dźwiękowa do „Wojny Światów”, syntezatory ryczą, a on wymiata na basie, bardzo intensywne i pomysłowe muzyczne doświadczenie. Moim zdaniem to jeden z najlepszych żyjących basistów, rewolucjonizuje ten instrument po raz kolejny. Jednym z moich ulubionych basistów jest Anthony Jackson, głównie gra na basie elektrycznym. Są też inni goście, Charlie Hayden, Larry Grenadier, Ray Brown, Ron Carter, wszyscy są znakomitymi instrumentalistami i mieli na mnie z pewnością duży wpływ.

Jaki jest twój ulubiony moment z „Purple”?
Naprawdę lubię 'Fugue’, dzieje się tam dużo bardzo fajnych rzeczy, uwielbiam partie gitary, harmonie, jakie użyte są w tej piosence i sposób, w jaki to wszystko się rozwija, tak, to zdecydowanie jeden z moich ulubionych momentów. 'Kerosene’ również jest mi bliskie, daje prawdziwy zastrzyk energii przy graniu i podąża w różnych kierunkach jednocześnie, dodając kolejne warstwy, partie klawiszy, nad którymi pracowaliśmy. Te dwie piosenki na pewno wyróżniają się dla mnie z całego albumu.
Czy byłeś już wcześniej w Polsce?
Nie, to mój pierwszy raz.
Jak póki co ci się podoba?
Cóż, póki co byłem tylko w tym pokoju i jeszcze jednym miejscu kilometr stąd, więc za bardzo nie miałem okazji się rozejrzeć. Dotarliśmy tu koło pierwszej, po całonocnej jeździe autokarem, przyjechaliśmy, wypiliśmy kawę i wzięliśmy się do pracy. Ale wydajecie się być naprawdę sympatyczni, Polska jest świetna. Jedliśmy sznycel i pierogi, niesamowity posiłek, który został nam dzisiaj dostarczony. Jeden z naszych technicznych, Marek, jest z Polski, mieszka w Warszawie i zorganizował nam dzisiaj naprawdę niezłe jedzenie. Jest wspaniale.
Czy są jakieś metalowe projekty, zespoły, oczywiście poza Baroness, w których chciałbyś zagrać?
Nie wiem, Meshuggah to jeden z moich ulubionych zespołów, ale wątpię, czy bym się wpasował, mają już basistę. Ale moim zdaniem to właśnie Meshuggah jest jednym z najlepszych zespołów, jakie przydarzyły się metalowi, chociaż to bardzo specyficzna gałąź tej muzyki. Ale są po prostu zajebiści! Sposób, w jaki piszą muzykę i występują, Tomas Haake i to co robi z perkusją… Jest to jeden z moich ulubionych zespołów, od zawsze.
Jak gra ci się piosenki, które zostały napisane zanim dołączyłeś do Baroness? Pozwalasz sobie na nieco improwizacji czy twardo trzymasz się materiału źródłowego?
Trochę jedno i drugie, tamte linie basu są naprawdę okropne! Żartuję (śmiech). Dają dużo frajdy, lubię uczyć się grać nową muzykę. Oczywiście, są takie momenty, gdzie wiem, że muszę zagrać daną linię basu, trzymać się jej, są też momenty, gdzie mogę sobie grając na żywo pobawić się trochę tematem. Same utwory podobają mi się, więc nie jest to dla mnie nudne odtwarzanie, ale duża przyjemność. Lubię grać z Sebastianem, zresztą zespołu – to najfajniejsze w tym wszystkim, lubię grać na basie, a odgrywanie partii, które zostały wcześniej napisane nie stanowi dla mnie problemu.
To chyba by było na tyle, dziękujemy za poświęcony nam czas i rozmowę!
Dziękuję!

