Zastanawiałem się czy jest sens pisać recenzję płyty, która ukazała się dobre kilkanaście miesięcy temu i zapewne większość fanów ma już album osłuchany i rozbity na atomy. Jednak ktoś w końcu musi nieść kaganek oświaty, a że chęci dopełnia patriotyczny odruch (w końcu to rodzimy zespół i do tego obecnie absolutny top poza granicami Polski), tak więc postanowiłem usiąść i ostatecznie nakreślić parę słów na zachętę dla tych, którzy być może mimo tych kilku miesięcy nie dali sobie jeszcze ściąć głowy ostatnim dokonaniem Decapitated.

Carnival is Forever, bo taki tytuł nosi ostatni krążek ekipy dowodzonej przez Vogga, to album, którego wydanie miało swoją specyficzną symbolikę. Pierwszy aspekt to oczywisty fakt wypuszczania przez zespół kolejnej płyty, jednak w tym przypadku po tragicznych wydarzeniach w 2007 roku wydarzenie to nabierało specjalnego znaczenia. Fani zadawali sobie pytanie ile będzie Decapitated w Decapitated? Z oryginalnego składu pozostał tylko Vogg, więc zachodziły obawy, w jakim stopniu jest w stanie podołać temu zadaniu bez brata, który był ważną częścią zespołu, bez miażdżącego wokalu Covana, i jak się potem też okazało bez basisty Marcina Rygiela. Vogg jednak nie poddał się i skompletował drużynę od nowa, by w lecie zeszłego roku ukoronować ten fakt nowym albumem firmowanym pod znanym szyldem.

Wydawnictwo podzieliło fanów na dwa obozy. Pierwszy to twardogłowi zawodnicy, którzy nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że muzyka to progresja, a Vogg to muzyk, który się rozwija i dorasta do kolejnego etapu. Chcieliby usłyszeć kolejny raz wariacje na temat Wind of Creation albo The Negation. Drugi obóz to ci, do których docierają wspomniane fakty i są w stanie zrozumieć, że poza progresją Vogga, ma też on wokół siebie kompletnie nowych muzyków. Oczywisty jest więc fakt, że Decapitated nigdy już nie nagra takich albumów jak zwykł to robić do 2007. Jak więc przedstawia się Carnival is Forever? Album brzmi przede wszystkim nowocześnie. Poprzednie wydawnictwa grupy nie zawsze były perfekcyjne pod tym względem, a czasami bywały co najwyżej poprawne. Tym razem realizacja studyjna to najwyższe loty. Jest ciężar i soczystość. Mimo blastów wszystko brzmi selektywnie i klarownie. Druga sprawa to wokal – tutaj właśnie twardogłowi zarzucają Voggowi pomyłkę. Taką jakoby Rafał „Rasta” Piotrowski nie zieje growlingiem jak Sauron albo Covan. No cóż, to na pewno, nowy wokalista to zdecydowanie większe screamo niż growling, lecz czy to naprawdę musi go dyskwalifikować? Piotrowski świetnie sprawdza się w nowym brzmieniu grupy i ma swój styl – to o niebo lepsze niż kopiowanie Covana.
Kolejną sprawą są same kompozycje. Jest w nich zbytnia przewidywalność i brakuje właśnie elementu zaskoczenia, który miał miejsce przedtem. Zakrawa to przynajmniej na śmieszność patrząc na precyzję z jaką panowie grają – po drugie jak powiedziałem, nowi ludzie = nowa chemia, ot i cała tajemnica. Carnival is Forever to nowoczesne brzmienie z kompozycyjnym talentem Vogga i wpływami nowych muzyków. Album jest naprawdę godzien polecenia i jeśli jesteście otwarci na nowe oblicza i ewolucję z pewnością nie będziecie czuć się rozczarowani. Nie brak tutaj tak tradycyjnych blastów jak i klimatycznych zagrywek. Na końcu mamy nawet balladę „Silence”, choć może to zabrzmieć co najmniej abstrakcyjne w przypadku Decapitated. I właśnie ten ostatni utwór jest najlepszym dowodem na to że zespół nie stracił swojej siły a po prostu ewoluował na wyższy poziom. Kto nie może tego zrozumieć niech zostanie w piaskownicy i dalej bawi się foremkami.
httpv://www.youtube.com/watch?v=KjGZUqfe2Ns