Życie dziennikarza muzycznego to ciężka robota. Jeśli do regularnego tworzenia kolejnych tekstów dołożymy wydawanie raz na jakiś czas dość opasłych książek na temat historii legend muzyki metalowej, zaczynamy drapać się po głowie i zastanawiać, czy taka osoba kiedykolwiek wypoczywa. Przyłączmy do obecnej liczby zajęć bycie wokalistą w zespole alternatywnym. Wiecie już o kogo chodzi? Podpowiem – „Wojna Totalna”, „Bez Litości”, Lux Occulta. Zgadliście – Jarek Szubrycht! Zapraszamy do lektury wywiadu z dziennikarzem, wokalistą oraz autorem książek między innymi o zespołach takich, jak Vader czy Slayer.

DeathMagnetic.pl: Mamy godzinę 11:43, jest niedziela i chciałbym w tym miejscu zadać pierwsze pytanie – jak wyglądają niedzielne poranki w życiu zajętego dziennikarza muzycznego?
Jarek Szubrycht:
Wygląda to różnie. Staram się je oczywiście poświęcać na życie rodzinne, swoją drogą właśnie wstaliśmy od rodzinnego śniadania. Mimo tego, jeśli jest się tak jak ja freelancerem, czyli nie pracuje się na etacie, to czasem niestety w pracy jest się nawet w niedzielę.
Bycie freelancerem stwarza pewnie o wiele więcej możliwości i generuje większą ilość interesujących sytuacji. Które z nich określiłbyś mianem najciekawszych momentów podczas Twojej kariery dziennikarskiej i skąd wynikają Twoje częste zmiany redakcji, w których pracujesz?
Tego typu zmiany są wynikiem sytuacji zachodzących nie tylko w moim życiu medialnym. Poza tym dzisiaj wszelkie pozycje prasowe, nie tylko muzyczne, walczą o przetrwanie. I w gruncie rzeczy nie mam tutaj na myśli tylko prasy, ale również internet, który też się ciągle zmienia. Wiesz, gdyby nie to, pewnie dalej bym prowadził dział muzyczny w Przekroju, gazecie, która według mnie była bardzo ważnym i fajnym elementem kultury ogólnie, nie tylko tej muzycznej – wynikało to z tego, że mieliśmy tam bardzo ciekawą ekipę ludzi piszących artykuły. Niestety, dalsza współpraca nie była możliwa, gdyż zwyczajnie Przekrój przestał istnieć. Podobnie musiałem dwukrotnie pożegnać się z Machiną, z którą współpracowałem z czasów jej pierwszego jak i drugiego wcielenia i tak dalej i tak dalej… To nie jest oczywiście tak, że ja zostawiam kolejne ekipy bo uważam, że mam jakiś nowy pomysł na siebie albo nie podoba mi się kierunek, w jakim zmierza redakcja. Natomiast to, że nie jestem etatowym pracownikiem jest rzeczywiście tym, co pozwala spełniać swoje potrzeby i iść za głosem serca. A jeśli chodzi o najciekawsze zdarzenie przez te lata… Ciężko mi teraz powiedzieć, musiałbym pomyśleć. Wiadomo, że w moją pracę wpisanych jest sporo podróży i wiele fajnych przeżyć, spotkań z ciekawymi ludźmi i w związku z tym ciężko mi wskazać jeden konkretny moment.
Nawiązując do tego, co mówiłeś o dużej ilości zdarzeń w Twoim życiu i wielu zajęciach, których się podejmujesz – masz swoją audycję w Radiu Off Kraków. Udało mi się natknąć na jeden z, ujmijmy to w ten sposób, odcinków i chciałbym w tym miejscu poruszyć kolejny temat. Na początku audycji stwierdziłeś, że podczas poprzedniego spotkania ze słuchaczami skupiłeś się na muzyce ukraińskiej, natomiast tym razem w centrum zainteresowania będzie Rosja. Przyznam szczerze, że z ciekawości przewijałem audycję o kilka minut zadając sobie pytanie, czy puścisz metal, a tu wciąż leciała muzyka typowo wschodnia. Mógłbyś uchylić nieco rąbka tajemnicy odnośnie samej pracy w radiu oraz fascynacji Wschodem?
Akurat trafiłeś na dwie audycje skoncentrowane na tych rejonach Wschodu, na innych spotkaniach zawędrowałem na Syberię czy do Chin lub Wietnamu. Oczywiście były to jedynie podróże palcem po mapie, a to, czego ostatnio doświadczyłem podczas takich wojaży to również muzyka japońska. Generalnie są to dźwięki, które powstawały setki lat temu i teraz są pielęgnowane przez ludzi kultywujących te tradycje, są to między innymi śpiewy Sumerów syberyjskich. W audycji znalazło się również miejsce dla grindowo-jazzowego projektu Johna Zorna. To nie jest tak, że za swój główny cel postawiłem sobie puszczanie muzyki orientalnej, jednak uważam, że muzyka brytyjska czy amerykańska mają wystarczającą ekspozycję w mediach, a o innych stronach świata pamięta się rzadziej, dlatego pojawiają się akcenty z różnych miejsc. Nie ma tutaj odgórnie narzuconego tematu audycji czy wytycznych zarówno geograficznych, jak i stylistycznych.
Skoro zaangażowałeś się do pracy w radiu to co byś powiedział, gdyby ktoś do Ciebie podszedł z hasłem: „Słuchaj, poprowadź program w telewizji”?
Nie wiem co bym odpowiedział, szczerze mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wiesz, w telewizji trzeba ładnie wyglądać i ładnie mówić, a nie do końca są istotne kwestie merytoryczne. Ci, którzy akurat w telewizji odpowiadają za treść merytoryczną są raczej ukryci i po cichu przygotowują te materiały. A że ja nie jestem typem modela… (śmiech), a mówienia do mikrofonu z racji tego, że jestem dziennikarzem piszącym dopiero się uczę, to nie spodziewam się kariery telewizyjnej, zresztą nigdy mnie to nie interesowało. Poza tym nie widzę w tym momencie telewizji, w której byłby położony większy nacisk na prezentowanie ciekawej muzyki. Jedynym wyjątkiem jest tutaj TVP Kultura, gdzie ktoś faktycznie to robi, jednak poza tym przykładem nie widzę miejsca, w którym można byłoby takie rzeczy prezentować.
Właśnie, uważasz, że w tym momencie telewizja przeżywa kryzys? Wypowiadając się o przeróżnych talent show stwierdziłeś, że zarówno poziom ich prowadzących, jak i niekiedy samego jury bywa żenujący, na antenie sypią się suchary, głupie żarty i przestaje w tym powoli chodzić o sztukę.
Wiesz, nigdy nie chodziło w tych programach o spokojną muzykę. Mimo to czerpię pewną przyjemność z oglądania talent show z tego powodu, że one, czy to się komuś podoba, czy nie zmieniły nieco muzyczną kulturę, a w szczególności muzyczny mainstream czyli muzykę popularną nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. To, co mnie jednak od tego odrzuca to fakt, jak słabe utwory uczestnicy chcą prezentować wielomilionowej publiczności by pokazać swoje umiejętności. Martwi mnie kierunek, w którym zmierzają tego typu programy, ponieważ z punktu widzenia telewizji nie liczy się tak naprawdę wartość merytoryczna, a głównie oglądalność. Coraz więcej miejsca w takich programach mają więc ludzie z jakąś wzruszającą historią, sporo miejsca zaczynają zajmować felietony o tym, że ktoś jest sierotą, w dodatku niepełnosprawną, albo że zawsze miał pod górkę i pod wiatr, takie totalnie absurdalne rzeczy. Dochodzi do sytuacji, w której osoba bez tego typu historii nie ma właściwie szans na osiągnięcie sukcesu. Trochę mnie to jednak irytuje, ponieważ oglądam te programy po to, by dowiedzieć się czy czają się gdzieś jakieś nowe talenty i istotnie one się czasem zdarzają – najlepszym tego przykładem jest chociażby Dawid Podsiadło.
Pozostając jeszcze na chwilę w temacie talent show – w odpowiedzi na apel, opinię wygłoszoną na temat kondycji muzyków rock and rollowych przez Roberta Brylewskiego powtórzyłeś wraz z nim „Nie idźcie tą drogą”. Uważasz, że w naszym kraju rzeczywiście nie opłaca się realizować po swojemu, robić muzyki niszowej i nie da się z tego utrzymać?
Mówiąc za Robertem Brylewskim „Nie idźcie tą drogą” miałem na myśli nie zaniedbywanie własnych interesów. Robert Brylewski to muzyk alternatywny, który robił rzeczy co najmniej dobre, a często znakomite i jego wkład w rozwój polskiej muzyki alternatywnej jest absolutnie nieoceniony. Zaniedbał jednak swoje interesy – nie zwracał uwagi na to, by utwory, których był współtwórcą były rejestrowane w sposób, który umożliwiałby mu osiągnięcie z nich pewnych zysków. Potem okazało się niestety, że obudził się z ręką w nocniku. Rzeczy, których był współautorem były dość popularne, a on nic z tego nie miał. Absolutnie nie miałem na myśli hasła „Nie róbcie, swojej, osobnej, nowej muzyki”, tylko „Myślcie nie tylko o tych wspaniałych, cudownych rzeczach, ale o tym, że kiedyś trzeba będzie mieć co do garnka włożyć i się z czegoś utrzymać”. Z drugiej strony trzeba przyznać, że muzyka alternatywna nie jest dochodowa. Jeśli ktoś ma takie złudzenie, że będzie na niej zarabiał… to nie będzie. Tak naprawdę artyści, którzy się utrzymują z wykonywania takiej muzyki to wyjątki. Reguła jest taka, że jest to jednak raczej hobby.
Tak jak wspomniałeś, istnieją wyjątki, które wykonują muzykę alternatywną jednocześnie się z tego utrzymując i jednym z takich wyjątków jest właśnie nasz polski Vader. W tym miejscu chciałbym nawiązać do Twojej najnowsze książki, „Vader – Wojna Totalna”. Całą redakcją jesteśmy zgodni co do oceny jej poziomu – cała pozycja, od początku do końca wali wódą, piwem i stęchlizną z obskurnych sal prób po to, by na końcu pokazać, że ciężka praca się opłaciła. Na ostatnich stronach książki czytelnik może razem z Peterem i spółką świętować pewien sukces i stabilizację. Czy to właśnie te wszystkie trudności, przez które przeszedł Vader były jednym z głównych powodów, dla którego to właśnie ten zespół wziąłeś na warsztat?
Tak, oczywiście. Jestem fanem Vadera od bardzo dawna i z jednej strony ta publikacja była spłaceniem ogromnego długu wdzięczności względem zespołu, który dał mi swojego czasu bardzo wiele radości i z tego samego powodu powstała też książka o Slayerze. Drugim powodem jest ten, o którym właśnie wspomniałeś – historia Vadera jest dużo ciekawsza niż historia chociażby wspomnianego przed chwilą Slayera. Dzieje Vadera to wieloletnia droga, którą przeszło w tamtych czasach bardzo wielu ludzi i nie tylko muzyków, a była to droga wyboista i pełna przeszkód. Fascynujące jest to, że Vader wciąż niestrudzenie kroczy tą ścieżką, nie postanowił spocząć na laurach i popijać sobie drinki z palemką. Z początkowego koszmaru wyjawia się coś świetnego i to jest z punktu widzenia dziennikarza po prostu fajna historia – głównie mówię tu o pierwszych latach działalności zespołu.
Kolejne pytanie może być nieco populistyczne z mojej strony, ale czy poszedłbyś na coś podobnego z Behemothem? Nie ma co ukrywać, że ekipa Darskiego miała już o wiele łatwiejsze zadanie niż Vader, ponadto stawia bardziej na show i PR. Grupa Petera kojarzy mi się bardziej z typową, rzemieślniczą, trwającą wiele lat robotą, podczas gdy na hasło „Behemoth” myślę o wielkim, światowym sukcesie. Czy w związku z tym chciałbyś też Behemothem wsiąść w autokar i spędzić z nimi długie tygodnie w trasie?
Wiesz, znam się z muzykami grającymi w Behemoth od 100 lat. Kiedy nie byli jeszcze aż tak znanym zespołem i grali jakieś koncerty w Krakowie to u mnie nocowali i spaliśmy w jednym pokoju w 5 chłopa. Natomiast kiedyś spędziłem sporo czasu zarówno z Vaderem jak i Behemothem jako Lux Occulta, jechaliśmy razem autokarem, więc to wszystko mamy już za sobą. Podstawowa różnica pomiędzy Behemothem a Vaderem polega na tym, że Behemoth jest młodszy. Kiedy w Polsce zaszły poważne zmiany zarówno ustrojowe, jak i kulturowe oraz została umożliwiona komunikacja okazało się, że świat, który chce podbić Behemoth właściwie stoi przed nim otworem. Vader natomiast musiał wszystkie te bramy wyważać i na tym polega różnica. Nergal jest też przy okazji trochę młodszy od Petera i na pewno lepiej odnajduje się w nowych mediach czy czasach, krótko mówiąc – tak jak wspomniałeś – ma lepszy PR. To wszystko jednak nie oznacza, że Behemoth nie musiał ciężko harować i że to, co osiągnął nie jest efektem ciężkiej pracy. Historia Behemotha jest bardzo ciekawa, ale już ją ktoś opowiedział. Nie zastanawiałem się nad napisaniem własnej książki o tym zespole, gdyż zrobił to już Łukasz Dunaj.
Nie myślałeś nigdy nad zrobieniem biografii pojedynczej legendy rocka czy metalu?
Napisałem biografię Maryli Rodowicz – to też legenda! Może nie rocka i nie metalu, ale jest to według mnie bardzo ważna postać. Tak naprawdę jeszcze nie skończyłem pisać, pewnie jeszcze niejedna książka przede mną. Żyjemy teraz w czasie podsumowań – era rock and rolla trochę się przemieszcza, a zadaniem między innymi biografów jest katalogowanie i zbieranie informacji dla przyszłych pokoleń i tym też ja się zajmuję, więc na pewno, tak jak wspomniałem, napiszę jeszcze kilka książek. W przypadku biografii nie ma dla mnie większego znaczenia czy jest to pojedyncza osoba, czy też zespół – najbardziej interesuje mnie pewna historia, więc… zobaczymy.
Jesteś w stanie zdradzić na jakim etapie jest tłumaczenie „Wojny Totalnej” na język angielski i czemu się sam tego tłumaczenia nie podjąłeś?
Nie podjąłem się, gdyż nie mówię tak dobrze po angielsku by przetłumaczyć książkę na język angielski. Znam natomiast bardzo dobrze język polski, więc jestem w stanie dokonać tłumaczenia w drugą stronę. W tłumaczeniu z polskiego na angielski mogłyby się trafić takie językowe niuanse, których mógłbym nie wyczuć. Generalnie tłumaczenie jest na etapie początkowym, co oznacza, że jeszcze nie zdecydowaliśmy kto to będzie robił, chyba, że zgodzi się któryś z tłumaczy, którym to ostatnio proponowałem.

Skoro przy okazji „Wojny Totalnej” wspomnieliśmy też o „Bez Litości”, to muszę zapytać o jej głównego bohatera, czyli oczywiście Slayera. Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie rzucił ckliwą historyjką, gdyż jestem fanem tego zespołu. Pamiętam, jak swojego czasu byłem na wakacjach z rodzicami i wręcz wyrywałem sobie z tatą tę książkę i oczywiście przez szum morskich fal przebijał się lecący non stop z głośników Slayer. Padały wciąż pytania typu: „Ej, a udupili ich już za Mandatory Suicide?” i tak dalej… Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż przez wiele lat Slayer był taką grupką wariatów wpadających non-stop w tarapaty i cierpiących z powodu kłopotów finansowych. Jak w świetle tego zapatrujesz się na zmiany personalne w zespole, brak Dave’a, kłótnie o kasę oraz inne problemy formacji?
Takie rzeczy jak kłótnie o kasę o codzienność w wielu zespołach i jeżeli zostaje to załatwione wewnątrz zespołu to nikt z zewnątrz się o tym nie dowiaduje, natomiast jeżeli wygląda to tak, a nie inaczej to wiedzą o tym wszyscy nawet na drugim końcu kuli ziemskiej. Widocznie coś jest w Slayerze źle organizowane skoro my w tym momencie możemy o tym dyskutować, coś tam nie zagrało. Oczywiście mnie z punktu widzenia fana zespołu boli to, że nie ma już Dave’a, gdyż jest on zwyczajnie najlepszy, jednak to, czego sobie wciąż nie umiem wyobrazić to Slayer bez Jeffa. Jakieś 90% moich ulubionych utworów Slayera to kompozycje właśnie jego autorstwa. Jeff i tak już niestety coraz mniej komponował na ostatnich płytach. Miałem jednak nadzieję, że Kerry się wyszumi i Jeff wróci z jakimś nowym materiałem. Okazało się jednak, że to nie był chwilowy kryzys, Jeff był w coraz gorszej kondycji, co go w końcu doprowadziło do śmierci. I właśnie tutaj jest dla mnie największy znak zapytania – nie umiem sobie wyobrazić zespołu bez Hannemana. Czytam doniesienia o ich kolejnych kłótniach czy obrażaniu się na siebie i nie ma wątpliwości, że jest to zespół, który wciąż budzi pewne emocje. Za długo jednak pracuję w tym zawodzie żeby wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Czyli zadrży Ci ręka przed włożeniem nowej płyty Slayera do odtwarzacza?
Tak, zadrży. Wiesz, staram się nie mieć żadnych oczekiwań. Zawsze wolę być pozytywnie zaskoczony niż rozczarowany. Mimo to nie wiem, czy w ogóle chciałbym, by ta płyta się ukazała. Nikt nie chciał tego co się stało w zespole, takie jest życie.
Jak w takim razie oceniasz obecną drogę Dave’a? Podczas naszej rozmowy telefonicznej z byłym perkusistą Slayera staraliśmy się jakoś nawiązać do jego macierzystego zespołu, myśleliśmy, że wciąż jest sercem z pierwszymi latami działalności Slayera oraz ciepło wspomina czasy, gdy grał w zespole od krążka „Christ Illusion” w górę. Jeden z naszych redaktorów spytał: „Dave, co myślisz o tym, że w Polsce powstało rondo imienia Jeffa Hannemana?”, na co usłyszał beznamiętną odpowiedź, że to fajna inicjatywa, po czym Dave poprosił, by nie zadawać już więcej pytań odnośnie Slayera. Jak byś skomentował stanowisko Dave’a oraz jego obecną drogę muzyczną w zespole Philm?
Wiesz, mnie nie zaskakuje to, że Dave nie chce rozmawiać o Slayerze. Po pierwsze wszystko, co powie na temat tego zespołu może zostać obrócone przeciwko niemu. W zespole z pewnością działy się rzeczy, o których Dave nie chce publicznie wspominać. Przede wszystkim jednak ta sytuacja nie jest niczym nowym – kiedy Lombardo odszedł po raz pierwszy z zespołu to również zachowywał się jak gość, dla którego Slayer przestał istnieć i w ogóle nigdy nie istniał. Był również oszczędny w komentarzach, a jeżeli już coś burknął, to były to zazwyczaj dość nieprzychylne teksty. Dlatego też jego obwieszczanie po powrocie, że Slayer był zawsze najważniejszym zespołem w jego życiu wydawało mi się mało wiarygodne. I znowu mamy powtórkę z rozrywki, Dave nie uznaje żadnych stanów pośrednich w swojej relacji ze Slayerem. Jeśli natomiast chodzi o jego karierę muzyczną to… ok. Bardzo podobał mi się Grip Inc., Philm jest w porządku, jednak nawet jeśli słuchałem Grip Inc. to nie podobał mi się tylko dlatego, że grał tam Dave Lombardo. Traktuję zespół jako całość, a nie jako pojedyncze wyskoki pana jednego czy drugiego. Philm jest ok, natomiast…
To nie to samo?
Tak, szału nie ma. Nie jestem wielkim fanem.
Zostawmy na chwilę metaluchów w spokoju i wróćmy do dziennikarstwa. Na pewno zerkasz czasem w stronę internetu i dostrzegasz serwisy tworzone przez grupki zapaleńców. Czego jako profesjonalny dziennikarz oczekiwałbyś od takich mediów i w jaki sposób młode pokolenie powinno korzystać z hojnego daru, jakim jest internet?
Niestety dość rzadko śledzę tego typu serwisy ze względu na brak czasu, natomiast mam świadomość, że istnieje wiele różnych tego typu portali. Największą zaletą tego typu amatorskich, i mówię tu amatorskich nie ze względu na ich poziom, a na to, że ludzie robią to po godzinach, jest zapał. Trzeba mieć naprawdę spore chęci żeby to robić. Natomiast największą wadą jest ich krótki żywot, gdyż większość tego typu portali funkcjonuje przez góra parę lat. Często zdarza się tak, że fajne serwisy, które zawiązują się wtedy, gdy redaktorzy są na etapie szkoły czy studiów, mają sporo ciekawych przemyśleń, niestety upadają wraz z początkiem dorosłego życia, gdyż nikt nie ma już wtedy na to czasu. Ja przede wszystkim życzę wszystkim wytrwałości i uważam, że jest to fajna rzecz niezależnie od tego jaką to przybiera formę. Nie mnie oceniać czy ktoś coś robi lepiej czy gorzej, dobrze jak w ogóle coś takiego powstaje, jeśli grupka ludzi chce pisać i rozmawiać o muzyce to naprawdę super.
Jaki masz więc stosunek do papierowych form dziennikarstwa muzycznego? Patrzysz wciąż w stronę pism takich, jak Teraz Rock lub Metal Hammer czy bardziej jednak ciągnie Cię w stronę niszy reprezentowanej przez Noise?
Na pewno moje zainteresowania muzyczne są bliższe temu, co prezentuje Noise niż temu, co możemy przeczytać na łamach Metal Hammera. Wiesz, przeglądam właściwie wszystkie gazety papierowe, chociażby z sentymentu, poza tym lubię ten zapach i szelest papieru. Tym, co zawsze będzie odróżniało papier od internetu jest ograniczona objętość tego pierwszego. Ten właśnie limit wymusza pewną dyscyplinę i jest to szkoła formy. Brak ograniczeń w internecie powoduje, że znajdują się w nim często teksty wątpliwej jakości, a jeśli mamy narzucony pewien limit to wybieramy jedynie teksty najlepsze. To jest właśnie ta przewaga papieru, która jest i mam nadzieję, ze jeszcze długo będzie istniała. Ponadto w internecie zaobserwować jeszcze można pewien trend, który w ogóle do mnie nie przemawia, mianowicie jest to trend satyryczno-kabaretowy, czyli opisywanie muzyki za pomocą memów i innych tego typu historii. Nie trafia to do mnie, nie mam chęci oglądania i komentowania takich rzeczy. Jeśli jednak coś takiego istnieje to oznacza to, że istnieje zapotrzebowanie na tego typu rozrywkę.
Nawiązując do bieżących wydarzeń – od lat śmiejemy się z żartów na temat tego, na czym skończyła się Metallica. Tymczasem zespół w ostatnich miesiącach odnotował poważne straty finansowe, problem stał się poważny głównie przez film „Through The Never”. Jak skomentujesz obecną sytuację zespołu i fakt, że wielka Metallica nie jest już taką gwiazdą, jak kiedyś?
Wiesz, Metallica wciąż jest gwiazdą, bo niewiele jest zespołów, które są w stanie właściwie w pojedynkę zapełnić cały stadion. Z mojej strony to wygląda tak – gdyby wszystkie płyty nagrane po Load zostały zarejestrowane przez inny zespół to na pewno nie miałyby one takiego zasięgu. Były one znane raczej dlatego, że nagrała je Metallica, z powodu zaufania do samego bandu, a nie dlatego, że to było tak dobre muzycznie czy artystycznie. W nawiązaniu do tego newsa, o którym wspominałeś, jako jedną z przyczyn klapy finansowej podaje się też złe decyzje samego zespołu. Uważam, że owe nietrafne wybory podejmowane są od wielu lat, może jest to nieodpowiedni dobór producentów, którzy przystępują do nagrywania, może zespół nie słucha udzielanych mu rad czy wskazówek, generalnie w obozie Metalliki coś nie do końca gra tak, jak powinno. Trzeba jednak przyznać, że przez 10 lat ten zespół dokonał rzeczy epokowej, przeniósł mianowicie muzykę dla ówczesnych gówniarzy, thrash metalowców na salony, co wydawało się wtedy absolutnie niemożliwe. Potem ta machina zaczęła niestety ledwo zipieć. Może jednak coś się zmieni, może stworzą jeszcze coś dobrego i może wreszcie okaże się, że muszą przejść przez pewne kłopoty i będzie to dla nich inspirujące.
Może wyjdą na tym tak dobrze jak Vader?
Ciężko porównywać te dwie sytuacje. Niekiedy zespoły po prostu wybierają protekcjonalną strategię zamiast uciekać się do jakichś radykalnych form. Znam wiele bandów, które po osiągnięciu sukcesu trzymają wciąż podobny poziom artystyczny. Z Metalliką w tym przypadku jest podobnie. Na pewno łatwiej im jest zaplanować kolejną trasę, na której zagrają wszystkie utwory dokładnie tak samo, a fani będą wniebowzięci niż napisać numer na miarę klasyków z którejś do „Czarnej” płyty włącznie. To, że ich program koncertowy jest ułożony tak, a nie inaczej też o czymś świadczy.
Czyli, parafrazując klasyka, Metallica skończyła się na 'Load’?
Jeśli chodzi o Metallikę nagrywającą wielkie albumy to myślę, że skończyła się właśnie na „Load”. Na późniejszych krążkach pojawiały się fajniejsze utwory, ale nie było już ani jednej tak dobrej płyty.
W dość kulturalny i dyplomatyczny sposób naśmiewałeś się z singla „Lubię Pić” autorstwa Frontside. Przyznam szczerze, że gdy sam usłyszałem ten kawałek to przyłożyłem obie ręce do czoła i w takiej pozycji pozostałem już na długo… Cenisz sobie mimo wszystko chłopaków za łamanie pewnych utartych schematów czy wolałbyś co 2 lata otrzymywać sprawdzony, rzetelny produkt zbliżony do reszty dyskografii?
Szczerze mówiąc nie powinniśmy od artystów wymagać rzeczy, które my byśmy chcieli, czy których my sobie życzymy. Nie dlatego słuchamy muzyki alternatywnej, niepokornej, zbuntowanej żeby się godzić na koncert życzeń. I to jest w porządku, dopóki dostarczany materiał jest dobry. Natomiast ten żart… mnie nie bawi. Jeśli są ludzie, którzy się przy tym dobrze bawią to ok, super, wszystkiego najlepszego. Ja bym tego nie puścił nawet w stanie największego upojenia alkoholowego. Jeśli to miał być taki pijacki wymysł, to mnie nie przekonał. Natomiast to, co mnie zaskakuje to fakt, iż oni są w stanie wypuścić taki singiel w środowisku, w którym są bardzo narażeni na krytykę i to ich brnięcie w to, ten upór mi się nawet podoba. Nie jestem jednak w stanie słuchać tego żartu. Biorąc pod uwagę dodane tam akcenty folkowe czy skandynawskie mówię: „nie, nie i długo nie”. Jest to coś, czego nie dotykam i od czego staram się trzymać z daleka.
Mimo to trzeba przyznać, że chłopakom zgadza się liczba wyświetleń na YouTube czy łapki w górę na Facebooku. Wywołali spore zainteresowanie i z chęcią będą brnąć w to dalej skoro przynosi to spodziewany efekt.
Tak, oczywiście! Ich postępowanie to nie jest głupota. Jest w tym jakaś przekora i może faktycznie jest to jakaś metoda na sukces – robienie twórczości, która ludzi wkurza. Podoba mi się to, że robią coś takiego, generalnie to, że osiągnęli coś, co sobie zamierzyli. Ja tego natomiast nie będę słuchał. Ale ok, skoro o tym mówimy to świadczy to o tym, że zrobili to dobrze.
Taka chęć i upór w kontynuowaniu działalności zespołu to ciekawy temat. Ostatnio Shawn Crahan ze Slipknota stwierdził, że zespół będzie istniał dalej nawet jeśli w jego szeregach nie będzie ani jednego członka z pierwotnego składu. Pozostaje pytanie, czy w tym konkretnym przypadku Slipknot jest nam aż tak potrzebny i czy słusznie członkowie tej formacji traktują swoją działalność jako pewnego rodzaju ideologię? Czy chłopaki nie przesadzają z patosem i nie powinni w pewnym przyszłym momencie dojść do wniosku, że warto dać sobie spokój?
Wiesz, mnie do szczęścia Slipknot naprawdę nie jest aż tak potrzebny, tym bardziej, że ostatniej płyty właściwie nie mogę słuchać. Gdzieś zniknął ten stary pierwiastek szaleństwa i niebezpieczeństwa. Może jestem już za stary na te dźwięki, ale słyszę go na starszych płytach, a na najnowszej nie. Jeśli jednak chodzi o ideologię to pamiętajmy, że Slipknot nie jest jedynym i pierwszym zespołem, który zdecydował się na niepokazywanie swojej twarzy i zmiany w składzie. Warto tu wspomnieć chociażby o zespole The Residents, który jest zamaskowany od głębokich lat 70, funkcjonuje świetnie i cały czas nagrywa płyty. Nikt ich nigdy nie zdemaskował, nie zrobił fotki z partyzanta i nie próbował ujawnić na siłę ich tożsamości. Z drugiej jednak strony na Slipknot było polowanie, tak samo jak ostatnio polowano na Ghosta. Nie wiem, czy fani metalu potrzebują takich samych emocji jak fani Pudelka czy Kozaczka, bo w sumie co z tego, że zobaczysz gębę jakiegoś chłopa z Teksasu? Szkoda, że tożsamości muzyków ze Slipknota nie udało się utrzymać tak długo w tajemnicy, bo gdyby zespół wciąż był zamaskowany to tak naprawdę nie wiedzielibyśmy o zmianach składu i nie znalibyśmy twarzy członków zespołu. Wtedy ta idea faktycznie miałaby jakiś sens.
Skoro już jesteśmy przy Slipknocie – jak wygląda spojrzenie na fascynacje młodego pokolenia przez pryzmat ponad 40-letniego dziennikarza muzycznego? Na Twoim blogu przeczytałem, że Twój syn jest fanem Comy, natomiast Ty wychowałeś się na Vaderze, Slayerze, Iron Maiden, Judas Priest i tak dalej. Jak w związku z tym jawi się młode pokolenie z Twojej perspektywy?
Mój syn już nie jest fanem Comy, to się szybko zmienia. (śmiech) Natomiast wiesz, oczywiście nie zaczynałem od razu od Slayera czy Vadera, po drodze trafił się Europe czy Pet Shop Boys, więc zespoły dość znane. Tak wyglądały początki mojej fascynacji muzyką, słuchałem wtedy radia. Potem dopiero odkryłem muzykę metalową i ona zafascynowała mnie na długi czas bardziej niż inne gatunki. Po jakimś czasie zacząłem odkrywać też inną muzykę, aż w końcu w dość usystematyzowany i zorganizowany sposób zacząłem szukać nowych rzeczy. Odnośnie Twojego pytania – po pierwsze nie do końca jestem pewien, czego w tym momencie słuchają młodzi ludzie, podejrzewam, że wszystkiego, a po drugie to cieszę się, jak młody człowiek słucha czegokolwiek. Jeśli jest jakieś zainteresowanie muzyką to super. Z właściwości naszego mózgu wynika to, że jeśli ktoś zaczyna słuchać jakiejś muzyki to po pewnym czasie przestaje mu ona wystarczać i szuka nowych rzeczy. Dopóki ktoś zgłębia swoje zainteresowanie danym gatunkiem, to jest to fajne. Niezależnie od tego, czy znajdzie coś nowego, czy znanego, to zawsze jest ciekawa przygoda. Jedyne co mnie martwi, jeśli chodzi o młodych ludzi, to fakt, że pokolenie, z którego ja pochodzę słuchało muzyki często na przekór rodzicom. Za pomocą takiej czy innej muzyki chcieliśmy wyrazić swoją odrębność, czasem bunt, ale przede wszystkim własną tożsamość. Przyznam szczerze, że gdy teraz widzę 15-latków skaczących na koncercie Iron Maiden to mam mieszane uczucia. Z jednej strony się cieszę i myślę sobie: „Kurde, super, że pokolenie młodych ludzi ekscytuje się tym, czym ja się ekscytowałem kiedy byłem w ich wieku”. Z drugiej strony martwi mnie to, że nie widzę w tej generacji chęci spalenia tego, co ich wkurza i postawienia w tym samym miejscu czegoś nowego. Może nie widzę, bo jestem stary i mam słaby wzrok, hehe, coś tam się ze mną dzieje i mam nadzieję, że tak jest, ale jeżeli to pokolenie nie szuka swojej własnej tożsamości to mnie to martwi. Ćwiczenie w kółko tych samych gestów, tych samych brzmień, tych samych rozwiązań, tych samych słów to nie jest paliwo dla młodego pokolenia.
Uważasz, że to muzyka jest głównym medium, które jest w stanie coś realnie zmienić? Że to od niej zaczynają się oddolne inicjatywy będące w stanie coś zdziałać?
Kiedyś tak było. Moje pokolenie wyrażało się przy pomocy muzyki, ponieważ nie mieliśmy nic innego. Teraz oczywiście można to robić przy pomocy całej masy narzędzi, których wcześniej nie było. Może między innymi przez to rola muzyki jako takiej znacznie osłabła przez ostatnie 20 lat, ale nie w moim świecie, u mnie wciąż muzyka jest najważniejsza, jest sporo ludzi, którzy myślą podobnie do mnie i to właśnie do nich mówię.
Chciałbyś coś przekazać naszym czytelnikom?
Serdeczne pozdrowienia! Dziękuję bardzo za rozmowę i mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie w tym słowotoku.
Z pewnością. Dzięki!
Również!

