Pisząc tekst do pierwszej playlisty na tę stronę raczej nie domyśliłbym się, że kolejną będę tworzył już jako członek ekipy. Obie łączy wciąż jeden element – to dalej wybór spośród lubianych przeze mnie utworów, które mogą być Wam nieznane. Być może jednak będzie to tylko przypomnienie nieco mniej popularnych kompozycji. Są polskie akcenty, jest sporo klasycznego podejścia do ciężkiego grania, a listę zamyka jedno z moich najważniejszych odkryć w muzyce metalowej, o tym jednak nieco później. Zachęcam do przesłuchania.
1.Behemoth – Nieboga Czarny Xiądz (z EPki „Xiądz”)
Utwór, który już w zapowiedzi EPki ‘Xiądz’ przykuł moją uwagę. Pierwotnie miał stanowić część albumu ‘The Satanist’, ale ostatecznie na krążku się nie znalazł. Pozostaje mi tylko życzyć Behemothowi takich odrzutów. Monumentalna kompozycja, utrzymana w blackowych klimatach, z wszystkimi elementami, za które polubiłem album. Nieobecna na Sataniście chyba tylko w celu utrzymania spójności krążka. Towarzyszy jej bowiem nieco inny klimat, wolniejszy, w efekcie bardziej epicki, zbliżony w jakimś stopniu do ‘O Father O Satan O Sun’. To również kolejny utwór na przestrzeni ostatnich lat, w którym pojawia się fragment tekstu po polsku. Mało który numer wywiera na mnie podobne wrażenie już po pierwszym przesłuchaniu.
2. Halford – Ressurection (z albumu „Ressurection”)
Prawdziwe wskrzeszenie Roba Halforda, który po opuszczeniu Judas Priest pracował nad różnorodnymi projektami, które spotykały się raczej z umiarkowanie pozytywnym odbiorem. Znikąd nagle wrócił w 2000 roku z solowym krążkiem w zaskakująco dobrej formie. Cała płyta wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale szczególne uznanie kieruję w stronę utworu otwierającego album. Halford ponownie raczy wokalem, który nadał charakter „Painkillerowi”. Choć nie ma tu tak chwytliwych riffów jak w Judas Priest, to nie jest to odczuwalny brak. Utwór równo kopie tyłki. Szkoda tylko, że jest to jedyny album z solowej działalności Roba, który dotrzymuje kroku jego rodzimej grupie.
3. Kat & Roman Kostrzewski – Morderca (z albumu „666”)
Wybór na tyle kontrowersyjny, że długo się zastanawiałem czy powinienem dodać go do tej playlisty. Choć pomysł odnowienia „666” uważam za niepotrzebny, to do nowej wersji wracam. Stanowi ona ciekawą interpretację materiału z debiutu Kata. I mimo że słychać upływ lat w głosie Romana, to ten utwór broni się naprawdę dobrze. Nie zaszkodziło trochę spokojniejsze wykonanie, które zabiło klimat odnowionej ‘Wyroczni’, za to nowe brzmienie uwydatniło ciężar ‘Mordercy’. Może brak diabelskiego pazura z oryginalnego nagrania, ale w mojej opinii dojrzalsza interpretacja tekstu przez Kostrzewskiego rekompensuje te braki. Jeden z niewielu utworów z płyty, który można bez wstydu porównać z Szóstkami z ’86.
4. Hell – Blasphemy and the Master (z albumu „Human Remains”)
Za brytyjskim zespołem Hell stoi naprawdę ciekawa historia. Założona w 1982 roku grupa wydała debiutancki album dopiero w roku 2011. Na skutek ciągu nieszczęśliwych wydarzeń Hell rozpadło się parę lat po założeniu. Z nowym wokalistą wydali ‘Human Remains’, którego dużą część stanowi materiał napisany jeszcze w początkowych latach działalności. Dla mnie to jedno z najważniejszych odkryć muzycznych – okazuje się bowiem, że można jeszcze napisać utwory utrzymane w duchu NWOBHM, które zabrzmią świeżo niczym klasyk zasłużonego zespołu z lat 80. ‘Blasphemy and the Master’ to tylko jedna z wielu solidnych pozycji z albumu. Ujawnia w długim intrze drugi talent wokalisty, który wcześniej spoglądał na publiczność z desek teatru. Instrumentalnie – kawał klasycznej szkoły heavy metalu, z krótką przerwą z łacińskimi przyśpiewami. 8 minut mija niezauważalnie, utwór jest na tyle złożony, że cały czas trzyma słuchacza w napięciu i zasypuje go w tonach piekielnej siarki.
