Piątek, 11 lipca 2014. Wybija godzina 21 – rozpoczyna się 7 godzina oczekiwania pod sceną na upragniony pierwszy koncert Metalliki w moim życiu. Parę godzin wcześniej było mi dane obejrzeć występ norweskiego zespołu Kvelertak, weteranów thrashu z USA – Anthrax oraz grunge z Seattle – Alice In Chains. Stojąc tam pod sceną dręczyło mnie jedno pytanie – czy na zespole, na który czekałem wiele lat by w końcu go zobaczyć również spaprają nagłośnienie. Jak dopiero za parę minut miałem się przekonać, odpowiedź na moje pytanie brzmiała ZDECYDOWANIE NIE.
Na Sonisphere oprócz występu Larsa i spółki oczekiwałem również koncertu zespołu Anthrax. Lecz to czego doświadczyłem w czasie ich koncertu, było… okropne. Całkowicie spaprane nagłośnienie, jedyne co można było usłyszeć to zagłuszająca wszystko, podwójna stopa Charliego Benante. Uznałem, że nie ma się co załamywać – to w końcu Metallika, marzenie mojego życia.
Pięć po dziewiątej, emocje sięgają zenitu, gdy po Stadionie Narodowym rozlegają się dźwięki przeboju grupy AC/DC. Wszyscy wiedzą co ma rozpocząć się za chwilę, wszyscy są już na to przygotowani. Stojąc tam nie mogłem uwierzyć, że to już. Dopiero co był grudzień, ogłoszenie koncertu, kupienie biletu 8 miesięcy temu, dopiero co 8 godzin temu stałem przy „merchendise store”, patrząc na koszulki i inne gadżety, żałując, że nic z tego wszystkiego nie kupiłem. Stojąc na Golden Circle dosłownie minutę przed koncertem rozmyślałem jak bardzo tanie były te rzeczy w Metallikowym sklepiku przy Stadionie, w porównaniu z ceną produktów typu alkohol, jedzenie, woda. Naprawdę 8 zł i to do tego za 0,3 l bezalkoholowego piwa to przesada po całości. Moje myśli wróciły na stadion, gdzie pogasły wszystkie światła, a wszedł mrok…
Dziesięć minut po dziewiątej, na ekranie pojawia Metallica By Request. Nagle całe zmęczenie minęło. Zapomniałem o całej podróży, która trwała pół dnia z Krakowa autokarem SmokTicket, o całej zabawie na Anthraxie, Alice In Chains i godzinnym oczekiwaniu na występ bogów. Wszystko to minęło z chwilą, gdy na ekranie pojawili się oni. Co jak co, ale żart Kirka o graniu Lulu w czasie przerwy całkiem udany (chociaż osobiście nie mam nic do tego albumu). I zaczyna się stały fragment koncertu, czyli The Ecstasy of Gold – intro każdego koncertu Metalliki. Giganci wyjdą na scenę za parę sekund, a mnie wciąż dręczy pytanie – jak spisze się akustyka stadionu? W ciągu tych paru godzin zdążyłem się przekonać, że mój sedes w łazience wydaje lepsze echo niż to na Stadionie. Tylko szczerze mówiąc po raz kolejny o tym zapomniałem, gdy wszystkie światła skierowały się na Larsa, a cały tłum oszalał, gdy rozległy się początkowe dźwięki Battery. Battery, człowieku! Nie sądziłem, że ten kawałek jest tak znakomitym openerem.
W setliście koncertu dominowały utwory znane i kochane przez publikę – Master Of Puppets, Enter Sandman, Nothing Else Matters, Unforgiven, Whiskey In The Jar, Seek & Destroy czy For Whom The Bell Tolls. Ale to nie znaczy, że zabrakło rarytasów – oprócz nowego utworu zatytułowanego Lords Of Summer, otrzymaliśmy drogą głosowania również Ride The Lightning, The Memory Remains czy Orion. Lecz przez 2 godziny znakomitego koncertu największą niewiadomą było Vote of The Day, czyli utwór wybierany drogą SMSową – The Call Of Ktulu, utwór który ostatni raz był grany podczas festiwalu Orion w Stanach. Polska miała swoją szansę zapisania się do historii z dwoma instrumentalami w secie i… UDAŁO SIĘ! Nadeszło Ktulu, ale ludzie dookoła mnie wydawali się, jakby nie znali utworu, jakby go nie chcieli właśnie teraz usłyszeć. Wydało mi się to bardzo smutne, ale nie przejmowałem się tym i wykrzyczałem każdą nutę z tego geniuszu muzycznego. To co na pewno utkwiło ludziom zebranym na Stadionie Narodowym w Warszawie to zapowiedzi utworów Sad But True oraz Whiskey In The Jar kolejno przez Sasima – wokalistę tribute bandu AlcoholicA, oraz Meniosa – Polskiego Prześladowcę Metalliki (Polish Stalker No. 1 jak to James ujął). To było piękne… piękne zobaczyć jak fan potrafi rozśmieszyć na scenie samego Jamesa Hetfielda swoimi tekstami. Po tym wydarzeniu na pewno każdy pamięta Sasima jako Wojtka ze Świerklańca. Ale niech Menios (Piotr Kowieski) nie myśli, że fani od tak zapomną o jego obietnicy postawienia wszystkim whiskey J. Za serce chwycił również moment, gdy na środku sceny pojawili się ludzie cieszący się wygraną z Meet & Greet i wykrzyczeli chóralnie „DIE!” podczas Creeping Death. Warto wspomnieć również o utworze One podczas którego tłum był świadkiem efektów laserowych. Szczerze mówiąc zawiodłem się, nie wiem, naprawdę oczekiwałem od tego czegoś więcej, wstęp One w filmie Through The Never robił kolosalne wrażenie. Naprawdę nie chciałem by do tego doszło, ale w końcu nadszedł czas na Seek & Destroy – ostatni utwór koncertu, o czym każdy wiedział. Nastrój poprawił mi widok ogromnej plażowej piłki latającej nad głowami ludzi, a jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie fan, który po koncercie stał przed stadionem i usiłował spuścić powietrze z tej gigantycznej plażówki (pozdrawiam go, mam nadzieję, że Ci się udało J).
Godzina 23:50. Po opuszczeniu stadionu rozpocząłem swoją drogę na parking, gdzie czekał na mnie autokar SmokTicketu. Wtedy zdarzyło się to czego się nie spodziewałem. Na drodze spotkałem człowieka, który sprzedawał koszulki i gadżety Metalliki o połowę tańsze niż były przed koncertem. Wraz z kolegą zaopatrzyliśmy się w plakaty jakich wcześniej nie widzieliśmy. Z wielkim uśmiechem na twarzy wkroczyłem do autokaru z plakatem oraz Metallipiłką załapaną podczas ostatniego utworu.
Siedząc w autokarze zdałem sobie sprawę, że to już koniec tej historii… najlepszego dnia w moim życiu. Słowa zacytowane w tytule relacji pochodzące z utworu Memory Remains był właśnie pierwszymi słowami, o których pomyślałem siadając w fotelu autokaru. Jedyne co pozostało to czekać na kolejny koncert mistrzów z USA, licząc że tym razem nie będzie to Stadion Narodowy. Kolejny koncert tam byłby BEZ PRZEBACZENIA dla organizatorów. Bez względu na wszystko i tak było tam pięknie. Dziękuję wszystkim, którzy zebrali się do wspólnej zabawy przy nieśmiertelnych utworach.
