„Siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy” – tak zwykł mawiać Andrzej Twarowski przed największymi piłkarskimi hitami. Wczoraj wieczorem wykonaliśmy te rozkazy, bo i wydarzenie wydawało się być czymś wyjątkowym. Na kinowym ekranie zobaczyliśmy prawdziwe legendy i nie mamy tutaj na myśli obsady „Botoksu”. Eddie Vedder i jego przyjaciele z Pearl Jamu po raz kolejny udowodnili, że ich koncerty są niezwykłymi przeżyciami.
Na wieść o koncepcji połączenia typowej koncertówki z historią drużyny baseballowej można było mieć wątpliwości, czy film otrzyma zainteresowanie polskiej publiczności, gdzie ten sport jest czymś bardzo egzotycznym. Jednak jeśli wasza wiedza sprowadza się tylko do tego, że nieco to podobne do podwórkowego „palanta”, to wczujecie się w historię tak, jakbyście całe życie mieszkali w Chicago. Właśnie to miasto jest najbliższe sercu Eddiego Veddera, który jako wielki fan miejscowych Cubs marzył o tym, aby zagrać kiedyś koncert na Wrigley Field. W miejscu, gdzie od ponad 100 lat fani walczą z klątwą czarnego kota i kozła, gdzie nawet najstarsi mieszkańcy nie pamiętają ostatniego występu baseballowych idoli w elitarnym World Series. Ten zwariowany na punkcie sportu tłum ma także drugiego idola. Jest nim Eddie i dowodzona przez niego grupa, która przyciąga na swój koncert ludzi z całego świata. Fanów, gotowych koczować pod stadionem 4 dni, aby tylko zająć pierwszy rząd i przy 'Crazy Mary’ wypić ze swoim idolem lampkę wina.
Od początku seansu przemieszczamy się w czasie od początków Pearl Jamu przez losy Chicago Cubes do koncertu zarejestrowanego w 2016 roku na Wrigley Field. Poznajemy miejscowych bohaterów, którzy tak jak Eddie wierzą, że to będzie przełomowy sezon dla ich ulubieńców. Czasami wydaje się, że koncert jest tylko tłem dla opowiadanej historii, która śmiało mogłaby konkurować z hollywodzkimi produkcjami pod względem dreszczu emocji wywoływanego u oglądających. Przez blisko 2 godziny zatapiamy się w nieznany nam świat, gdzie zacierają się różnice pomiędzy biednym a bogatym, białym a czarnym, zdrowym a chorym. W świat, gdzie liczą się tylko dwie rzeczy: wygrana Cubes i koncert Pearl Jam.
Zespół po raz kolejny udowadnia, że dojrzewają jak dobre wino. Świetna forma, rozbudowana setlista, kipiąca ze sceny energia i tłum fanów, którzy w ich muzyce odnaleźli ukojenie. Największe wrażenie robią „Inside Job”, „Relase” oraz koncertowy killer, czyli „Better Man”. Nie brakuje także ujęć z backstage’u oraz prób na dachu jednego z miejscowych lokali. Poznajemy muzyków jako zwykłych ludzi, którzy wszelkie korzyści z bycia gwiazdą traktują z dystansem i szacunkiem. Ludzi, którzy nie zapominają o potrzebujących i każdym występem starają się dać fanom nieco radości.
„Let’s Play Two” to historia przelana w łzach szczęścia. Podróż po muzyczno-sportowej krainie, gdzie nawet największy fan Pearl Jamu odkryje swoich ulubieńców na nowo.
2. „Better Man”
3. „Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town”
4. „Last Exit”
5. „Lightning Bolt”
6. „Black Red Yellow”
7. „Black”
8. „Corduroy”
9. „Given to Fly”
10. „Jeremy”
11. „Inside Job”
12. „Go”
13. „Crazy Mary”
14. „Release”
15. „Alive”
16. „All the Way”
17. „I’ve Got a Feeling”
