Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w odległym LA w czasach gdy słowo thrash kojarzyło się jedynie z kubłem na śmieci, a Ozzy Osbourne zamiast podłączać się przed koncertem do kroplówki, pochłaniał worki koki i zapijał je bourbonem, dwóch pryszczatych nastolatków doszło do wniosku, że ich jedyną szansą na utratę dziewictwa przed 40 jest zostanie gwiazdami rocka. Szczęśliwym trafem James Hetfield i były tenisista o swojsko brzmiący dla nas nazwisku Lars Ulrich poznali się przez ogłoszenie matrymonialne w magazynie The Recyler. Po małym zamieszaniu i kilku kolejnych ogłoszeniach w Recyclerze uformował się pierwszy słuszny skład Metalliki z Cliffem Burtonem i Davem Mustainem, który szybko wyleciał z kapeli bo swoim piciem zawstydzał nieznoszącego-być-na-drugim-miejscu James’a. Na jego miejsce wskoczył Kirk Hammett, który swoim wyglądem hiszpańskiego żigolaka nie zawstydzał już nikogo. I tak oto w 83 roku czterech jeźdźców spłodziło debiutancki i niestety ostatni album (no chyba nie bierzecie pod uwage reszty tego komercyjnego ścierwa?) o wdzięcznej nazwie „Kill’em All”, który po dziś dzień jest jednocześnie fundamentem jak i najwyższym osiągnięciem w dziedzinie darcia mordy i gitarowej rzezi.
PS. Niektórzy mniej ortodoksyjni metale wspominając coś o genialnym „Ride The Lightning” z pierwszą balladą zespołu pt. „Fade To Black”, następnie o dojrzałym „Master Of Puppets”, które do dzisiejszego dnia sprzedało się w ponad 6 mln kopiach, pełnym rozbudowanych i zbliżających się w stronę muzyki progresywnej „…And Justice For All”. Zwykli śmiertelnicy natomiast pamiętają już bardziej heavy metalowy „Black Album” z katowanym do porzygu przez wszystkich młodych gitarzystów „tum dum dum tum dum dum” z ballady „Nothing Else Matters” i epickim riffem z „Enter Sandman”. Kontynuacją kryzysu wieku średniego panów z Metalliki były dwa kolejne hard-rockowe albumy pt. „Load” i „ReLoad”, które chociaż nagrane na dobrym poziomie nie pasowały do nazwy Metallica. Powrotem do agresywnego stylu był St. Anger wpasowujący w falę nowoczesnego metalu, pełen brudnych i ciężkich riffów oraz werbla, który prawdopodobnie został nagrany latarką w piwnicy przez głuchego szympansa. Ostatnim promykiem nadziei dla wszystkich wyznawców head bangingu, jest najnowsze dokonanie zespołu pt. „Death Magnetic”, którego brzmienie i charakter jest równie zaskakujące i dopracowane co niemiecki blitzkrieg, a same riffy przypominają momentami ostrzał artyleryjski. W tym momencie Metallika jak wielki, żelazny, siejący zniszczenie pociąg pancerny krąży po świecie racząc nas fenomenalnymi koncertami, ale już zapowiedziała, że niedługo dopnie do swojej dyskografii nowy morderczy wagon.
PS.2 Nie wspominam tutaj o projekcie „Lulu” bo jestem wciąż w fazie zaprzeczenia, poza tym stres urodzie szkodzi.