Ostatnio sporo słyszy się narzekań na kolejnych członków Metalliki z uwagi na popełniane przez nich błędy w sztuce grania na żywo. Nie ominęło to również Jamesa, który – choć z gitarą radzi sobie jak zawsze świetnie – z głosem już jakby mniej. Ktokolwiek słuchał choćby nagrania z niedawnego koncertu na Bemowie, ten wie, o co chodzi. Tego często nie słychać na samych koncertach, ale mikrofon pojemnościowy to zdradliwa zabawka i w nsbagraniach nic nam nie ucieknie. Sprawdźmy więc jak głos Jamesa zmieniał się w kolejnych „erach” istnienia zespołu i zastanówmy się nad przyczynami pogarszającego się stanu rzeczy.

Na początek nieco prezentacji porównawczych:
Różne utwory z kolejnych płyt (1982-2008):
httpvh://www.youtube.com/watch?v=MAqK3mE0w1w
httpvh://www.youtube.com/watch?v=kwP9roqyZxw
Na przykładzie wybranych utworów:
Seek And Destroy (1983-2009)
httpvh://www.youtube.com/watch?v=N5dHpfaP5so
For Whom The Bell Tolls (1985-2008)
httpvh://www.youtube.com/watch?v=PicvNQ8Xw1g
Creeping Death (1985-2008)
httpvh://www.youtube.com/watch?v=YvmbmOBsG-I
Sad But True (1991-2009)
httpvh://www.youtube.com/watch?v=1_LLL-a0KmM
Każdy z Was prawdopodobnie ma już swojego faworyta, lecz o ile kwestia barwy, czy ogólnego wydźwięku to rzecz gustu, o tyle fakty są takie, że do czasów St. Anger James praktycznie nie zaliczał częstych wpadek, czy wyciąganych bardzo na siłę dźwięków. Jeśli już, to albo zwyczajnie wiązało się to z chorobą, albo przytrafiło się człowiekowi po ludzku raz na ruski rok. No właśnie, apropos Ruskich, to gdy oglądamy takie koncerty jak Moskwa 1991, to mamy wrażenie, że gość był niezniszczalny. Agresywny od początku do końca z balladą gdzieś po środku bez zająknięć mimo uszkodzeń strun głosowych zawsze przecież wynikłych z krzyku. Wcześniej (pominąwszy czasy przed Kill’em All), choć głos Jamesa nie brzmiał jeszcze tak dojrzale i silnie (a im wcześniej tym mniej, choć nadrabiał energią), to raczej się nie załamywał. Ba, „Hit The Lights” nagrał (podobno) mając anginę, a nawet jeśli był zdrów, to był ich pierwszy kawałek i gówno potrafił, a mimo to wszystkim się dziś podoba – niektórzy nawet niedawno wysnuli tezę, że „Jamesowi chyba wraca głos”, za przykład podając uzyskany przez niego na zeszłorocznym Sonisphere wysoki krzyk niczym 27 lat temu na płycie:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=Le1oFpgMqVU
W końcu jednak odczuł konsekwencje swoistego niedbalstwa. Podczas nagrywania Black Album w trakcie próby z So What (które trafiło na singiel Sad But True) doświadczył komplikacji, po których po raz pierwszy w życiu wziął podstawowe lekcje śpiewu i zaczął stosować proste rozgrzewki (od swojego nauczyciela dostał kasetę, z którą pracuje po dziś dzień). Oto jak ćwiczy i mówi o powyższym wypadku:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=6Vz5GWv0bkE
Wspomniane uszkodzenia – najwyraźniej wymykające się spod kontroli – sprawiły, że James zmienił technikę (przyznał to w jednym z dawnych wywiadów) i już na LOAD zaprezentował czysty, choć wciąż mocny głos. Dawało się to jednak odczuć bardziej na koncertach, czego kulminacją był chyba S&M, przy którym niejednym nasuwały się „operowe” skojarzenia (Pavarotti by się w grobie przewrócił, słysząc takie porównania, ale było w nich ziarno prawdy). Zupełnie już czysty wokal z mocnymi, bardzo okazyjnymi wstawkami to patent, który przerabiamy do dzisiaj, choć na płytach od St. Anger włącznie siłą rzeczy w zw. z powrotem do thrashu powrócił i krzyk. Niestety tylko w studio. Różnica między 2000, a 2010r. jest jednak taka, że czysty głos Jamesa wtedy nadal połączony był z precyzją, zadziornością, siłą przebicia i oddaniem ducha utworów, a dziś… można odnieść wrażenie, że śpiewa po najmniejszej linii oporu, bez – tak ważnej w wokalistyce – świadomości tego, co chce się zrobić za sekundę, klepiąc po prostu tekst automatycznie, no i – wracając do sedna – często popełnia gafy.