Zapraszamy do kolejnej odsłony playlisty Spotify – tym razem swoje cztery numery prezentuje Kuba. Wszystkie redakcyjne propozycje możecie sprawdzić poniżej. Zachęcamy również do podzielenia się tym, czego Wy obecnie słuchacie – tak samo jak przed tygodniem zrobił to Jakub (link do jego playlisty znajdziecie TUTAJ).
1. Opeth – Bleak (z albumu „Blackwater Park”)
Oczywistą zbrodnią jest wyciąganie jednego osobnego numeru z płyty „Blackwater Park” będącej kwintesencją mroku, siły i doskonałości kompozycyjnej szwedzkiej grupy prog-death metalowej. Sprawna współpraca Stevena Wilsona z Mikaelem Akerfeldem doprowadziła do powstania monumentalnego albumu, do dziś uznawanego za najlepszy w dyskografii Opethu i sztandarowego nie tylko w prog-metalu, ale ogólnie pojętej muzyce progresywnej. Z całego serca polecam „Blackwater Park”, a utwór 'Bleak’ w szczególności – do dziś jedno z najlepszych koncertowych wspomnień.
2. August Burns Red – Truth of a liar (z albumu „Messengers”)
Ponownie miałem problem z wyborem jednego numeru. Tworzenie playlisty składającej się z czterech numerów to jednocześnie przyjemna, jak i koszmarna robota. Serdecznie polecam wersję 'Truth of a liar’ live z koncertowego albumu „Home”. Z nagrania można się przekonać jak dobrze formacja wypada na żywo, a w szczególności ten numer, bardzo trudny technicznie.
August Burns Red to jeden z najkonkretniejszych amerykańskich zespołów corowych. W ich kompozycjach występują bardzo rozbudowane melodycznie riffy, charakterystyczne zwolnienia, instrumentalne przejścia, często wzbogacone gitarą klasyczną, skrzypcami, samplami etc. (Internal Cannon, Separating the seas, Provision…). Na żywo dają z siebie dwieście procent normy, o czym przekonałem się już trzy razy, a kolejną okazję będę miał w październiku w Krakowie. Jednym z najmocniejszych punktów bandu to Matt Greiner – jeden z lepszych perkusistów jakich słyszałem.
Amerykanie zawsze po koncercie osobiście dziękują, aż do momentu gdy ostatni fan nie odejdzie od barierek. Mam ogromny szacunek do zespołu – nie zawiedli mnie żadnym albumem, żadnym koncertem, ani gwiazdorskim zachowaniem.
3. Myrath – Confession (z albumu „Hope”)
Pierwotnie chciałem umieścić w tej playliście 'Lost Not Forgotten’ Dream Theater, ale z myślą o pokazaniu czytelnikom czegoś nowego, nieznanego sięgnąłem po Myrath. To tunezyjski zespół prog-metalowy, ewidentnie czerpiący garściami z Teatru Marzeń, wplatając jednak w swoje utwory dużą dawkę orientalnej aury. Poznałem ich przez przypadek, gdy w liceum fascynowałem się orientalnym metalem. Od tamtej pory jest to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie zespołów. Udało mi się nawet wygrać ich płytę i koszulkę, podejrzewam, że na palcach jednej ręki można policzyć egzemplarze ich albumów w tej części świata. Także delektujcie się – wszystkie trzy albumy są doskonałe i bardzo różnorodne – od power-progu na „Desert Call”, przez bardzo dremowy-prog „Hope” po heavy „Tales From the Sand”.
4. Converge – Sadness comes home (z albumu „All we love, we leave behind”)
Converge poznałem stosunkowo późno, bo na studiach, co jak na fana corów może wydawać się dosyć dziwne. Podobnie jak w przypadku Opethu wybrałem jeden numer z płyty tworzącej nierozerwalną całość. „All we love, we leave behind” to jedna z lepszych rzeczy jakie słyszałem od lat. Konsekwentny, dynamiczny, mniej chaotyczny niż poprzednie dokonania formacji Bannona album, który na długo zagości w moich głośnikach. Początek Sadness comes home bardzo przypomina mi „Seasons In The Abyss” – jedną z lepszych kompozycji Slayera i być może to z tego powodu tutaj się znajduje. Warte zwrócenia uwagi utwory na płycie: 'Tresspasses’, 'Aimless Arrow’ i tytułowy.
A tutaj cała nasza redakcyjna playlista: