Black Album – płyta, która dała Metallice sukces większy, niż którykolwiek z ich poprzednich krążków. Cóż więcej można by dopowiedzieć do tego, co już wiemy nt. powstawania tego wiekopomnego dzieła? Dokument A Year And Half In Life Of Metallica po części odpowiedział nam na to pytanie, przedstawiając kulisy produkcji. Co jednak mogą powiedzieć nam z perspektywy czasu sami członkowie Metalliki? W tej części wywiadu ze specjalnego wydania So What! dotyczącego właśnie Czarnego Albumu chłopaki opowiadają o powstaniu czarnej okładki, śmiesznym błędzie w tekście jednego z utworów, konsekwencjach nagrania tak popularnego albumu, upraszczaniu muzyki czy też zaprzestaniu rywalizacji Larsa z innymi perkusistami.

Cz. 1 wywiadu Metallica: Black Album – So What! vol. 19 (2/2012)
Cz. 2 wywiadu Metallica: Black Album – So What! vol. 19 (2/2012)
Wśród wszystkich utworów na albumie jest jeden, o który muszę spytać, a mianowicie „Don’t Tread On Me”. Mam wrażenie, że jest to piosenka, która nie przyjęłaby się dzisiaj. Prawda czy fałsz?
KH: Serio?
JH: Prawda.
Tak myślę, bo jeśli chodzi o tekst…
KH: Mówisz o samym tekście?
Tak, przepraszam. Miałem na myśli to, że jeśli chodzi o tekst, to odnoszę wrażenie, że moglibyście przysiąść nad nią i powiedzieć „raczej nie”.
KH: Wiesz, nie mogę za bardzo mówić –
LU: Myślę, że to stwierdzenie jest nietrafne.
KH: Nie mogę się wypowiadać za Jamesa. Nie chcę się za niego wypowiadać, ale wydaje mi się, że on ma już ten etap za sobą.
JH: Też tak myślę, ale ten temat, tytuł jest świetny. Co sądzę o samym tekście? Nie taki dobry.
Może trochę zbyt wyobcowany?
JH: Trochę zbyt rzeczowy, trochę zbyt gawędziarski, trochę głupawy.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=tokTuu1IhJY&feature=related
Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, że jesteś teraz takim pokutnikiem jak byłeś kiedyś.
JH: Jestem tego pewny i to nie szkodzi, ale temat jest całkiem uniwersalny. „Nie stąpaj po mnie” („Don’t Tread On Me”). Każdy mógłby to połączyć z czymkolwiek. Nie musi być bojowy, nie? Nikt nie chce być wyruchany.
To prawda, ale mógłby być bardziej uniwersalny, gdyby nie traktował konkretnie o Ameryce.
JH: Teraz napisałbym go bardziej uniwersalnie.
Więc każdy z każdej części świata może wczuć się i utożsamić z tym utworem.
JH: Tak.
OK. Więc porozmawiajmy, jak powstała okładka Czarnego Albumu.
LU: Punktem wyjścia dla niej było, no wiesz, wyolbrzymienie albumu …Justice…. Siedziało się wtedy w heavy metalu i czekało, kto wpadnie na najbardziej komiksową (okładkę).
JH: Kontrowersyjnie.
LU: Wiesz, grafika musi łączyć się z piosenkami tego typu.
JH: Tematycznie.
LU: Listy podziękowań muszą dziękować wszystkim – dziesięciu tysiącom ludzi.
KH: I musisz być zabawny w swoich podziękowaniach.
JH: Pseudonimy.
LU: To stawało się już niedorzeczne.
KH: Takie banalne i stereotypowe.
LU: I to sprawiło, że ważna stała się tylko muzyka. Nic dodać, nic ująć. Nie chodziło już o to, co można zaprojektować, ani o koszulki, ani nic z tym związanego. I wszystkie te elementy komercyjne i inne bzdety były już tylko muzyką. Musisz to jakoś opakować, ale jak zminimalizować otoczkę tak, by chodziło tylko o muzykę? Pamiętam czas (na pewnym etapie tego albumu), kiedy mieliśmy całkowicie białą okładkę, były tam te różne rzeczy. Wąż został na koniec… w pewnym momencie rozmawialiśmy o tym, by nie umieszczać loga wcale.
Doskonale to pamiętam.
LU: Logo Metalliki (na okładce) jest czarne na czarnym. Pamiętam, jak siedzieliśmy wtedy tam tygodniami z tymi jebanymi gośćmi od produkcji. „Nie, czarne na czarnym. Której części w czarnym na czarnym nie rozumiesz?”.

JH: Pamiętam jak tłumaczyłeś „Moja żona ma Harleya i jest chromowo-czarny. Nie da się tego zrobić?”
LU: A więc tak to się zaczęło (koncepcja na okładkę albumu), a później rzecz jasna pojawiły się Spinal Tap, Back in Black i te wszystkie porównania. To była reakcja nie tylko na to, co robiliśmy z elementami tematycznymi tych wszystkich nagrań, której w żadnym wypadku nie krytykuję, ale proporcjonalnie skracaliśmy muzykę, dzięki czemu stała się bardziej spójna, i przemycaliśmy tę ideę do projektu okładki.
KH: Wtedy Ross Halfin zwęszył ten pomysł i powiedział: „Znam sposób, jak zrobić wam zdjęcie w czerni”. A ja na to: co? Pamiętam, że miał ten specjalny aparat ze specjalną kliszą i robił te zdjęcia. I pamiętam, jak mi to zajebiście imponowało.
Wow, muszę spytać o tę miejską legendę. To prawda, że kiedy po raz pierwszy otworzyliście książeczkę, byliście zdołowani, że nie byliście w niej na miejscu, w którym był Jason?
LU: Nie.
Ok, więc możemy odłożyć to na później.
LU: Jedyne, co pamiętam, kiedy mówisz o tym, co tam widzę (patrząc do książeczki z podobiznami czterech członków zespołu – red.) to to, że z jakiegoś powodu jeśli pozostawisz całą czwórkę, to nie da się zrobić tak, aby Jason był takich samych rozmiarów jak nasza trójka. A jeśli widzisz, że trzech z nas jest jakby bardziej (robiąc gesty ukazujące ‘mniejszy’ i ‘o głowę’), ale to jest o cały jego łeb.
KH: Tak, pamiętam to.
LU: Wciąż chcieliśmy zmniejszyć Jasona, żeby był takiej samej wielkości, jak reszta nas. To było na zasadzie „zmniejsz Jasona o pięć procent”. [Książeczka] Wracała FedExem cztery dni później. „Nie, pomniejszcie go o kolejne pięć procent”. W kółko to samo, „zmniejsz Jasona—”
JH: Cóż, w tym wszystkim chodzi o to, jak odwrócił głowę, bo…
KH: To bardziej jak profil.

JH: Widzisz? My mamy małe podbródki. On jest jednym kolosalnym podbródkiem.
KH: My byliśmy sfotografowani z przodu, a on nieco z profilu. Ale on tak odwracał głowę–
JH: Zawsze to robił.
KH: Bo miał nieregularną linię szczęki i przeszkadzało mu to.
LU: Jedyne, co mi jeszcze przychodzi do głowy, kiedy patrzę na to wszystko jest to, że kiedy przechodziliśmy przez to i akceptowaliśmy, to w końcu po prostu zgodziliśmy się na wszystko. I jakąś godzinę później wszystko było gotowe, wydrukowane i zobaczyliśmy pierwszą kopię. Kiedy rzucisz okiem na „My Friend of Misery” na samym końcu, widzisz to? Jest napisane „you just stood there creaming”. Widzisz to? To oczywiste, że powinno być „you just stood there screaming”. I pamiętam tę pierdoloną rozmowę w dzień premiery z, nie wiem, może był to Cliff (Burnstein – przyp. tłum)? Powiedziałem: „OK, możecie wstrzymać druk? Jest literówka”. I (powiedziano mi), że nie możemy wstrzymać druku, ale że pierwszy nakład jest niewielki i zostanie to zmienione w drugim. A więc świetnie. Po prostu upewnijcie się, że to będzie poprawione. Dzwoniłem do Q Prime raz na trzy miesiące i pytałem „jest już drugi nakład?”. I 21 lat później, gdy kupujesz płytę, wciąż jest na niej „you just sit there creaming”.
Tak dla wiadomości, właśnie odszukałem tę kopię tutaj w magazynie w HQ. A więc z jakiego jest ona czasu, z trzydziestu milionów egzemplarzy później?
LU: Trzydzieści milionów płyt później. To był wielki pierwszy nakład, jak widzisz.
KH: Dobry rok się z tego śmialiśmy i gdy teraz znowu zaczęliśmy grać „…Misery”, ciągle się z tego śmiejemy.
JH: Będę musiał to zaśpiewać. I wiesz co? Teraz to część jego zajebistości.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=GB1oTXWz1yM&feature=fvwrel
Zabawne. A więc, Rob. Wychodzi album i ta piosenka, a wy jesteście w Los Angeles i jesteście w swoim żywiole. Ty i (Mike) Muir i tak dalej.
JH: (Do Roba) Czym się interesowałeś w tamtym czasie?
Tak, powiedz nam, jak to na ciebie wpłynęło.
RT: Cóż, zanim przejdę do muzyki, każdy na ulicach pytał: „Jaka będzie nowa Metallica?”. I były dwie strony, była ta swego rodzaju separacja, a ja byłyem gdzieś pośrodku. Ale było wiele fanów, którzy wiesz, na serio się przestraszyli. „O mój Boże, to odpowiedź na …Justice… i Master…” i tak dalej. I była też ta druga strona, która mówiła „to jest naprawdę świetne”. Rozumieli tę zmianę i jeśli chodzi o mnie, to też ją rozumiałem. „…Sandman” jest niepodważalny. Wiesz, każda piosenka na tym albumie jest niepodważalna. A ja zawsze patrzę na świetne albumy jak na obraz, jak na dzieło sztuki, wiesz o co chodzi? A to tylko rozszerzenie podróży Metalliki, tak jak jak każdy album i jak już mówiłem – był podział – ale z czasem, kiedy zespół zaczął promować tę muzykę na trasach, wszystko się jakoś ułożyło. To jedna z tych sytuacji, kiedy ludzie, którzy pozostali bezstronni, którzy gadali bzdury, jednak przychodzili na występy. Wydaje mi się chłopaki, że graliście kilka koncertów w południowej Karolinie.
JH: Tak, w ciągu trzech lat na trasie.
RT: A dla nas, wejście na ten pokład i bycie częścią tego? Dla Suicidal Tendencies to było naprawdę ekscytujące, że stali się częścią tej trasy koncertowej. A więc znowu, są ludzie, którzy krytykują „co się stało z Metalliką”…
KH: Człowieku, oni się po prostu, kurwa, sprzedali, teraz są do dupy!
RT: Tak, cały czas to słyszysz. Ale z drugiej strony genialne piosenki to genialne piosenki i wciąż takie są, nie? Wciąż się trzymają i są niepodważalne.
Jako zespół gracie je wszystkie po kolei jako album po raz pierwszy, ale czy wy rzeczywiście przesłuchaliście dokładnie tę płytę na długo przed tym, jak powstał ten pomysł?
KH: Nie.
Nie słuchałem tego albumu od początku do końca gdzieś około dziesięciu lat i właściwie doszedłem do wniosku, jakkolwiek głupio to zabrzmi, że po 20-21 latach… to coś w rodzaju zaginionego skarbu.
JH: (śmieje się) Mówisz tak o każdej płycie!
Bo pewnie nie słuchałem ich od deski do deski przez długi czas! Ale to –
JH: W tym właśnie tkwi jego piękno (Czarnego Albumu). Wciąż się trzyma, nie?

Więc po co na żywo grać go od końca? (Ten wywiad przeprowadzono krótko przed jakimikolwiek koncertami.)
LU: Bo kiedy zaczynasz go od końca, on po prostu rośnie i rośnie, i rośnie, i rośnie aż do, dosłownie, ostatnich czterech czy pięciu piosenek, „…Roam”, „…Unforgiven”, „Holier…”, „Sad…” i „Sandman”.
Więc wychodzi na to, że kiedy słuchasz tej płyty, to wolisz od końca? Słyszysz ją od końca?
LU: Eee, nie wiem.
JH: To chyba działa w dwie strony.
LU: Graliśmy Master of Puppets od początku do końca. I to było na zasadzie „OK, teraz zaczynamy od „Enter Sandman”” i wydawało się, że byłoby fajnie spróbować zagrać w inny sposób. W momencie, gdy zejdziemy ze sceny możliwe, że powiemy „nigdy więcej tego nie róbmy”. Ale wygląda na to, że jeśli chodzi o dynamikę, to na żywo wypadłoby to naprawdę dobrze przez budowanie napięcia aż do „Enter Sandman”, raczej lepiej niż gdybyśmy od tego kawałka zaczęli. A więc zobaczymy.
Jak udało wam się udźwignąć ciężar reputacji takiego albumu? To znaczy, niejeden zespół rozpadał się pod ciężarem trzech, czterech milionów sprzedanych egzemplarzy. Ta płyta była tak wielka, że mogła was zupełnie zmiażdżyć.
LU: Cóż, od razu gdy zaczęliśmy pisanie Loada we wrześniu ’94, pamiętam dokładnie, że było to na zasadzie „OK, cokolwiek zrobimy, nie nagramy drugiej części Czarnego Albumu”. Nawet jeśli nie było co do tego absolutnej pewności, to myślę, że każdy to przeczuwał. Ponieważ wiele kapel, i nie będę tutaj wskazywał na takie jak Def Leppard – przepraszam – ale kiedy ich krążek odnosił sukces, oni po prostu… (zmienia myśl) po prostu każdy miał wrażenie, że Hysteria to druga część Pyromanii. Więc kiedykolwiek udało ci się zrobić dobrą płytę, to (wtedy) sprawdzonym sposobem było zrobienie jej kopii. Jednak wydaje mi się, że byliśmy całkiem świadomi tego, że należy tego uniknąć.

Ciekawe. Czy uważacie, że wasza decyzja o podążaniu kreatywną ścieżką jest usprawiedliwiona? Bo wasze kariery mogłyby nie przetrwać, gdybyście próbowali nagrać replikę Black Albumu. A może nigdy nie myślicie o tym w ten sposób.
JH: Mógłbyś to samo powiedzieć o każdej płycie. Gdybyśmy zamiast Czarnego Albumu nagrali drugą część …Justice…, to czy gralibyśmy na arenach? Nie wiem.
LU: Wydaje mi się, że we wszystkim co robimy, i popraw mnie jeśli uważasz inaczej, zawsze ma się chęć zrobić coś innego. Czarny Album stał się jakby strategią dla kwestii audiofilskiej, ponieważ wtedy każdy próbował robić nagrania, które brzmiałyby lepiej niż wszyscy inni. Te czasy to nic wielkiego. Ale pamiętam siedzenie tam i rozmawianie o tym, jak miały brzmieć gitary, kiedy album był zbyt ‘gęsty’ i kiedy chciało się, żeby gitary miały więcej środka i były bardziej agresywne. I kiedy zaczynaliśmy z Loadem, chcieliśmy wyrównać, to co było za gęste i za wielkie. Może to miało za dużo mocy, a może było po prostu za wielkie. Więc chcieliśmy zacząć robić kawałki, które by były bardziej bezpośrednie; uzyskać brzmienie gitary bardziej z przodu, tego typu rzeczy, a więc zaczęło się to wcześnie. I wydaje mi się, że przy każdym albumie zawsze siadamy i próbujemy czegoś nieco odmiennego dźwiękowo i tak dalej.
Jednym z największych żartów ery „Loada” jest to, że ludzie odwracają się i mówią: „o, oni się sprzedali”. To chyba dalekie od sprzedania się – robienie tego, co wy na Loadzie i Reloadzie.
KH: (Entuzjastycznie) To kompletna ironia losu! To znaczy, prawdziwym sprzedaniem się byłoby zrobienie drugiej części Czarnego Albumu, a my byliśmy temu całkowicie przeciwni. Tak samo jak Bob Rock. Po prostu chcieliśmy pójść inną drogą. A to, co pisaliśmy, wymagało także innego podejścia, bo w niektórych momentach jest to w klimacie hard rockowym i bluesowym. Ostatecznie to tutaj widać wyniki tego, go przez lata robił Cliff, żeby trzymać nas z daleka od wytwórni płytowych. Tak naprawdę nigdy nie było nikogo, kto zaangażowałby się w nasz proces twórczy od strony biznesowej. Bo, oczywiście, kiedy uda ci się wydać coś tak wielkiego jak The Black Album, potrzebujesz bardzo silnej bariery, żeby trzymać się z dala od interesów. Myślę, że każda wytwórnia świata chciałaby drugiej części Czarnego Albumu i myślę, że wszystkie inne zespoły ostatecznie popełnią taki błąd. Po prostu chodzi o to, że nie mają wystarczająco dużej bariery –
Która pozwoliłaby im podejmować dobre, kreatywne decyzje prosto z serca, tak?
LU: Aby trzymać się z dala od nich! I myślę, że to kolejna mała, dobra cecha Petera (Menscha) i Cliffa: nigdy nie dopuszczają nikogo z wytwórni do naszych tekstów piosenek albo do samego nagrywania.
Więc pozwalają wam robić to, co potrzebujecie zrobić dla siebie.
LU: I przyjmujemy wobec tego postawę obronną. Nie sądzę, że istniały jakiekolwiek inne zespoły hard rockowe, albo w ogóle rockowe, które byłyby tak odcięte od wytwórni płytowych, tak jak my przez te wszystkie lata tworzenia.
A co z nauczeniem się grania tego albumu ponownie na występy? Co wam się rzuciło w oczy jeśli chodzi o Czarny Album, o czym wcześniej nie myśleliście, albo nawet nie zauważaliście przez długi czas?
JH: Głównie zauważyłem to, że jest na nim mnóstwo warstw. Ponowne odsłuchiwanie miksów i uczenie się różnych partii. Włożyliśmy w to bardzo dużo pracy, dużo faktury i głębi. To była dla nas kolejna nowa cecha albumu (jeszcze w czasie produkcji – red.), która wpasowała się idealnie w moje upodobania co do barwy dźwięku, np. „hej, tutaj jest harmonia, a ja zrobię to na gitarze, potem to, a potem spróbujemy tego!”. Bob Rock jest maniakiem sprzętu, więc to od razu… To znaczy, to była część (produkcji Czarnego Albumu), którą naprawdę uwielbiałem. I (patrząc wstecz) to zapewne przełamało wiele lodów między Bobem i mną. Miał wszędzie sprzęt i dzieliliśmy obsesję na punkcie brzmienia i sprzętu.

Cóż, on również jest gitarzystą.
JH: No jasne. A poza tym, jest wokalistą i gitarzystą, co bardzo pomogło mi w studiu. Ale tylko to, że chciał robić nagrania warstwowo.
To ciekawe. Są tam rzeczy, których słuchałem tym razem, a zapomniałem, że tam w ogóle były. Drobne dźwięki i niuanse.
JH: A ponieważ album zwyczajnie nie jest skomplikowany, szalony i zwariowany, to jest dzięki temu prostszy i bardziej mocarny. Jest dużo więcej przestrzeni na inne rzeczy. Trochę się on różni od …And Justice for All, który jest dynamiczny i ma wiele szaleńczych zmian metrum, przez co ciężko jest tam uzyskać faktury. Gdy masz prostszą piosenkę, możesz pozwolić fakturom bardziej dojść do głosu. To była wielka część The Black Album.
KH: Zdecydowanie więcej przestrzeni do oddychania. Był to najprostszy album, na jakim do tej pory grałem, jeśli chodzi o wymyślanie solówek, bo jest tam tak dużo przestrzeni i groove’u. Nie było tam dużo zawiłości w moich partiach. Jak np. na …And Justice for All, tamte kurewskie solówki w piosenkach jak „Blackened” śniły mi się po nocach tygodniami. To znaczy, jeśli chodzi o „Enter Sandman”, to zagrałem 90% tej solówki za pierwszym razem, gdy graliśmy to jako zespół. 90% z niej wzięło się tak nagle nie wiadomo skąd!
RT: Wiesz, interesująca jest ta dychotomia pomiędzy piosenką taką jak „Frayed Ends of Sanity”, a którąkolwiek z piosenek z Czarnego Albumu, są tak ekstremalnymi przeciwieństwami, jak dwa bieguny.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=qjAhgd9K-8o&feature=related
Jak ci się to gra? Co się według ciebie dzieje na The Black Album, jeśli chodzi o bas?
RT: Właśnie miałem o tym mówić, ale Kirk mnie uprzedził. Na Czarnym Albumie naprawdę błyszczała sztuka groove’u i oczywiście dla basisty jest to bardzo ekscytujące. Ale ta przestrzeń, rozmiar i siła zagrywek na bębnach i prostota niektórych partii basowych naprawdę się wyróżnia. Nie da się temu zaprzeczyć, po prostu głowa idzie w ruch i w ogóle. Łatwo do tych kawałków wystukiwać rytm nogą.
Tak, gdy mówiłem, że album jest łatwy w odbiorze, to chodziło mi głównie o to. Na całej płycie nie ma takiego kawałka, na którym nie łapiesz się na… Wiesz, po prostu ruszasz się w rytm.
RT: To dosyć ostra płyta. To znaczy piosenka taka jak „Sad But True” jest naprawdę…
JH: Ta przestrzeń…
RT: Ona oddycha.
JH: Ta powolność w wielu kawałkach ułatwia, jak już powiedział Kirk, solowanie, nadawanie barwy i jest też prostsza dla wokalu. I wokalnie przeszedłem na kolejny poziom, bo nie można tak po prostu ukryć się za instrumentami i wokalnie wypełnić tej przestrzeni czymkolwiek.
Również jeśli weźmie się pod uwagę perkusję, stanowi ona solidną podstawę. Nigdy nie staje się frenetyczna.

LU: Po prostu w końcu uwierzyłem wystarczająco w swoje umiejętności. Wydaje mi się, że przez wszystkie lata starałem się, żeby wszystko było bardziej szalone i grać jak najwięcej przejść i tak dalej, żeby dotrzymać tempa wszystkim Lombardo-podobnym świata. Mówiłem: „patrz, mogę zagrać zwariowane, progresywne, niesztampowe przejścia”. I wydaje mi się, że ogólnie rzecz biorąc nie można lekceważyć tego, że wtedy właśnie zrobiliśmy światową roczną trasę koncertową na arenach. Byliśmy pewni siebie! Byliśmy pierwszym zespołem z naszego środowiska, który osiągnął taki stabilny poziom. Więc nagle było: „OK, jest w porządku. Zrobimy to. Kontynuujemy”. I wtedy nagle dużo bardziej zaakceptowaliśmy nasze cele. Po prostu coraz mniej rywalizowaliśmy z ludźmi dookoła nas. I to nie w złym sensie. Myślę, że może po prostu zaczęliśmy bardziej rywalizować z samymi sobą ruszając w różne miejsca. Właśnie spędziłem całe tamto lato, i pamiętam doskonale, jak siedziałem na swoim… pamiętasz tamten dom?
Który, w Berkeley? O tak, dobre czasy. Rozmawialiśmy o tym też wcześniej, o zewnętrznej „windzie” i części pomnika Doris wystającej z tej strony domu! Pamiętam nawet, że raz musieliśmy wygramolić się z tamtej windy NA ZEWNĄTRZ, bo utknęła w połowie szybu.
LU: Cóż, pamiętasz dach? Pamiętasz gdzie było to piętro z jacuzzi?
Istotnie.
LU: Był ten pionowy dach i miałem dwa bezprzewodowe telefony. Debbie (pierwsza żona Ulricha) i ja właśnie się rozstaliśmy i byłem sam w domu. I każdego rana budziłem się i rozmawiałem przez telefon przez dwie, trzy godziny. Leżąc na tym pionowym dachu tylko ze stereo, które odtwarzało albumy AC/DC. Wiesz, Let There Be Rock, Dirty Deeds…, Back in Black, Highway to Hell. To była ścieżka dźwiękowa dla tamtego lata, gdy pisaliśmy. Więc wiesz, to było dosyć oczywiste, ten klimat, który przeniosłem na… (przerywa)
To zainspirowało (twórczy) klimat.
LU: Nie mów o tym nikomu.
Nie, nie powiem nikomu…
