Ilu z was jest w stanie odgadnąć znaczenie słowa Vildhjarta widząc je pierwszy raz? Niewielu? Jeśli wciąż nie znacie tej nazwy, to proponuję czym prędzej zaopatrzyć się w słownik polsko – szwedzki i zacząć gorliwie wkuwać słówka. Wydaje się, iż w najbliższym czasie poszerzenie znajomości szwedzkiego właśnie może być co najmniej przydatne – szczególnie dla tych, którzy lubują się w ciężkim i polirytmicznym graniu.

Szwedzi muzycznie już od wielu lat słyną z tego, że ilość metalowych zespołów, jaką zrodziła ta ziemia jest godna pozazdroszczenia, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, iż tę część Skandynawii zamieszkuje zaledwie około 9mln ludzi. Widać jednakże, że mimo chluby i chwały w tej materii Szwedzi nie mają zamiaru zwalniać tempa i oto spieszę donieść, iż na horyzoncie pojawił się nowy zespół, którego nazwa brzmi właśnie Vildhjarta, co można przetłumaczyć jako dzikie serce.
Vildhjarta wypuściła nie tak dawno swój debiutancki pełny album, którego nazwa jest równie tajemnicza i pokręcona, jak nazwa samego zespołu – Måsstaden. Zresztą sam zespół, a dokładniej jego skład liczbowy też nie jest typowy – o ile sekcja rytmiczna jest w miarę zwyczajna, czyli basista Johan Nyberg i perkusista David Lindkvist, to wokal obsługuje już dwóch panów (Daniel Ädel i Vilhelm Bladin), ale im głębiej w las tym więcej drzew – oto mamy aż trzech gitarzystów: Daniel Bergström, Calle Thomer, Jimmie Åkerström. Żeby było jeszcze dziwniej, zespół pochodzi z miejscowości, która liczy ledwie 15 tysięcy mieszkańców (Hudiksvall). Notabene ten ostatni czynnik dobrze świadczy o tym, jak popularny jest metal w Szwecji – w tym kraju jest chyba nadmiar muzyków komponujących w tym gatunku.

Czymże więc jest ta grupa ludzi i dźwięki, które tworzą, że nazwa Vildhjarta zaczyna się coraz częściej przewijać na łamach prasy muzycznej. Muzyka zespołu jest określana jako Progressive metal/Djent. Ponieważ jak wspomniałem zespół pochodzi ze Szwecji, brzmi naprawdę ciężko i gra pokręcone rytmy, to wielu ludzi słysząc pierwszy raz omawiany krążek szybko streszcza ich granie do stwierdzenia – Meshuggah. Pierwsze dźwięki rzeczywiście mogą być mylące i prowadzić do takich wniosków. Jednak czy są trafne? Idąc tym tokiem myślenia można zabrnąć w ślepą uliczkę, gdzie każdy obecnie zespół strojący się nisko i grający pokręcone rytmy będzie można podciągnąć pod kopiowanie Meshuggah. Czy Vildhjarta jest kopią Meshuggah? Nie. Problem w tym, że aby to stwierdzić, trzeba się mocno wgryźć w omawiany album. Parę pierwszych dźwięków czy nawet 2 czy 3 numery rzeczywiście mogą nas zmylić. Dopiero kilkukrotne wysłuchanie Måsstaden (który notabene jest koncept albumem) daje obraz tego, co panowie wyrażają naprawdę – a ich granie możnaby określić jako krok naprzód w kierunku dalszego rozwijania gatunku określanego jako djent. Co sprawia, że o ekipie z Hudiksvall można tak powiedzieć? Mają oni przede wszystkim to, co ich charakteryzuje, czyli swój własny styl. Kiedy wsłuchamy się w album zrozumiemy, dlaczego w zespole jest aż trzech gitarzystów – ilość przestrzeni i struktur w utworach jest tak bogata, że rzeczywiście jeśli można tak powiedzieć, pracy jest aż na trzech wiosłowych. O ile w studiu możnaby to było nagrać samemu, to na żywo odtworzenie tej płyty jest nierealne w że tak powiem tradycyjnym składzie. Co ważne przy tej ilości gitar to fakt, iż przy całym bogactwie kompozycyjnym panowie ani na moment nie przechodzą w jazgot, co nie jest trudne przy trzech gitarach. Owszem mamy często prawdziwe burze, ale nic co by siebie wzajemnie wykluczało.
httpv://www.youtube.com/watch?v=nfFSi_pTp7Y
Perkusista, który jest również mocnym punktem na pewno nie jest drugim Tomasem Haake i to nie w znaczeniu, iż brak mu umiejętności, za które garowy Meshuggah jest obdarzany ochami i achami. Po prostu David Lindkvist na swój własny sposób interpretuje tę odmianę metalu, a ta interpretacja, która wydatnie na pewno dokłada swoje 5 groszy do stylu Vildhjarty, to balansowanie między solidną grą rytmiczną, kanonadami przy których ma się wrażenie, że David chce wybiec przed szereg (czego jednak ostatecznie nigdy nie robi) a nieomalże czasem jazzowymi zagrywkami i smaczkami. Dwaj wokaliści łączą siły używając często patentu wymieniania się screamo z growlingiem lub nakładając jednocześnie te dwa style. Natomiast w utworze „Traces” mamy czyste śpiewane wokale, które dodają naprawdę przepięknego klimatu do całości utworu, w którym muzyczny walec przeplata się z łagodnymi melodiami.
Nie wolno zapominać o basie, którego rola w tym składzie przy tylu gitarzystach jest niezmiernie trudna, grę basisty można by określić „Zabrzmieć, dodać smaczków, ale nie przesadzić” – i tak też dokładnie jest. Chylę czoła przed kooperacją muzyczną, jakiej dokonują członkowie zespołu. Są jak wspaniale naoliwiona maszyna.
httpv://www.youtube.com/watch?v=KnaClnVnj_c
Jak powiedziałem Måsstaden to koncept album, którego trzeba słuchać w całości, gdyż utwory przechodzą często jeden w drugi i słuchając ich w przypadkowej kolejności możemy nie zrozumieć przekazu tego wydawnictwa. Måsstaden to w tym przypadku koncept album o odizolowanym tytułowym miasteczku. Rzut oka na okładkę powinien dopełnić obrazu całości co do idei przekazu. Mamy tu zaiste baśniowe klimaty.

Wady Vildhjarty? Na pewno potrzebujecie solidnego sprzętu do słuchania tego albumu mówiąc nieco ironicznie – osiągnięty w studiu ciężar sprawia, że niejedne głośniki mogą nie wytrzymać tego kopnięcia.
Coś na podsumowanie? Osobiście życzę zespołowi jak najlepiej czekając już niecierpliwie na kolejny krążek, choć omawiany Måsstaden wyszedł nie tak dawno. Zresztą kalendarz koncertowy chłopaków z Hudiksvall już zaczyna się zapełniać, co świadczy o pozytywnym oddźwięku na ten album. Vildhjarta jak to zostało powiedziane stawia mały krok naprzód, jeśli chodzi o rozwój djent – zdecydowanie jest to ewolucja niż rewolucja. Czy gatunek podąży w tym kierunku poprzez kolejne dokładanie małych cegiełek czy może jest to jednorazowy wyczyn? Nie wiadomo. Pomijając fanów Meshuggah, którym powinno przypaść do gustu takie granie, na pewno znajdą się przeciwnicy tego zespołu, nim jednak postawicie na nim kreskę, posłuchajcie wpierw solidnie tego krążka kilkanaście razy, bo pozory jak rzadko kiedy mogą was w tym przypadku bardzo zmylić.