W świecie Metalliki rok 2012 stał pod znakiem koncertowych wydarzeń. Pierwszy własny festiwal muzyczny, pierwszy koncert nagrany w 3D, a także świętowanie rocznicy pierwszego albumu, który wyniósł zespół na szczyty list sprzedaży i dał trwającą do dziś swobodę poruszania się po świecie muzyki. Zapraszamy do lektury artykułu wspominającego okoliczności tworzenia i wydania Black Albumu. Tekst pochodzi z najnowszego numeru kwartalnika So What!.
Piąty studyjny album Metalliki, zatytułowany zwyczajnie „Metallica”, jednak ze względu na swoją szatę graficzną powszechnie znany jako „Czarny Album”, kończy w tym roku 21 lat. Będzie w odpowiednim wieku, aby móc pić, prowadzić i głosować we wszystkich 50 stanach. Może wypożyczyć samochód opłacając go kartą kredytową, a także podpisać kontrakt na nagranie bez oświadczenia rodziców lub opiekunów – co jednak Metallica by prawdopodobnie odradzała. Obecnie zespół szczęśliwie nie ma długoterminowego kontraktu płytowego. Właściwie to „The Black Album”, który miał swoją premierę w Ameryce dzięki Elektra Records 13 sierpnia 1991 roku, jest teraz starszy niż perkusista Lars Ulrich oraz wokalista i gitarzysta James Hetfield w momencie, gdy zakładali zespół w Los Angeles w 1981 roku.
„Czarny Album” wyszedł w okresie gorącym dla muzyki. Miesiąc później Nirvana wypuściła swoje znamienne arcydzieło „Nevermind”, a Guns ‘N’Roses rzucił światu cały swój artystyczny dobytek na dwu setach o długości nagrania takiej jak na podwójnym winylu, o tytule „Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”. Wszystkie cztery albumy zdobyły szczyty listy przebojów Billboard (bliźniaki „Illusion” zadebiutowały na Two i One jednocześnie; „Nevermind” dostał się tam po ciężkich przeprawach), i wszystkie sprzedały się w milionach egzemplarzy. Jednak „The Black Album” sam w sobie stał się zjawiskiem, jako że od razu sprzedał się w ponad 28 milionowym nakładzie na całym świecie, w tym 15 milionów kopii trafiło do samych Stanów Zjednoczonych. Te dane statystyczne dobrze obrazuje fakt, że „Czarny Album” jest w Top 25 najlepiej sprzedających się winyli wszechczasów według zrzeszenia amerykańskich wydawców muzyki RIAA oraz zajmuje najwyższą lokatę wśród prawdziwie metalowych albumów w zestawieniu Olympusa. Płyty Led Zeppelin i AC/DC znajdują się wyżej w ich rankingu, razem z debiutanckim albumem G ‘N’R z 1987 roku – „Appetite for Destruction” – jednak ich hałasowanie jest przepełnione odpowiednio akcentami: brytyjskiego bluesa, australijskiego bluesa i glamu rodem z Los Angeles.
Szybka matematyka: „The Black Album” jest zdecydowanie najlepiej sprzedającym się albumem, jaki Metallica kiedykolwiek nagrała i biorąc pod uwagę niebezpieczną arytmetykę przemysłu muzycznego – prawdopodobnie najlepiej sprzedającym się ze wszystkich, jakie kiedykolwiek będą mieli. Są puryści, którzy wciąż klną, że dobre czasy czystego thrashu, ostrych riffów i zawrotnej szybkości skończyły się wraz z „…And Justice for All” z 1988 roku. Jednak dla wielu z tych milionów ludzi, którzy zakupili „Czarny Album” była to pierwsza płyta Metalliki, jaką w życiu słyszeli. Oczywiście jest to album, który każdy fan zespołu usłyszał na pewnym etapie i – w dużej mierze dzięki melodyjnej spójności i wyrazistemu charakterowi nadanym przez producenta Boba Rocka – zna go od deski do deski. Tutaj opinie się rozdzielają.
Nawet teraz „Czarny Album” ma w sobie tajemnice, które wciąż mogą szokować. A oto jedna z nich: album brzmi równie świetnie – brutalnie, emocjonująco, prowokacyjnie – kiedy wysłuchamy go od końca do początku. Pewnie już do tej pory się o tym przekonaliście, jeśli widzieliście którykolwiek z ostatnich Europejskich występów lub byliście obecni na festiwalu Orion Music + More w czerwcu. Mi dane było dowiedzieć się o tym nieco wcześniej, w pewne kwietniowe popołudnie w ich studiu w San Rafael, w Kalifornii, gdzie zobaczyłem jak Hetfield, Ulrich, gitarzysta Kirk Hammett i basista Robert Trujillo po raz pierwszy grają cały album na żywo zaczynając od dwunastego utworu – „The Struggle Within” – i kończąc na „Enter Sandman”. Robili wtedy próby przed nadchodzącymi koncertami. Byłem tam wtedy w celu przeprowadzenia wywiadów dla specjalnego wydania Rolling Stone. Dodatkowo dostałem w prezencie prywatny koncert życia.
httpvh://youtu.be/q8GPo6t7gaI
To był pierwszy dzień Metalliki po powrocie do pracy po krótkiej przerwie wiosennej i jej dźwiękowej potędze wciąż trochę brakowało do doskonałości. „Musimy jeszcze dużo nad tym pracować”, powiedział szorstko Hetfield po ich falstarcie przy „The God That Failed”, stojąc na swoim miejscu na szczycie ciasnego koła w głównej sali w studiu, pomiędzy Hammetem i Trujillo i naprzeciwko perkusji Ulricha. Zespół posłuchał krótkiego playbacku wersji albumowej tego kawałka, po czym zaczął grać znowu w innym tempie: powolnym, wzburzonym i doskonałym.
Później, zanim przeskoczyli do „Through the Never” Hetfield zwrócił się do Hammeta „Wiesz na pewno, gdzie masz wejść?” mając na myśli jego charakterystyczną zagrywkę. „Tak, tylko ten jeden raz mi nie wyszło”, odpowiedział Hammet, „ale teraz już wiem, jak to leciało”. Tym razem nie było żadnych pomyłek – włącznie z nawiązującym do melodii „America” West Side Story gładkim przejściem do poprzedniego kawałka – „Don’t Tread on Me”.
Ta piosenka zawsze zdawała się być najsłabszym ogniwem energii „Czarnego Albumu” – nie tyle przez swoją niewłaściwie rozumianą politykę (która nie była lewicowa, ani prawicowa, tylko raczej na zasadzie „zejdź mi z oczu”), co przez swoje liryczne wiry i dziwny, niemal potykający się „marsz”. „Chodzi tu o flagę, węża i symbol” powiedział mi Hetfield w 1993 roku o materiale, który miał swoje źródło w rewolucji amerykańskiej. „Nie ma nic złego w byciu dumnym ze swojego pochodzenia”. Z tym, że wykonanie się nie udało. Metallica do tej pory nigdy nie zagrała tej piosenki na koncercie. Nietrudno było, nawet na próbie, domyślić się dlaczego.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=GgbAPIt9bnY
Ale potem nastąpił, jak to określił Hammett „totalny odlot”: wszystkie hity i pamięć mięśniowa. Pięć pierwszych kawałków „Czarnego Albumu” w odwrotnej kolejności. „Sad but True” i „Sandmana” na żywo pierwszy raz usłyszałem na trasie Monsters of Rock jesienią 1991 roku. Ale mimo to wciąż dało się odczuć te same emocje w studiu. Zapisałem to też u siebie w notatkach: wrażenie nieregularnych zagrywek na bębnach, niepełnych refrenów i zawieszonego w powietrzu napięcia aż do ostatniej zwrotki „Sad But True”. Później, podczas wywiadu Ulrich przyznał, że też to zobaczył: „Pomyślałem sobie: „Dlaczego to zostało złożone w ten sposób? Może byśmy mogli to zapożyczyć””. Zaśmiał się. Jeżeli nie możesz zerżnąć sam z siebie, to jaki jest sens [pisania – przyp. tłum.]?”
Inne odkrycia z tego dnia: kiedy na początek zagrali „The Struggle Within” o złożonym rytmie i mocnym echu z Master of Puppets w wysokich dźwiękach obu gitar oraz ich przytłaczającym wybrzmiewaniu, odczucia były podobne, jak przy słuchaniu zapomnianego bridge’a z „…Justice…” i megazłożonej muzyki z pierwszej dekady Metalliki. Później była masa pozdrowień dla Michaela Schenkera w zawodzącej solówce Hammetta w „Of Wolf and Man”. Wiedziałem o tej inspiracji: Hammetta i mnie połączyła wspólna pasja do zespołu UFO z czasów Schenkera, zwłaszcza album z 1974 roku „Phenomenon”. Ale ta przerwa w „…Wolf…” była na to szczególnym dowodem, jak „Doctor Doctor” w kamuflażu myśliwskim. (Fajny zbieg okoliczności: później, kiedy Hammett i ja usiedliśmy do wywiadu, pokazał mi nową koszulkę UFO, którą kupił tego dnia.)
httpvh://www.youtube.com/watch?v=cTpB7mRxAZ4
A „My Friend of Misery” powinno być w repertuarze scenicznym dużo wcześniej, niż teraz. Aż do wstępnych prób „The Black Album” tego roku, Metallica nie zagrała tego utworu na żywo z wokalem Hetfielda. Jako że została napisana i nagrana jako kawałek instrumentalny podczas sesji „The Black Album” (Hetfield napisał tekst i ostro skrytykował swój wokal w późniejszych etapach produkcji), mogła pozostać albumowym „Orionem” czy „Suicide and Redemption”. W każdym razie basiście Jasonowi Newstedowi po nagraniu jego drugiego albumu studyjnego z Metallicą zasłużenie przyznano współautorstwo przy pisaniu otwierającego riffu – dzikiego, cyklicznego mruczenia, które Trujillo ożywił w studiu wydobywającą się wraz z niskimi dźwiękami basu grozą uderzając w struny i jednocześnie skradając się w swój charakterystyczny sposób jak zapaśnik sumo.
„Wróciliśmy”, krzyknął Trujillo po „Sandmanie”, kiedy zespół odłączył sprzęt i udał się na obiad. Kiedy Hetfield szedł koło mnie, pogratulowałem mu: „pierwszy raz słyszę album, który brzmi świetnie, kiedy jest grany zarówno od początku jak i od końca”.
Wyszczerzył się i odpowiedział „To prostsze niż robienie „…Justice…”.
Ulrich mówił co innego o nagrywaniu „Czarnego Albumu”, kiedy przeprowadzałem z zespołem wywiad do „Rolling Stone” zaraz po tym, jak Metallica ukończyła go w czerwcu 1991. „Teoretycznie powinno było pójść nam to szybciej, niż próby uzyskania idealnie precyzyjnych dźwięków, tak jak robiliśmy to wcześniej” – wyznał perkusista. Zamiast tego przyznał zażenowany: „Dwa razy więcej czasu zajęło nam nagrywanie płyty, do której podeszliśmy na dwa razy większym luzie”.
httpvh://youtu.be/5pkk25wK0ZQ
Pierwszy raz usłyszałem „The Black Album” w biurach Elektra Records – nie do końca było to Centrum Headbangingu. Ominęło mnie darmowe listening party na Madison Square Garden, którego gospodarzem był zespół — byłem wtedy gdzieś w podróży. Ale nawet na stereo w sali konferencyjnej dało się słyszeć różnicę: „Czarny Album” był po prostu nagrany na luzie. To muskularna, wyraźna kompresja piosenek o pierwotnej szybkości, zdolnościach technicznych i pomysłowych riffach. Album nie do przebicia jeśli chodzi o teksty, aranżację i produkcję, i choć są na nim 3 utwory więcej niż na „…Justice…” – jest krótszy od tego drugiego o 3 minuty.
Dwanaście kawałków „Czarnego Albumu” powstało szybko. Według Ulricha pojawiły się „w przeciągu dwóch miesięcy”, po tym jak zwrócił uwagę na improwizacje na jednej z „riffowych taśm” Hammeta, które później zamieniły się w „Sandmana”. Jednak samo nagrywanie zajęło pięć razy dłużej – kolejne dziewięć miesięcy, czyli więcej niż albumy „Master” i „…Justice…” razem wzięte.
Zabawnie czyta się moje wywiady z Metallicą z 1991 roku widząc mieszankę brawury i niepewności w ich komentarzach o „Czarnym Albumie”. Tamtego lata, gdy Metallica i Bob Rock składali już ostatnie miksy, speed metal stał się potwierdzonym najlepiej sprzedającym się towarem mainstreamowym, kiedy fani Slayera, Anthrax i Megadeth (z byłym gitarzystą Metalliki, Davem Mustainem) zapełniali areny amerykańskie na trasie Clash of Titans. Jednak zespół, który niemalże samodzielnie wynalazł thrash w 1983 roku na „Kill’em All” czuł się „nieprzystosowany muzycznie i kompozytorsko”, co wyjawił mi Ulrich. „Przez to zaszliśmy za daleko, w okresie „Master of Puppets” i „…Justice…” w kierunku udowadniania samym sobie, że jesteśmy zdolnymi muzykami i kompozytorami poprzez dodawanie tych wszystkich udziwnień ponad miarę.”
httpvh://youtu.be/aDjl7jZa2uI
Hammett opowiadał o znajomych, którzy „są naprawdę hardkorowymi fanami” i narzekali, że „Czarny Album” nie był wystarczająco ciężki. Pytał z niedowierzaniem: „’Sad But True’ nie jest ciężkie? ‘Holier Than Thou’ nie jest ciężkie? To jak zdefiniujesz „ciężki”?”. Hetfield za to wspominał imprezę, na której wślizgnął się do publiczności, żeby poobserwować reakcje podczas „Nothing Else Matters” i aby, jak to powiedział, sprawdzić „czy będą zabijać sami siebie, zabijać innych czy zasypiać”. Hetfield był w szoku, gdy odkrył, że „tłum był pochłonięty. Ludzie naprawdę wsłuchiwali się w słowa piosenki”.
Urok i rewelacja „The Black Album” tkwią wciąż w skumulowanej sile oraz jego odpowiednio zmontowanych i szalenie doszlifowanych szczegółach. „Enter Sandman” jest w zasadzie tym jednym riffem, najpierw usłyszanym w gardłowo-basowych rejestrach. Ale powtórka wchodzi z wzrastającymi, splecionymi warstwami trzeszczącego przesteru i terkoczącego staccato gitarowego – znaczna gęstość ze zwróceniem uwagi na barwy dźwięków, tak jak kpiący śmiech zagrywek Hammetta na kaczce oraz niepokojem zbudowanym przez dogranie wokalnych harmonii Hetfielda.
Jest jeszcze inny dobry moment Hammetta w utworze „Wherever I May Roam”. Na pewnym etapie w solówce Hammett wydobywa z gitary z pomocą efektu wah-wah przeciągły krzyk. Na samym końcu zalega cisza wśród reszty instrumentów, a on gra sam do momentu aż powracają pozostali. To jak drobny dramat. Kiedy usłyszałem go znowu, podczas prób w studiu, uświadomiłem sobie, że to jest właśnie to, czego ludziom brakowało na płycie „St. Anger”, kiedy narzekali na brak solówek na tym albumie. Mimo, że kręci mnie nieprzekombinowana brutalność tej płyty, muszę się z nimi zgodzić.
httpvh://youtu.be/YCx-v0ADLCE
Bob Rock dołączył do Metalliki mając sporo przebojów na swoim koncie, po współpracy jako inżynier dźwięku z zespołami Aerosmith i Bon Jovi oraz jako producent albumu numer jeden Mötley Crüe, „Dr. Feelgood”. Grał kluczową rolę w stworzeniu wrażenia przestrzeni oraz wydatnej, naturalnej agresji basu Jasona Newsteda oraz perkusji Ulricha (ta ostatnia była kiepsko miksowaną, niedocenianą bronią na poprzednich albumach). Rock przekonał się też, że Hetfield nie był naiwniakiem. „Zwykłem nazywać Hetfielda ‘Doktorem No’”, powiedział mi Rock po zakończeniu sesji „The Black Album”. „Kiedykolwiek próbowałem zaproponować coś, co wydawało się być choć po części wzięte z sufitu, odmawiał nim zdążyłem dokończyć pierwsze zdanie”.
Ale Hetfield czuł się pewnie w tych wyzwaniach, zwłaszcza w odkrywaniu swoich możliwości wokalnych. W „The Unforgiven” ciągle zmienia barwę swego wokalu – w jednej chwili jest zatwardziałym narratorem-oskarżycielem wspominającym swoje trudne dojrzewanie, aby za chwilę w tej burzy stać się łagodnym dzieckiem, a później znowu być starszym już człowiekiem wyrzucającym z siebie ogromny żal. Hetfield robi to ponownie w „Nothing Else Matters” dla uzyskania przełomowego efektu, zaczynając piosenkę głębokim, bezbronnym tenorem, który stopniowo i nieuchronnie przeradza się w krew i wrzask w refrenie. Nowością w tamtym czasie były aranżacje instrumentów strunowych w wykonaniu Michaela Kamena, który współpracował z Pink Floyd nad orkiestracją albumu „The Wall”. Ale Kamen (który pracował też z Metallicą w 1999 nad symfoniczno-thrashowym projektem „S&M”, a zmarł w 2003 roku) podszył „Nothing Else Matters” delikatną majestatycznością, która towarzyszyła wokalowi Hetfielda jak łagodna ochrona.
httpvh://youtu.be/amP6r414nvc
Zasłużył na to. „Never opened myself this way” śpiewał Hetfield. Był to wers, który w dużym stopniu mówił o tym, co pisał i odkrywał przed innymi na „Czarnym Albumie” – jego pierwszym, poważnym wniknięciu w swoje własne życie i wewnętrzne rozterki po metalowo-bojowych okrzykach na „Kill’em All” oraz filmie, książce i papce z telewizyjnych wiadomości, które osiągnęły swoje apogeum na „…Justice…”. Hetfield już wcześniej pisał z wyraźnym gniewem o zinstytucjonalizowanych religiach, a dokładniej o chciwości tele-ewangelistów, w kawałku „Leper Messiah” z albumu „Master of Puppets”. Ale w „The Black Album”, w piosence „The God That Failed” zgłębił ten temat, opowiadając o tym, jak był wychowywany w zasadach Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki [sekta Christian Science – przyp. tłum.], patrząc w przeszłość z oburzeniem na zwycięstwo dogmatu nad rozsądkiem, nauką i cierpieniem („The healing hand held back by the deepened nail”).
Poprosiłem raz Hetfielda o scharakteryzowanie typowego fana Metalliki. Opisał kogoś bardzo podobnego do osoby z tej piosenki, a także z „The Unforgiven” i „The Struggle Within”. „Ktoś, kto był bardzo zawzięty i miał nastawienie na zasadzie „pierdol się”. Trochę niepewny swojego otoczenia. Patrzący w głąb siebie i mówiący ‘Wow, nigdzie nie pasuję, więc jebać wszystkich innych’”.
Jest to też trafna charakterystyka Metalliki z 1991 roku, która była na krawędzi ogromnych zmian swego losu w przyszłości. To zespół, który w latach osiemdziesiątych, pod koniec życia Cliffa Burtona zmienił metal na swój własny, gniewny, niezadowolony obraz i po nagraniu „Czarnego Albumu” podwoił tę dramatyczność i ambicję na „Load” i „ReLoad”. Ukazał swoje wewnętrzne rozgrywki w filmie „Some Kind of Monster”, rozpatrywał śmierć z każdej perspektywy na „Death Magnetic” a także rzucił się na „Lulu” – śmiały, tworzący podziały projekt we współpracy z Lou Reedem. Hetfield ujął to w inny sposób na „Nothing Else Matters”: „Every day for us something new/Open mind for a different view/And nothing else matters”.
“Nie ulega wątpliwości, że Metallica będzie dalej istniała, pewnie dłużej niż powinna”, przepowiedział Hetfield w 1993 roku, śmiejąc się. Jednak utrzymywał też, że „Tu chodzi o muzykę. Nie o popularność”. Tak samo z „Czarnym Albumem”. Zanim płyta uczyniła ich największym zespołem metalowym świata, była ona czymś, do czego Hetfield, Ulrich, Hammett i Jason Newsted zawsze byli zdeterminowani, a w końcu postanowili stworzyć.
Nawet dwadzieścia jeden lat później, zarówno na żywo jak i na nagraniu, album wciąż tak brzmi: mocno, prawdziwie i trafnie.
Tłumaczenie: Anna Żelichowska


