Ostatni raz black metalową płytę recenzowałam mniej więcej w czasie, kiedy Henryk VIII ścinał swoją kolejną żonę. Z tym większym zapałem i tym większymi wymaganiami podeszłam do tematycznego krążka Elixir of Distress. I to chyba ten zapał i te wymagania przyczyniły się do ogromnego rozczarowania, jakie sprawił mi „Kontynent”.
Materiał zespołu został zebrany, chciałoby się rzec, tematycznie, myślą przewodnią pięciu umieszczonych na krążku utworów są bowiem gułagi, czyli radzieckie obozy pracy przymusowej. Do jakichkolwiek choć odrobinę ideologicznie/historycznie nacechowanych nawiązań w black metalu podchodzę dość ostrożnie i ze zdrową dawką sceptycyzmu. A to z bardzo prostego powodu: wyznaję może nieco staromodną i naiwną ideologię, według której ten gatunek muzyczny powinien skupiać się na emocjach, a nie na jakimkolwiek przesłaniu, nieważne, jak wzniosłe by ono było. Są od tego rzecz jasna wyjątki, niektóre zespoły od czasu do czasu wrzucają do swojej twórczości jakieś historycznie konotowane kawałki. I nie mam z tym żadnego problemu. Co jednak dzieje się, kiedy ktoś na całej płycie stara się zajmować konkretnym tematem?
…ale wróćmy do naszych gułagów. A skoro ZSRR i skoro praca przymusowa i izolacja, powinno być zimno, brutalnie i bezkompromisowo. A jak jest? No różnie. Utwory zamieszczone na „Kontynencie” cechuje przede wszystkim dość wolne tempo. I o ile warstwa instrumentalna, choć może momentami zbyt wymuskana i dopracowana, swoim lekko zardzewiałym, „łaskoczącym” brzmieniem nie budzi zbytnich zastrzeżeń, prawdziwe problemy zaczynają się z wokalem. Można odnieść wrażenie, że wolne tempo Elixir of Distress zostało niejako narzucone, by można było usłyszeć teksty poszczególnych utworów. I to właśnie jest najgorsze. Oględnie mówiąc, nie reprezentują one zbyt wysokiego poziomu (doszłam do tego wniosku, kiedy po raz piąty usłyszałam słowo „rzygać” i „czerwona k…”). Przeważnie w black metalu teksty nie odgrywają zbytniej roli, jeżeli agresja, emocje mówią same za siebie. „109” Bathory ani “Black Wings and Withering Gloom” Satyriconu to nie jest. Zresztą nawet “40:1” Sabatonu w porównaniu z tekstami na “Kontynencie” mogłoby powalczyć o literackiego Nobla.
W muzyce Elixir of Distress emocji nie ma wcale. Oczywiście, nagranie kilku kawałków na ten sam temat i zadbanie o ich współgranie nie jest zadaniem prostym, ale też nikt nie kazał młodemu zespołowi porywać się z motyką na słońce. Tymczasem już w „Kontynencie” można odnieść wrażenie, że muzycy są znudzeni albo raczej zagubieni we własnych pomysłach i nie do końca wiedzą, jak przekuć je w coś, czego chciałoby się słuchać.
Sam wokal zresztą też pozostawia sporo do życzenia. To, że w żadnym razie nie jest on black metalowy, to jeszcze pół biedy, teraz przecież taka moda. Ale ze względu na to utwory brzmią tak, jakby Lex z Megaherz stwierdził, że nagra jakiś kawałek z Gjenferdsel i liczył, że będzie dobrze. Spoiler: nie, nie jest. W „Katordze” doprowadza to do takiego absurdu, że wokal nawet nie współgra z warstwą instrumentalną. Bo po co – zróbmy lepiej pokaz black metalowej poezji śpiewanej. W siedzibie Związku Sybiraków.
Uwagę należy zwrócić na wyraźne ciągoty Elixir of DIstress w stronę bardziej atmosphericowych brzmień („Kontynent”, „Kołyma”, „Magadan”), dobre wrażenie towarzyszące pierwszemu takiemu trickowi zostaje jednak nieco przyćmione faktem, że… w większości utworów są one wykorzystane DOKŁADNIE w tym samym momencie w DOKŁADNIE ten sam sposób. Cóż, może muzycy myśleli, że skoro kawałki trwają po 10 minut, to nieuważny słuchacz zapomni. Nie ze mną te numery, Brunner.
W „Workucie” instrumentarium przyspiesza, nie nadaje to mu jednak przesadnego charakteru, na co po cichu liczyłam. Jest to paradoksalnie jeden z lepszych kawałków, choć i on nie wypełza poza szufladkę z etykietką „zwyczajnie”. Podobnie ma się sprawa z „Magadanem” – jest to dość ciekawy i spokojniejszy, poniekąd „chłodny” numer. Byłby on naprawdę przyjemnym oddechem od reszty utworów, gdyby pozostałe dawały oczekiwanego „czadu”. Ponieważ jednak tak się nie dzieje, „Magadan” wypada dosyć blado. Blado jak syberyjskie śniegi.
Po dwukrotnym przesłuchaniu „Kontynentu” byłam zmęczona, trzeci raz całości posłuchałam dla przyzwoitości. Z takim samym skutkiem. Chęć historycznych nawiązań zdecydowanie przerósł Elixir of Distress. Czasami lepiej po prostu ubrać się w koszulki Red is Bad, zabrać się za jakiś luźniejszy temat i skupić się nie na przesłaniu, a na dopracowaniu warstwy muzycznej i tekstowej.
2. Kołyma
3. Katorga
4. Workuta
5. Magadan

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets
- Pierwsze wrażenie3
- Instrumentarium5.5
- Wokal2
- Brzmienie5
- Repeat Mode3
