2 Lata. Tyle nam było czekać na kolejny przyjazd Metalliki do Polski. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz, żeby zostać ojcem/matką. Myslę, że jest to idealny okres czasu. Na niektóre zespoły trzeba czekać po kilkanaście lat, więc sądzę, że możemy czuć się rozpieszczani przez pana Hetfielda i spółkę. W dodatku, miał to być przyjazd szczególny, gdyż po raz pierwszy mogliśmy wybrać setlistę dzięki „Metallica By Request”. Ale zacznijmy od początku.
Kiedy panowie z Bay Area zapowiedzieli możliwość wybierania własnej setlisty wszyscy zwariowali. „W końcu usłyszę Frayed na żywo!”, „No, ciekawe, jak im wyjdzie Trapped Under Ice po tylu latach”, tego typu teksty mogłem usłyszeć od moich znajomych i nie tylko, gdyż Deathmagnetic.pl aż huczał od podobnych wpisów. Sam byłem bardzo zainteresowany całą akcją. Nasi rodacy nawet robili specjalne akcje, by wybierać rzadkie utwory, których ekipa nie grała nigdy/ lub bardzo rzadko. „Olej Szlagiera, wybierz Fixxxera” od kolegów z Overkill.pl to jeden z licznych przykładów tego typu akcji. Jaki był wynik końcowy wszyscy wiemy, jednak cała akcja, pomimo porażki, podobała mi się i sam brałem w niej udział. Zdjęcie mojego setu poniżej. Przejdźmy do dnia koncertu.
Kiedy dojechałem na Stadion Narodowy byłem niezwykle podekscytowany. Z oddali było widać największych fanów, który czekali przy wejściu do strefy GC EE z numerkami zapisanymi pisakiem. Ja udałem się do bramy numer 3, gdzie cierpliwie czekałem na wejście. Niski pan oderwał mi kawałek biletu oraz przylepił ładną, zieloną opaskę z nazwą festiwalu oraz dużym napisem PŁYTA. Wg. numerku na ręcę byłem 32 osobą, która najwcześniej dotarła do bramy na płytę, więc gdy przyjemni panowie z ochrony raczyli otworzyć wejście czym prędzej ruszyłem pod barierki. Miała to być relacja z koncertu Metallica, więc nie będę pisał niczego o wcześniejszych zespołach (i tak napisałem już troszeczkę za dużo) oprócz tego, iż Anthrax i Alice in Chains było genialne, a Chemii i Kvelertaku nie dało się słuchać ze względu na nagłośnienie (ubolewając przy tym drugim najbardziej).
Przejdźmy do początku koncertu. Na początek zostaliśmy uraczeni filmikiem przedstawiającym co to jest to całe By Request. Mogliśmy usłyszeć kilka sucharów oraz zostaliśmy uświadomieni, że mieliśmy szansę wybrać same rarytasy. Gdy półtoryj minutowy film się skończył nasze uszy mogły wsłuchiwać się w jedno z najpiękniejszych intr koncertowych na świecie czyli Ecstasy Of Gold. Tłum wiernych fanów od razu zaczął nucić tą bardzo znaną w naszych kręgach melodię. Gdy intro dobiegło końca mogliśmy zobaczyć Larsa stojącego na swojej perkusji wartą dużomnóstwobardzo pieniędzy. Następnie dotarły do nas pierwsze dźwięki Battery, bez akustycznego intra. Przy wejściu perkusji (przynajmniej u mnie) wszyscy wokół rzucili się do pogo, by napieprzać się po mordach nawzajem. Było to dość przyjemne dla przeżycie. Pierwsze co uszło mi na uwadze – Metallica to najlepiej nagłośniony zespół tego wieczoru. Anthrax i Aliców dało się jeszcze znieść, ale Chemia i Kvelertak to była porażka na całej linii. O dziwo, na Metallice, nie dość, że było słychać dość wyraźnie wokal, który nie zlepiał się sztucznie z innymi instrumentami, to w dodatku nie było słychać jakiegoś strasznego echa, jak przy poprzednich zespołach. [(*) ludzie na trybunach, pamiętajcie, że byłem z wami ciałem i duchem]. Drugi utwór to oklepany już Master Of Puppets, który nigdy nikomu się nie nudzi (w tym mnie). Na Welcome Home (Sanitarium) ludzie się jakoś uspokoili i w spokoju można było podziwiać zespół jak i ciekawe filmowe wstawki za nimi. Na Ride The Lightning tłum znowu ruszył, przy okazji wywalając kolejnych szczęśliwców za barierki (pozdrawiam ochronę, która miała pełne ręce <dosłownie> roboty). Następnie sentymentalne The Unforgiven, a potem The Memory Remains, którego partia wykonywana przez panią Marianne Faithfull była śpiewana przez wszystkich ludzi na stadionie. Efekt był niesamowity, o czym pewnie się przekonaliście na własne uszy. Lords Of Summer wyszło lepiej niż samo nagranie, więc było co najmniej dobrze. Zapowiedziane przez Sasima oklepane Sad But True brzmiało świetne, szczególnie przy niskich partiach wokalnych Jamesa. Po Fade To Black przyszedł czas na genialnego Oriona. Na One mogliśmy podziwiać przepiękne laserowe show, oraz świetne zagrane solówki Kirka. Przyszedł czas na For Whom The Bell Tolls, a następnie zapowiedziane przez Meniosa Whiskey In The Jar, które wyszło fenomenalnie. Musiało dojść do granychioklepanychsetkirazy Nothing Else Matters oraz Enter Sandman, które, pomimo narzekań na to, iż znajdują się one na setliście, wyszły bardzo dobrze i dodały koncertu magii. Na bisie podziwialiśmy Creeping Death („Die” śpiewane kilkadziesiąt razy to jedno z najlepszych doświadczeń koncertowych, jakiego mogłem doznać) The Call Of Ktulu, które wybraliśmy tego samego dnia z pośród Fuela i The Day That Never Comes, a przy okazji wyszło nieziemsko oraz efektownie kończącego widowisko Seek & Destroy, podczas którego czarne oraz kolorowe piłki dały nie jednej osobie radochę. Na koniec długie pożegnanie z zespołem i czas powrotu do domu.
Warto jeszcze wspomnieć o kilku rzeczach. James tamtego wieczoru był w niesamowitej formie wokalnej. Nie starał się niczego podciągać pod górę, tylko cały czas trzymał się niskich tonów, które wychodzą mu najlepiej. Drugą rzecz, jaką należy dodać, to fakt, iż mogliśmy podziwiać jedną solówkę Robb’a i 2 Kirka (jedną na „wahu” przy którym pokazał nam swoją słynną „alochę” oraz intro przed Nothing Else Matters, które wyszło niezwykle klimatycznie). A trzecia, i ostatnia, to fakt, że ten koncert był wyjątkowy również z tego powodu, iż był to pierwszy występ Metalliki, gdzie zagrali 2 instrumentale od 7 lutego 1985 roku. Był to jeden z najlepszych koncertów, na jakich miałem przyjemność być. Jak dla mnie, było lepiej niż 2 lata na Bemowie. Nagłośnienie trochę dawało po uszach, ale jak mówiłem, na Metallice odczuwało się to minimalnie. Pomimo lat na karku potrafią zagrać świetny koncert, i taki właśnie był tydzień temu w Warszawie.
