Maj to dobry miesiąc dla muzyki. Dwa poprzednie tygodnie wręcz przepełnione były nowymi wydawnictwami, a już kilka z nich może spokojnie pretendować do miana płyt roku. Jednak nie tylko premierami człowiek żyje. Przed wami kilka utworów, które słucham ostatnio w kółko. Zapraszam!

1. Kvelertak – 'Berserkr’ (z albumu „Nattesferd”)
Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier nie tylko tego roku, ale być może nawet trzech. Zarówno „Kvelertak”, jak i „Meir” znam już na pamięć. Odkrycie Norwegów kilka lat temu było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nikt przed nimi tak nie grał. Łączą black metal z rock’n’rollem i kilkoma innymi składnikami, tworzą mieszankę niezwykle dynamiczną i równocześnie przebojową. Trzeci album Kvelertak mógłby być tak naprawdę wydany jeszcze przed debiutem. Pozbawiony czystego brzmienia produkcji Kurta Ballou, poraża surowością i pierwotnością brzmienia. Paradoksalnie jest to ich najspokojniejszy, a zarazem najszybszy krążek. Nigdy przedtem nie używali w taki sposób gitar akustycznych i aż tak nie zwalniali tempa, a jednocześnie zapożyczenia z black metalu są tu jeszcze bardziej oczywiste. Do tej playlisty wybrałem jednak utwór najszybszy na całym krążku i kto wie, czy nie w całej ich dotychczasowej karierze.
2. Perturbator – 'Sentient’ (z albumu „The Uncanny Valley”)
Pozwolę sobie na dygresję od metalowych klimatów (nie ostatnią na tej playliście). Jednak czy aż tak bardzo? Perturbator to jednoosobowy projekt zainspirowany ejtisowymi soundtrackami do takich dzieł jak np. „Ucieczka z Nowego Jorku”, czy „Łowca Androidów”. Każdy fan metalu, który widział te produkcje, zapewne zgodzi się ze mną, że Snake Plissken to badass jakich mało, a Rick Deckard zapewne słucha w wolnych chwilach doom metalu. James Kent, czyli właśnie Perturbator nie ukrywa swoich metalowych korzeni (niegdyś grał w zespołach blackmetalowych). Do muzyki swojego projektu przeniósł mrok i niepokojącą atmosferę. Ukrzyżujcie mnie, ale „The Uncanny Valley” jest dla mnie albumem bardziej metalowym niż wiele z tych które obecnie wychodzą.
3. Apey & The Pea – 'Pothead’ (z albumu „Hellish”)
Węgierska grupie udawało się od dłuższego czasu przemykać mojej uwadze, jednak to się skończyło. Przy okazji ogłoszenia koncertu zespołu w trakcie Soulstone Gathering Festival 2016 postanowiłem sprawdzić co takiego mają do zaoferowania. I nie zawiodłem się. Mieszanka wybuchowości Pantery z ciężarem nowoorleańskich dźwięków i szczyptą grunge’owego, nienachalnego brzmienia daje niezwykle energetyczny, a zarazem potężny efekt. Wyobraźcie sobie J. D.Overdrive, ale wolniejsze, cięższe i bardziej w stylu Crowbar.
4. Periphery – 'Pale Aura’ (z EP-ki „Clear”)
Przy okazji zapowiedzianej na 22 lipca premiery nowego albumu Periphery, postanowiłem sobie odświeżyć starsze dokonania grupy. Szczególnie często w moim odtwarzaczu pojawia się EP-ka „Clear” z 2014 roku. Było to wydawnictwo szczególne pod tym względem, że za każdy z utworów na nim odpowiadał inny członek grupy, który pisał kawałek sam. I o ile wcześniej skupiałem się na 'Feed The Ground’ autorstwa Halperna (perkusja) w kooperacji z Sotelo (wokal), czy 'The Summer Jam’ od Bowena (gitara), tak dopiero teraz w pełni docenił zamykający krążek utwór 'Pale Aura’ Holcomb (gitara). Ma on wszystkie elementy, z których znane jest Periphery, czyli lekki refren z zapadającym w pamięć wokalem i ciężką zwrotkę z krzykiem.
5. Death Grips – 'Bottomless Pit’ (z albumu „Bottomless Pit”)
Utwór zamykający ostatni krążek eksperymentalnej grupy hip-hopowej Death Grips będzie równocześnie finałem mojej dzisiejszej playlisty. Nie jestem entuzjastą hip-hopu. Nie znam się na nim i raczej unikam poza kilkoma wyjątkami. Do nich należy właśnie Death Grips. Emocje płynące z utworów grupy są często bardziej skrajne i zatrważające niż te których można się doszukać w black metalu. Agresywny wokal MC Ride’a w połączeniu z okładaną bez przebaczenia perkusją, syntezatorem od którego głowa eksploduje i okazjonalną, mocno przesterowaną gitarą są doświadczeniem często krańcowym. Muzykę grupy ciężko jest gdziekolwiek zaszufladkować, ponieważ każdy utwór pomimo kilku stałych składników, ma w sobie cały czas nowe elementy. 'Bottomless Pit’ nie jest również wyborem przypadkowym. Jest to utwór, który na ostatnim krążku Death Grips jest najbardziej hardcorowy i noise’owy. Miłej zabawy i do zobaczenia następnym razem.
