W niniejszym wywiadzie Lars opowiada o czasach Czarnej Płyty – powodach dla zmiany kierunku artystycznego, jego trudnych (w przeciwieństwie do Jamesa) stosunkach z Bobem, stawianiu się Jamesowi, o tym, dlaczego nie doszło do wspólnej trasy z Nirvaną, rock’n’rollowym życiu, koncercie w Moskwie 1991 i in.

Lars Urlich miał serdecznie dość grania kawałków z „And Justice For All”. Perkusista ogłosił więc, że na następnej płycie Metalliki zespół wróci do korzeni. Riffy będą cięższe i prostsze, a utwory krótsze i bardziej wpadające w ucho. Aby to osiągnąć Metallica musiała przyjąć w swoje szeregi całkiem nową osobę – producenta Motley Crue, Boba Rocka. Urlich opowiedział VH1 o tym, jak zniechęcił zespół do świetności, Rosji i współdzielenia sceny z Guns N’ Roses.
VH1: Jak przebiegało odsłuchiwanie nagranych kaset z riffami stworzonymi na potrzebę „Black Albumu” ?
Lars: Kirk nagrał swoje partie będąc kompletnie pijanym o czwartej nad ranem w pokoju hotelowym w Singapurze. Wykrzyczał trzy razy „Singapur”, po czym grał te same riffy jeszcze 9 minut, aby upewnić się, czy to jest na pewno to, co powinno się znaleźć na kasecie. Materiał Hetfielda był trochę lepiej dopracowany. Na jego kasecie znajdowało się prawdopodobnie pół tuzina rzeczy, które znalazły się na płycie „Black Album”. Były to min. „Sad But True” i „Wherever I May Roam”. James nagrał również coś, co jak mówił „nie pasuje do repertuaru Metalliki”, ale prosił żebyśmy odsłuchali to i tak. Mowa o „Nothing Else Matters”. Oczywiście zgodziłem się. Pomyślałem: „Zróbmy z tego kawałek Metalliki tylko dlatego, że uważasz, że nie pasuje do nas”.
VH1: Czy podczas trasy „Justice…” była mowa o skróceniu utworów?
Lars: Mniej więcej po roku trasy zaczęliśmy narzekać, że nasze kawałki z „AJFA” stały się zbyt męczące. Zaczęliśmy ćwiczyć „niespieprzanie” utworów, więc żaden z nas po koncercie nie wrzeszczał na drugiego. Najprostszy materiał z „Kill’Em All” jak „Seek and destroy” był najlepiej odbierany przez zarówno publiczność, jak i nas samych. Kawałki nie mogły być już dłuższe, szybsze lub bardziej nas absorbujące. Nie mogły być takie, byśmy mogli przetrwać.
VH1: Jaki utwór był tym decydującym dla charakteru albumu?
Lars: Kiedy wróciliśmy do San Francisco wzięliśmy jeden z riffów z kasety Kirka. Tak właśnie powstał „Enter Sandman”. Napisaliśmy tekst w pół godziny, a praktycznie napisał się sam. To prosty kawałek składający się z jednego riffu. Intro jest trochę w stylu AC/DC. Gdy skończyliśmy, to było tak: „Wow! Mamy kawałek, a nie zjedliśmy jeszcze obiadu!”
VH1: I nagraliście „Nothing Else Matters”…
Lars: Naprawdę musiałem zmusić do tego Jamesa. Nigdy nie myślałem o tym, jak Metallica może, a jak nie może brzmieć. Są tylko dwie opcje: albo utwór jest dobry, albo jest do dupy. Kiedy wysłałem taśmę menadżerom, powiedzieli: „WOW! On ‘zawodzi’!”. Pierwszy raz spotkałem się z takim określeniem. Pomyślałem: „ Co do chuja znaczy, że on ‘zawodzi’?”*
* crooning – zawodzenie; sentymentalne, łagodne śpiewanie, raczej niskim tonem
VH1: Jakie wrażenie wywarł na tobie Bob Rock?
Lars: Bob miał jaja, aby powiedzieć mi, że nie byliśmy nigdy w stanie zagrać w studio tak jak na żywo. Uważał, że nasze nagrania brzmią niezwykle sterylnie. Byłem lekko zaintrygowany tym, że koleś pozwolił sobie wygarnąć nam to gówno. To było jak przyjęcie silnego ciosu na klatę, jeśli wiesz co mam namyśli.
VH1: Jak zdobył twoje zaufanie?
Lars: Nie zdobył przez długi czas. Nawet nie jestem pewien, czy nie zdobył mojego zaufania dopiero przed nagraniem „Load”. Bob był bardziej zgrany z Jamesem niż ze mną, bo mieli mnóstwo wspólnych tematów. Mogli siedzieć godzinami i gadać o gitarach, postępach w nagraniach i tym całym gównie, które reprezentowało wszystkich muzyków, których nie cierpiałem. Bob chciał wnieść trochę ludzkich odruchów do naszej muzyki, więc zrobiliśmy coś, czego nigdy przedtem byśmy nie zrobili: poszliśmy na to. Gdy opracowałem swoją partię perkusji, ja praktycznie kończyłem. Ale wtedy on przychodził i mówił „jeszcze raz”. No to robiłem, a on na to „Pierdol się, rób to jeszcze raz. ” Więc grałem, a on „Nie, jeszcze raz, z większym wyczuciem, albo z głębi duszy” . Ja na to „Co, kurwa?” [śmiech]. To było wyzywające, ponieważ emocje, uczucia i wibracje nigdy nie były tak obecne jak wtedy.
VH1: Czy pójście w nowe strony wytworzyło jakiś konflikt pomiędzy tobą, a Jamesem?
Lars: Dodało to trochę dynamiki, ponieważ nigdy wcześniej nie mieliśmy sędziego. Kiedy ja i James przystaliśmy na coś, po prostu przystaliśmy i już. Nagle odnaleźliśmy sposób komunikacji między sobą przez innego człowieka – Boba. James twiedził, że „Enter Sandman” powinien być o śmierci dziecka. Granicy „Niby-nibylandii”, która niszczyła szczęśliwą rodzinę. Ja i Bob uważaliśmy, że to nie pasuje. Był to pierwszy raz kiedy uświadomiłem sobie, „Chwila! Nie muszę stawić czoła Hetfieldowi bezpośrednio. Mogę postąpić inaczej”. Bob pomógł odizolować mnie i Jamesa jeszcze bardziej od siebie. Ponadto pobyt w miejscu takim jak Los Angeles oznaczało dużo „późnych nocy” i „wczesnych poranków” [śmiech]. Guns’N Roses mieszkali obok pracując nad ich „Use Your Illusion”. Przez te dziewięć miesięcy w L.A. było zdecydowanie wieśniacko, dużo rozpusty. Jeśli spędzałeś większość czasu w studio upijając się do zatracenia, nie miałeś żadnej sposobności do bycia dokładnym.
VH1: Wbrew sukcesom, czy chociaż trochę zwątpiliście w siebie?
Lars: Nie. Strach zdecydowanie uciekał w trakcie chlania wódy i tym podobnych zajęciach. Kiedy masz 26, albo 27 lat, testosteron uderza ci do głowy i noce spędzasz w L.A., to gdzie tu czas na zamartwianie się? Boisz się, że ci nie stanie?
VH1: Baliście się kiedyś, jak długo możecie tak wytrzymać?
Lars: Porażką nie była opcja niedotrwania do końca i nierobienia tego lepiej niż potrafimy. Jedyną opcją było to, że może być lepiej niż jest i że włożymy tyle czasu, krwi, potu i całego tego gówna, ile potrzeba. Nie ważne kto to zniszczy, musimy dotrwać. Możliwe, że „Black Album” był dla Jamesa sposobem wyrażenia swoich wątpliwości. Pisząc teksty sugerowaliśmy się historiami, które zobaczyliśmy w CNN, ale przekształcaliśmy je na bardziej osobiste. Nigdy nie mogłem pojąć jak dużo w rzeczywistości pochodzi od nas – z wewnątrz. „Black Album” był prawdopodobnie pierwszym zadaniem dla naszego zespołu, by pisać z głębi. Nie mogłem wtedy tego zrozumieć.
VH1: Czy byłeś za kulisami podczas imprezy w „Madison Square Garden”?
Lars: To było naprawdę nieciekawe. Pamiętam jak starałem się ukryć za sceną przed gazylionem watów tego albumu bijących ze wzmacniaczy i nie byłem w stanie od nich uciec. Najbardziej wkurwiające kiedy robisz coś za darmo jest to, że podchodzisz do tego mając na uwadze rozmach. Powiedzmy mamy pomieszczenie dla 15 tysięcy osób. Drukujesz 15 tyś. bezpłatnych wejściówek, ale tylko 9, 10 tysięcy osób się pojawia. Pamiętam, że padłem, gdy przyszło tylko dwie trzecie ludzi. Dlaczego tak się stało? Nikt nas nie kocha? [śmiech] Ludzie zazwyczaj myślą „Świetnie, mam darmowy bilet…, ale pewnie nie jest tak wspaniale, jeśli nie muszę za to bulić, więc nie pójdę”.
VH1: Czy każdy w zespole uważał, że wizerunek w niskiej tonacji to odpowiednia forma?*
Lars: To nie była manifestacja w jakimś szczególnym kierunku. To była manifestacja w żadnym z kierunków. To była próba zrobienia niczego, wiesz co mam na myśli? Czasami nie jest to takie łatwe, jakby się chciało. Jak można nie wypowiedzieć nic? [śmiech]
* low-key to technika w fotografii oparta o odcienie szarości i głęboką czerń, mająca na celu uzyskanie posępnego efektu – wiele materiałów promocyjnych, zdjęć, plakatów itd. zw. z Black Albumem (z jego okładką włącznie) miało taki charakter
VH1: Pomówmy o koncertowaniu w Rosji, w 1991…
Lars: To było coś w stylu mini-rewolucji w Rosji na początku września, gdzie miliony studentów zebrało się wokół Moskwy i rozwiązało sporo problemów. Studenci powiedzieli, że chcieliby festiwal rockowy. W tym samym czasie byliśmy na trasie w zachodniej Europie razem z AC/DC i Black Crowes, więc odwiedziliśmy Moskwę pod koniec września. To było najbardziej niewyobrażalne 48 godzin, jakie kiedykolwiek miałem na trasie. Było z pół miliona ludzi, jak nie więcej, z około 10, lub 20 tysiącami rosyjskich żołnierzy. Jeśli widziałeś dokument nagrany z tamtego występu („For Those About to Rock”), powiedziałem wtedy, że to było prawdopodobnie najlepsze 21 minut Metalliki, jakie kiedykolwiek widziałem. Wstaliśmy o drugiej w nocy, wzięliśmy zgrzewkę piwa i paradowaliśmy po Placu Czerwonym. Nie było nikogo oprócz nas. Zdumiewające. Czułeś się, jakbyś trafił do zupełnie innego świata. Nawet światła były inne. Był inny blask w powietrzu.
VH1: Potem Metallica grała z Guns N Roses…
Lars: Tamten rok należał zdecydowanie do Metalliki i Guns N Roses, i jeszcze jednego zespołu – Nirvany. Chcieliśmy jako trzy największe zespoły muzyki hard-rockowej zrobić coś wspólnie, ale Kurt Cobain powiedział, „Zrobię wszystko z Metalliką każdego dnia o każdej porze, ale nie zamierzam dzielić sceny z Axlem Rosem. Załatwiliśmy więc inny zespół – Faith No More. Wciąż powtarzam, że wtedy miałem najlepszą rock’n rollową zabawę w życiu. Cieszę się, że dostałem taką szansę! [śmiech] Guns N’ Roses w rzeczywistości to nie obchodziło. Nigdy nie wiedziałeś, co się wydarzy. Niewielu ludzi to przyzna. Oczywiście nie byliśmy takim zespołem [jak oni], ponieważ zawsze występowaliśmy, graliśmy i robiliśmy wszystko to, czego się po nas spodziewano.
VH1: Następnie wyruszyliście w trasę „Wherever I May Roam”, której nie widać było końca.
Lars: W istocie rozważamy akurat zrobienie przerwy, gdy robimy ten wywiad! [śmiech] Rozmawiamy o byciu z dala od domu, ale dotychczas naszym domem była „trasa”. Bardziej postępowe było wrócenie do Europy po raz trzeci , lub zagranie 14 koncertów w Alabamie. Wtedy nie wiedzieliśmy, jak temu wszystkiemu powiedzieć „dość” w imię dobra naszego stanu psychicznego. Ale nieważne, jak było ciężko. Wciąż siedzę tu i opowiadam o tym, co znaczy, że przetrwałem. Sprawy o których zawsze rozmawialiśmy to „Czy chciałbyś to robić do 28 lat?” Jim Morrison, Janis Joplin i Jimi Hendrix – wszyscy zmarli mając 27 lat i ja miałem tyle samo w 1991 roku. To było coś w stylu „czy przeżyjemy przeklęty wiek 27 lat”? No i udało się.