O tym, jak wiele obowiązków wziął na siebie basista Metalliki, przeczytaliście już w pierwszej części wywiadu z muzykiem, udzielonym specjalnie dla magazynu „So What!”. Rozmowa Stefana Chiraziego z Robertem Trujillo schodziła także na inne tory. Z przedostatniej części tego obszernego materiału dowiecie się między innymi czy Metallica jest otwarta na wszystkie poboczne projekty Trujillo, jakie konsekwencje niesie ze sobą koncertowanie z Zakkiem Wyldem, co nie podobało się Robertowi we współpracy z Ozzym i dlaczego ostatnimi czasy basista tak bardzo zacieśnił swoją relację z Kirkiem Hammettem. Zapraszamy do lektury!
Odbyliście z zespołem rozmowę na temat twojej pozametallikowej działalności? Czy jest to całkowicie akceptowalny przez zespół element ciebie i twojej kreatywnej energii, którą musisz gdzieś spożytkować?
To ciekawe, bo myślę, że jest cienka linia pomiędzy muzycznymi działaniami poza obozem Metalliki. Uważam, że to, co jest najważniejsze, to znać swoje priorytety i potrafić razem przeanalizować swój harmonogram pracy. A także mieć pewność, że cokolwiek robimy – robimy to dla nas wszystkich, nie tylko dla siebie. Czy to James ze swoimi pokazami aut czy Kirk z Fear FestEvil, nigdy nikt z nas nie chce, żeby to kolidowało z czymkolwiek, co robimy w Metallice. Ona jest numerem jeden. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o muzykę, to po prostu wspaniale jest grać, niekoniecznie zawsze na wielkiej scenie. Tego lata Kirk zaprosił mnie na jammowanie w San Diego na Comic-Con w małym klubie. Musiałem po prostu zagrać kilka piosenek. Zagrałem dziewięć kawałków z trzema różnymi perkusistami i to była świetna zabawa. Wspaniały czas. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Nigdy nie jammowałem z Kirkiem w taki sposób. Odwzajemnił moje zaangażowanie grając ze mną przez większość wieczorów na koncertach w Sweetwater.
Taka współpraca może jedynie zaowocować dodatkowymi korzyściami, kiedy już wrócicie do standardowego grania.
Wspaniale jest móc się wyluzować i pograć razem w trochę inny sposób. Nie chciałem się nigdy tego wstydzić i na szczęście nie musiałem. To największy strach dla każdego muzyka, że kiedyś podejmiesz się jammowania i zrobisz z siebie idiotę. Jednak dla fanów zgromadzonych w San Diego, zobaczenie Kirka grającego z różnymi muzykami, którzy dołączali do niego na scenie, było bardzo ekscytujące. I możliwe, że czuli, iż doświadczają czegoś wyjątkowego. Myślę też, ze to była właśnie ta atmosfera i wibracje, które starałem się odtworzyć w Sweetwater.
Pomówmy o tym jak doszło do organizacji tych koncertów.
Zaczęło się od Mill Valley Film Festival. Organizatorzy spytali mnie czy mógłbym zostać gospodarzem eventu, który skupiałby się na Jaco. Pomyślałem, że to bardzo dobry czas na takie przedsięwzięcie, także ze względu na budżet, jakim dysponowano. Mill Valley mogło pozwolić sobie na sprowadzenie rodziny Pastoriusa oraz na dostarczenie wszelkich możliwości i miejsc dzięki, którym to wszystko mogło się wydarzyć. Dlatego, mimo że było ciężko, uważam, że ta działalność była bardzo ważna i potrzebna.
Jaki czas minął od otrzymania przez ciebie tej propozycji, do pojawienia się na scenie? Dwa miesiące?
Myślę, że po raz pierwszy usłyszeliśmy o tym pomyśle, ja wiem…sześć tygodni przed koncertami? Oczywiście musiałem stworzyć setlistę oraz ustalić kto z kim zagra i koordynować to wszystko na tym poziomie. Brie, który pracował dla nas (dla Metalliki) był bardzo pomocny i ogarniał przedsięwzięcie razem ze mną np. poprzez wykonywanie różnych telefonów, między innymi do Vickie Strate. Armand z kolei zaangażował się w sprawy dotyczące setlist. Zach Harmon był zwykle jego koordynatorem. No i mój człowiek Jeff Bass. To był grupowy wysiłek.
Nadal jesteś tym oszołomiony.
To zabierze mi jeszcze kilka dni. Póki co muszę odespać to wszystko. Ale czuję, że pomogło mi to w kwestii poszerzenia moich muzycznych umiejętności. Kiedy byłem w zespole Ozzy’ego, był to pewny punkt w tamtym czasie, przez który czułem się komfortowo. Zrozumiałem, że mi się to nie podoba. Ostatnią rzeczą, jaką chcę robić w życiu jest chodzenie na skróty, ciche akceptowanie tras, miejsc podróży i wszystkich tych rzeczy. Pojechałem w trasę z Zakkiem Wyldem, a następnie z Jerrym Cantrellem. Dlatego, że chciałem popchnąć się do działania, potrzebowałem wziąć się za siebie, poczuć trochę brudu, połączyć się z ciemnymi miejscami. Kiedy pojechaliśmy w trasę z Zakkiem, nie mieliśmy zaklepanego hotelu i nie myliśmy się dwa tygodnie. Menadżer trasy nabawił się jakiejś infekcji skórnej i wylądował w szpitalu po tej trasie. W 2002 roku trasa Black Label Society mogła zawieźć cię do szpitala, więzienia, albo na odwyk!
Trasa z Jerrym była trochę lepsza, bo mieliśmy prysznic w autobusie. Ale to by było na tyle w tym temacie. Mówiłem o czasie, w którym grałem z Ozzym, nocowaliśmy w pięciogwiazdkowych hotelach, lataliśmy prywatnymi samolotami. Czułem, że godzina i pół grania wieczorem przez miesiąc to tu to tam mi nie wystarcza. Chciałem być znowu muzykiem. To było dla mnie ważne, bo czułem, że rzeczy stały się dla mnie zbyt lekkie.
Więc muszę spytać, czy odkąd dołączyłeś do Metalliki, czułeś coś takiego? Był taki czas, kiedy czułeś, że mógłbyś znowu wrócić do tej bezpiecznej strefy?
Nie, z Metalliką jest zupełnie inaczej. Myślę, że mamy wystarczający cykl koncertów i napięty harmonogram. Ostatnie kilka lat minęły nam między filmem 3d, przy którym było mnóstwo pracy, a trasami, których nie odpuściliśmy w tamtym czasie. Nie mieliśmy czasu na przerwę. Te krótkie, wolne chwile starałem się poświęcić mojej rodzinie. I oczywiście filmowi o Jaco Pastoriusie, projekt ma teraz 5 lat, nie dało mi to możliwości na wzięcie dłuższej przerwy w pracy. Nawet kiedy śpię, myślę o tym filmie. Musiałbyś zobaczyć te wszystkie skrawki papieru, na których robiłem notatki dotyczące tego projektu. To doprowadzało Chloe do szaleństwa. Tak samo było z animowanym filmem „’Tallica Parking Lot”, ale to trwało tylko osiem miesięcy. Tak więc dzielenie czasu między rodziną, Metalliką i projektem filmowym, który łączył się także z tym co robiłem na boku z muzykami, trwało pięć lat. Było tylu muzyków, którzy chcieli ze mną grać! Na zasadzie „Okej, grasz z Metalliką, ale co jeszcze umiesz robić? Grasz w kapeli heavymetalowej, ale co jeszcze potrafisz? Umiesz zagrać funk?”. Nie wiedzieli o mnie niczego. Nie wiedzieli, że byłem w zespole Infectious Grooves, który był inspirowany twórczością Jaco. Myśleli, że jestem jednowymiarowy! Dlatego jakaś część mnie stwierdziła „Wiecie co? To jest mój obowiązek, żeby wyjść na scenę i pokazać ludziom inny sposób mojej gry.”. I może to pomogło mi włączyć do filmu moją świadomość. Poza tym potrzebowałem udowodnić, że robię rzeczy, które różnią się od moich zadań w zespole, ponieważ wielu ludzi chcą przypiąć mi etykietkę basisty Metalliki, który jest jednowymiarowym muzykiem.
Więc w takim razie, również zespołowi jest przypinana etykietka jednowymiarowego!
Tak, ludzie chcą to robić, ale prawda jest taka, że jest mnóstwo wymiarów w jakich działamy jako muzycy. Istnieje dla nas mnóstwo wymiarów także jako dla artystów. Dlatego myślę, że takie stwierdzenia dają mi kopa w tyłek i zmuszają do myślenia „Wiesz co, powinieneś nauczyć się kilku kawałków Jaco albo Weather Report. Powinieneś znów połączyć się ze swoimi funkowymi korzeniami.”. To jest coś co mnie tutaj trzyma. To była i jest duża część mojego życia. Większość moich przyjaciół, poza tymi z Metalliki to funkowi kolesie. Tak na marginesie, byłem pod wielkim wrażeniem tego, że Kirk miał ten sam feeling i wyczucie klimatu podczas naszego grania w ostatnich miesiącach.
Byłeś tym zaskoczony?
Tak, ponieważ nigdy nie grałem z nim w ten sposób. Ale on dorastał w San Francisco. Dorastał słuchając Tower of Power.
Jestem zdziwiony, myślę, że wasi fani też będą, że są takie rzeczy, o których o swoim graniu nie wiecie, a przecież jesteście razem w kapeli. To wskazuje na fakt, że ciągle jest jeszcze mnóstwo rzeczy w was, o których nawzajem o sobie nie macie pojęcia.
Tak, to prawda. Myślę, że wynika to z tego, że staramy się skupiać na jednej rzeczy. Spotykamy się ze sobą w trasie, ale pracujemy wówczas ciężko nad jedną konkretną rzeczą, a kiedy oddalamy się stąd o krok do naszego życia rodzinnego i prywatnego, rekreacyjna strona muzyki nie za bardzo łączy się z naszymi indywidualnościami. Dlatego granie utworu Jamesa Browna ‘Lickin’ Stick’ z Kirkiem Hammettem z Metalliki było ekscytującym przeżyciem. Z kolei wspólne zagranie ‘The Real Me’ z repertuaru The Who z Kirkiem było jego marzeniem – a teraz zrobiliśmy to dwa razy! To naprawdę świetna opcja. Wspaniale jest odkrywać tę stronę muzyki z nim. Zawsze ogromnie szanowałem Kirka, ale teraz mam tego szacunku jeszcze więcej. W San Diego moja żona powiedziała „Kirk jest niesamowitym gitarzystą.”. Słuchała Metalliki przez całe życie odkąd była nastolatką. Oboje poznaliśmy inną twarz Kirka.
Udało ci się otworzyć na jego granie i być może usłyszeć to, co tak naprawdę robił już wcześniej?
Tak, ale to jest właśnie świetna rzecz w naszych czasach, możemy odkrywać, ciągle odkrywać nowe rzeczy o sobie, między innymi takie.
c.d.n…
![Rob Trujillo o różnicach we współpracy z Zakkiem Wyldem, Metalliką i Ozzym [So What! vol. 21 4/2014]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/04/Rob-Trujillo-1024x698.jpg)

