Islandia jest krajem ze wszech miar enigmatycznym. Nieco ponad trzysta tysięcy mieszkańców, surowa pogoda, niezwykle trudny język, a ponadto ogromna odległość od Europy kontynentalnej czynią ten kraj zagadką. Tak samo też jest na „metalowej” mapie świata. Przeciętny fan metalu spytany o islandzki metal wymieni prawdopodobnie Sólstafir, Skálmöld, może Beneath. Islandzki black nie zyskał ogromnej popularności tak jak inne skandynawskie kapele z wielu przyczyn. Powstaje zatem pytanie – z jakimi problemami mierzy się islandzka scena najmroczniejszej metalowej muzyki? Czy można w ogóle postrzegać je w kategorii problemów?
Aby mieć świadomość jak wygląda islandzka scena black metalowa, trzeba cofnąć się do pierwszej dekady XXI wieku, kiedy to powstawały pierwsze kapele grające taką muzykę. Swoistą prapremierą islandzkich brzmień blackowych były początki Sólstafira – EPka „Til Valhallar” oraz demo „Í Norðri”. Niemniej, większość fanów czy członków zespołów których pytałem o początki islandzkiego black metalu, zgodnie wymieniali Myrk jako coś, co przetarło ścieżki dla nowych kapel. Znani wcześniej jako Mictian, byli jedyną aktywnie działającą islandzką black metalową kapelą na przełomie millenium. O Myrk krąży wiele legend, z głównym udziałem ich charyzmatycznego wokalisty, którego imię niestety większości osób umyka. Facet był w tamtych czasach uznawany za guru – czego on słuchał, wszyscy słuchali. Znany był również z wielu ekstremalnych zachowań scenicznych, takich jak cięcie się na scenie i zasypywanie swoich ran pieprzem i solą.
Żeby dobrze zrozumieć problem tamtych lat, należy wiedzieć, że Myrk tak naprawdę nie był faktycznie pierwszą kapelą grającą takie brzmienia. Zespoły powstawały, nagrywały jedno demo i się rozpadały. Taki los czekał m.in. Potentiam, Dysthymia, Withered czy Ámsvartnir. Pierwszą formacją która utrzymała się dłużej i stała się inspiracją dla innych był Svartidauði. Zaczęli w 2002 roku, a w 2006 roku nagrali pierwsze demo „Temple of Deformation”. Tak jak Myrk, również urosła wokół nich legenda ekstremalnych zachowań.
Nasze koncerty były w tamtych czasach mocno chaotyczne. Mazaliśmy się krwią, totalnie nam odbijało, biliśmy ludzi.
Sturla Viðar, wokalista i basista Svartidauði
Choć ich początki były mocno chaotyczne, to właśnie Svartidauði i płyta z 2012 roku, „Flesh Cathedral”, zmieniła scenę islandzkiego black metalu. Nie odniosła ona wielkiego sukcesu komercyjnego na świecie, ale uświadomiła wielu zespołom, że można stworzyć dobry album, mimo mieszkania w tak odizolowanym i odległym kraju. Od 2012 roku do dziś trwa okres, który perkusista Misþyrming, Helgi, określił „złotą erą”. Pojawiły się i zaczęły aktywniej grać takie kapele jak Sinmara, Naðra, Misþyrming, Auðn czy też Dynfari. Dosłownie tydzień temu Naðra wystartowała z swoją pierwszą zagraniczną trasą, promując wydany w tym roku album „Allir vegir til glötunar”.
https://www.youtube.com/watch?v=u26z3wa2PyQ
Przykładem jak wielki rozwój spotkał islandzki black może być debiut Misþyrming. W zeszłym roku wydali płytę „Söngvar elds og óreiðu”, która nie tylko zdobyła serca fanów z Islandii, ale także została zauważona za granicą. Miarą ich sukcesu może być pierwsza trasa międzynarodowa, którą również zaczęli parę dni temu. Miałem przyjemność w trakcie swojego pobytu na Islandii porozmawiać z członkami zespołu. Pośród błahych tematów przewinął się wątek polskiego black metalu. Tu pojawiła się miła dla mnie niespodzianka – zarówno fani jak i muzycy niezwykle cenią sobie naszą scenę blackową. Musze przyznać, że sposób w jaki wypowiadali „Mgła” był niezwykle ujmujący (mój faworyt to, cytując, „Mygla”).
Dlaczego właśnie black metal? Należy pamiętać, że w czasach gdy Myrk zaczynał swoją działalność, na Islandii dominowały brzmienia death metalowe, black metal nie był popularny. Co więc spowodowało, że tak wielu młodych ludzi skłoniło się w stronę tak ekstremalnej muzyki? Odpowiedź można znaleźć chociażby w samym nazewnictwie. Auðn oznacza dosłownie pustkowie, ruinę. Członkowie zespołu mówią o tym, że ich kraj jest chłodny, odległy, odizolowany, że mało osób mówi w ich języku. O innym aspekcie tego problemu mówi Örlygur z zespołu Mannveira (w dosłownym tłumaczeni – Ludzki Wirus):
Islandia jest w stanie rozkładu. Nie jest to magiczna kraina wróżek i elfów, tak jak się ludziom się wydaje. Zarówno w kwestii korupcji jak i rozkładu miejskiego, Islandia gnije. Wystarczy spojrzeć na ulice, są w ruinach.
W świetle ostatnich wydarzeń związanych z wyciekami informacji o oszustwach premiera Islandii, trudno nie przyznać mu racji.
Bezcelowość, pustkowie, ruiny, rozkład, to częste słowa które towarzyszom muzykom z tego kraju. Black metal jest dla nich sposobem na wyrażenie swojego niezadowolenia, poczucia pustki, odizolowania. Ogromny wpływ na muzykę miał również kryzys finansowy z 2008 roku. Członkowie różnych zespołów wspominali, że to był pierwszy moment w którym kraj poczuł prawdziwą biedę. Ludzie zaczęli się zwracać w stronę tego, co mogło pomóc im oddać bezsilność, frustrację i tym stał się black metal. Pamiętam sytuację z koncertu Misþyrming. Gig odbywał się w barze ze sceną (jak zresztą większość koncertów metalowych). Młody chłopak w koszulce bodajże Sinmary (nie potrafiłem rozczytać) spytał mnie, czy kupiłbym mu bilet. Nie piwo, nie papierosy, a bilet. Mimo tego, że czasy się zmieniły, to black metal nadal spełnia w tym kraju rolę, która się ukształtowała parę lat temu.
Tak jak każda scena metalowa, islandzka również nie jest w stanie uciec od pewnych problemów. W przypadku islandzkiego blacku jest to swoistego rodzaju ideologia. Należy pamiętać że jest to kraj w którym mieszka mniej niż połowa ludzi mieszkających we Wrocławiu. Siłą rzeczy, w tak zamkniętej i odizolowanej grupie jaką są blackowcy, wszyscy będą się znali. Tworzy to pewien konflikt interesów. Wymieniana wcześniej kapela Auðn traktowana jest przez większość zespołów black metalowych jako outsiderzy. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których jedne zespoły odmawiają zdjęć z innymi kapelami. Podobny problem dotknął też zespół Dynfari, z których wokalistą, Jóhannem, rozmawiałem na ten temat. Z rozmowy wynikło, że na Islandii obecnie panuje jakiś trend, wzorzec black metalu, za którym w mniejszy lub większy sposób trzeba podążać, by nie wypaść z obiegu. Związany jest on zarówno z brzmieniem, jak i ideologią. Ci którzy nie odpowiadają dość rozmytej idei jak ma wyglądać black metal, nie mają co liczyć na wspólne koncerty. Jóhann mówił, że nie jest to tak złe, jak się wydaje, że „każdy robi to co chce, zajmuje się sobą”. Niemniej, nawet w tak małym kraju społeczność blackowa jest podzielona.
Rodzi to również inny problem – czy islandzki black metal jest wyjątkowy, inny, oryginalny, czy też ten rygor narzucony przez tak naprawdę nie wiadomo kogo, nie czyni zespołów konformistycznymi. Konformizm stoi w całkowitej sprzeczności z black metalem, co powoduje zdziwienie pośród niektórych muzyków, takich jak chociażby Jóhann.
Islandzka scena black metalowa zaczyna nabierać na znaczeniu nie tylko krajowym, ale i międzynarodowym. Powstają nowe kapele, które osiągają sukcesy poza krajem, kolejne wydawane płyty znajdują swoje miejsca w rankingach. Mamy niezwykłą możliwość obserwowania na własne oczy złotą erę dla muzyki blackowej, coś, co mogłoby się wydawać, że już minęło. Mimo swoich problemów, islandzki black metal idzie do przodu, nam zaś nie zostaje nic innego, jak uważnie przyglądać się zespołom z tego niewielkiego, chłodnego, odizolowanego kraju.
