
Trzeci lipca – dla sporej części populacji naszego kraju to był zwykły dzień. Dla fanów Iron Maiden – niekoniecznie. Tego dnia właśnie, bogowie metalu dali pierwszy z dwóch koncertów w Polsce. Do Łodzi tego dnia zmierzały setki, a nawet tysiące fanatyków Żelaznej Dziewicy. W tym również ja. Niepozorna nastolatka kochająca Maidenów. Niestety było coś co różniło mnie od nich. Oni mieli bilety i uśmiechy na twarzach, ja – puste ręce i łzy w oczach. Nie miałam szansy na kupno biletu, najpierw to one były niedostępne a później moje pieniądze. Postanowiłam jednak przemierzyć ponad 300km i mimo wszystko pójść pod arenę posłuchać idoli. Emocje jednak wzięły górę, pierwsze dźwięki instrumentów, pierwszy okrzyk Bruce’a i wrzawa.. To bardzo bolało, że oni tam są a ja tylko tutaj, przed wejściem i to ok 10 metrów przed nim. Płakałam tak bardzo że nie wiedziałam co się dzieje, byłam bliska straceniu przytomności. „Najgorzej” zniosłam Fear of the Dark, wypowiadając każde słowo tekstu widziałam jak kilkanaście grupek ludzi zwyczajnie wychodzi z areny. Zadawałam sobie pytanie – Dlaczego? Oni mieli taki przywilej a opuszczają miejsce czczone przeze mnie ze wszystkich sił. Spoglądając na nich na drzwiach ujrzałam plakat informujący o koncercie Maidenów.
Moją słabością jest zbieranie wszystkich możliwych i gromadzenie ich na ścianie pokoju. Razem z pierwszym riffem Running Free ruszyłam do ochrony z zapytaniem o dostanie tego plakatu. Skierowano mnie jednak do innej pani, która później okazała się być moją boginią. W ten oto sposób znalazłam się przy samym wejściu do areny. Wow, przecież tutaj nie można być bez biletu! (to właśnie krążyło po mojej głowie). Niezwykle miła pani oznajmiła mi że tego plakatu nie dostanę ale dalej jest sklep gdzie mogę kupić ich oficjalny. On jednak znajdował się w środku. Zapytana o to gdzie mam swój bilet i o powód płaczu powiedziałam, że po prostu go nie kupiłam bo nie miałam możliwości, a płaczę dlatego że ludzi bezmyślnie wychodzą z koncertu legendy nie wiedząc, że odebrali szansę zobaczenia ich na żywo takim ludziom, którzy ich kochają jak ja. Kobieta widocznie zrozumiała moją rozpacz, kazała mi bowiem przejść przez barierki i wypowiedziała chyba najważniejsze dla mnie zdanie w moim nędznym życiu „to leć, chociaż na chwilkę ich zobaczysz”!. Uchyliła mi nieba. Za granatową kurtyną o 22:32 przez kilka minut oglądałam cud. Płacz rozpaczy przerodził się w płacz szczęścia.Running Free znaczy teraz dla mnie tak wiele. Wybiegając z areny przytuliłam tą panią i nic się dla mnie nie liczyło. WIDZIAŁAM IRON MAIDEN! Niesamowite przeżycie. Nie przypuszczałabym, że ludzi mają tak ogromne serca i są jeszcze tak wrażliwi. Po czymś takim z przyjemnością i uśmiechem wyczekiwałam przez 6 godzin mojego pociągu do domu.
Pewnie niektórzy z Was pomyślą: Głupia gówniara, udało się jej. Ja uważam inaczej, to po prostu los chciał żeby spotkało mnie coś dobrego. Nawet nie marzyłam o tym, że uda mi się ich zobaczyć. Życie jest jednak piękne!