Dziś czas na 11 odsłonę redakcyjnej playlisty. Po Macieju, Piotrku, Michale, Mate, Potworze, Jędrku, Karolinie, Joannie, Kubie i RaVie przyszła kolej na Michała. Jako fan klasycznego rocka z lat 70-tych i 90-tych przedstawi parę swoich typów może trochę zapomnianych wykonawców lub też mało popularnych w naszym kraju, choć bardzo cenionych zagranicą.
1. Marianne Faithfull – 'Before the Poison’ (z albumu „Before the Poison” z 2005 r.)
Brytyjka Marianne Faithfull to legenda hipisowskiej ery przełomu lat 60/70. Dla fanów Metalliki może być znana z gościnnego występu w 'The Memory Remains’. Zaczęła swoją karierę zupełnie przypadkowo, zauważona na imprezie przez ekscentrycznego managera Rolling Stonesów, Andrew Loog Oldhama. Piękna 18-latka stała się gwiazdą pop dzięki napisanej dla niej piosenki 'As Tears Go By’ przez duet Jagger/Richards. Przez następne lata związana z Mickiem Jaggerem (lecz nie stroniła jednak od towarzystwa innych Stonesów) prowadziła szalone, intensywne życie typowe dla bohemy tamtych czasów – seks, narkotyki i przy okazji rock’n’roll. Po poronieniu, próbie samobójczej i rozstaniu ze słynnym wokalistą jej życie i kariera całkiem się załamały – przez 2 lata mieszkała na ulicy uzależniona od heroiny. Być może jej skłonność do autodestrukcji była zapisana w genach – od nazwiska jej wuja Leopolda von Sacher-Masoch pochodzi pojęcie masochizm. Z nałogu wyszła w połowie lat 80-tych, a w ponownym rozkręceniu kariery pomogła jej przełomowa płyta „Broken English”. Mimo, że Marianne wydaje się nie dbać o swój komercyjny byt w jakikolwiek sposób, co jakiś czas po prostu przypomina o sobie nową, solidną płytą. Bardzo skrupulatnie dobiera swój materiał, a utwory z reguły piszą dla niej najlepsi alternatywni songwriterzy naszych czasów – Nick Cave, Billy Corgan, PJ Harvey, Damon Albarn, Beck, a nawet Roger Waters. W 2005 ukazał się album „Before the Poison”, który dzięki obecności Nicka Cave’a i PJ Harvey można uznać za najmroczniejszy w jej dorobku. Proste piosenki oparte na 3 chwytach w połączeniu z ochrypłym głosem zniszczonym przez narkotyki, wyśpiewującym teksty o cierpieniu, rozstaniu, śmierci i przemijaniu robią niesamowite wrażenie. Gdy w 'Before the Poison’ opowiadającym o samobójstwie Marianne śpiewa „Nie mam już nic do powiedzenia/Nic mnie już nie zatrzyma/Nigdy więcej ciebie i mnie/Jak to możliwe?” coś chwyta za gardło i serce. W zeszłym roku pojawiła się jej równie udana płyta „Give My Love to London”.
2. Patti Smith – 'Dream of Life’ (z albumu „Dream of Life” z 1988 r.)
Patti Smith to kolejna legenda kobiecego rocka, jednak od poprzedniczki dzieli ją właściwie wszystko. Wywodzi się ze środowiska nowojorskiego punka i debiutowała 10 lat później od Marianne zupełnie świadomie, już jako dojrzała artystka. Jej pierwsza płyta „Horses” była objawieniem i jest uznawana za jeden z najważniejszych albumów rocka. Wcześniej nikt w taki sposób nie połączył poezji, kobiecej delikatności i ostrego, brudnego punka. Z Faithfull łączy ją na pewno jedno – bezkompromisowość, życie swoim rytmem i podążanie własnymi ścieżkami. Po osiągnięciu pozycji ogólnoświatowej gwiazdy za sprawą 'Because the Night’ zamilkła na prawie dekadę i poświęciła się życiu rodzinnemu. Jej mężem został Fred 'Sonic’ Smith, czyli legendarny gitarzysta MC5 – protoplastów punka i garażowego rocka, od którego pseudonimu zaczerpnęło swoją nazwę Sonic Youth. Smith powróciła w 1988 r. albumem „Dream of Life” napisanym wraz z mężem, który przynosił stylistyczną zmianę – zamiast punkowych hymnów zawierał po prostu dobre poprockowe piosenki zabarwione brzmieniem lat 80-tych. Teksty również były łagodniejsze, jak przystało na szczęśliwą matkę dwójki dzieci – po części były afirmacją rodzinnego życia i miłości do bliskich. Zdecydowanie jednym z najpiękniejszych utworów na płycie jest tytułowy 'Dream of Life’, w którym Patti w jednym ze swoich najlepszych wierszy wyznaje miłość swojemu mężowi: „Twoje myśli, twoje plany/zniewalają moje sny/wieczne, zawsze nowe”. Sielanka Państwa Smith nie trwała jednak wiecznie – w 1994 r. Fred umarł na raka, a Patti, która odchowała już dzieci powróciła na dobre płytą „Gone Again”, która znowu miała w sobie złość i cierpienie. Artystka już za miesiąc wystąpi w Polsce na Off Festivalu, gdzie zaprezentuje w całości swój debiut „Horses” z okazji 40-lecia albumu. Obecność obowiązkowa.
3. Neil Young + Promise of the Real – 'A Rock Star Bucks a Coffee Shop’ (z albumu „The Monsanto Years” z 2015 r.)
Jedyna nowość w zestawieniu (wybaczcie), jednak artysta jak najbardziej zasłużony, choć w Polsce bardzo mało popularny. Neil Young to obok Boba Dylana największa osobowość amerykańskiej sceny. Od blisko 50 lat na szczycie, pomimo ciągłego płynięcia pod prąd. Gdy w 1972 r. ukazał się jego jedyny nr 1, czyli album „Harvest” wyruszył w wielką trasę koncertową grając głównie zupełnie nowy materiał… Gdy 10 lat później wydawca poprosił go o album rockowy Neil nagrał płytę w klimacie rockabilly i występował na scenie w różowym garniutrze. Co więcej, w końcu wytwórnia Geffen pozwała artystę na miliony dolarów za „nagrywanie muzyki nie będącej w stylu Neila Younga”. Do ostrego brzmienia powrócił pod koniec lat 80-tych i został nazwany Ojcem Chrzestnym Grunge’u. Inspirowali się nim Pearl Jam, Sonic Youth, a Kurt Cobain zacytował słynne słowa jego piosenki 'My My, Hey Hey’ w swoim liście pożegnalnym: „It’s better to burn out, than to fade away”. Neil jest w dalszym ciągu niezwykle aktywny twórczo, lecz jego dawni towarzysze zaczynają się wykruszać. Z powodu problemów ze zdrowiem basisty najwierniejszych współpracowników Neila, czyli Crazy Horse i śmierci zastępcy, był on zmuszony poszukać zupełnie nowego kierunku. Wybór padł na zespół synów legendy country Williego Nelsona. Tym sposobem Young nagrał najnowszą płytę z towarzyszami młodszymi od siebie o 3-4 dekady. Ciekawy jest również kierunek tekstów – artysta od zawsze jest zaangażowany w ochronę środowiska i wciąż wyznaje lekko hipisowskie poglądy na temat Matki Natury, lecz tym razem poszedł na całość i wszystkie piosenki poświęcił koncernowi Monsanto – przodownikowi w produkcji pestycydów i hodowli roślin GMO. Oczywiście jak zawsze w przypadku tak radykalnego działania jego postawa w postaci nowej muzyki znalazła wielu krytyków, lecz granie zaangażowanego country rocka z przesłaniem jest tym, co moim zdaniem zawsze wychodziło mu najlepiej. Recenzję najnowszej płyty, która ukazała się 29 czerwca możecie przeczytać tutaj.
4. The Smashing Pumpkins – 'I of the Mourning’ (z albumu „Machina/The Machines of God” z 2000 r.)
Na koniec coś rzeczywiście bardzo zapomnianego, niedocenionego, co nie trafiło w swój czas. W 1999 r. The Smashing Pumpkins byli zawieszeni pomiędzy komercyjną porażką w postaci płyty „Adore” i brakiem perspektyw na przyszłość zespołu spowodowanym ciągłymi napięciami pomiędzy członkami. Billy Corgan podjął więc ostateczną decyzję – po nagraniu ostatniej płyty i pożegnalnej trasie koncertowej grupa przestaje istnieć. W planach było niezwykle ambitne dzieło przebijające nawet ogromem materiału szczytowe osiągnięcie grupy, „Mellon Collie and the Infinite Sadness”. Na podwójny album, w którym każdy członek zespołu ma swoje alter ego, a sam frontman wciela się w różne postacie nie uzyskał jednak aprobaty wytwórni płytowej. W związku z tym został wydany pojedynczy krążek ze zbiorem piosenek bez widocznego motywu przewodniego. Mimo, że dzieło nie spotkało się ze zrozumieniem ze strony krytyków i fanów, a w związku z tym nie uchroniło zespołu od rozpadu, jest na nim sporo bardzo dobrego materiału. Jednym z momentów jest 'I of the Mourning’ – piosenka napisana pod wpływem śmierci matki Corgana. Pomimo osobliwej produkcji, spomiędzy wielu warstw przytłumionych i przesterowanych dźwięków wyłania się zawodzący, pełen nostalgii głos osoby rozdartej pomiędzy przeszłością i tym, co dopiero nastąpi: „I sit in the dark light/to wait for ghost night/to bring the past alive/to make a toast to life/cause i have survived”. Album w tym roku obchodził 15-lecie, jednak muzyka zawarta na nim dotyka najgłębszych części duszy dokładnie tak samo, jak w czasie premiery. Od paru lat zapowiadana jest reedycja, na której koncept zostanie przedstawiony w pierwotnej formie, jednak ostatnio Billy oznajmił, że prace nad przywróceniem płycie oryginalnego kształtu zostały wstrzymane.
https://www.youtube.com/watch?v=Pn4xxA3Mj8I
