Dzisiaj bez zaskoczeń i hardkorowego skakania po gatunkach. Klasyczne dobre granie znane przez wszystkich oraz dwie polskie kapele, które skopałyby bez problemu tyłki zagranicznym gigantom. Na deser mała filmowa niespodzianka. Miłego słuchania!
1.ThermiT – Smoke & Soot
Gdybym trafiła kiedyś na swojej drodze na lampę wypełnioną dżinem, takim z bajek – nie z monopolowego, na pewno jedno z moich życzeń dotyczyłoby poziomu gry basistów metalowych kapel (o ile pula pragnień do realizacji wyniosłaby ze dwadzieścia). Wiem, że mało kogo to obchodzi i mało kto tych biedaków słyszy, ale to mój dżin i ja go kiedyś poproszę o więcej szycia na basie na poziomie Fabiana. Większość pochwał i fejmu w grupie ThermiT spływa na wokalistę, który po recenzjach „Saints” powinien dopisać sobie w dowodzie kolejne imię: „objawienie”, „fenomen” lub ewentualnie „odkrycie”. Jednak to dzięki Fabianowi grupa ludzi, dla których brzmienie basu do tej pory pozostawało wyłącznie transcendentnym zjawiskiem, poznała tego smoka. I to od najlepszej strony. Bo bas ma srogo rzęzić, a nie popierdywać. Wybór kawałka ze świeżego jeszcze wydawnictwa grupy ThermiT nie był prosty. Od pierwszej do ostatniej sekundy ten krążek jest ciosem w mój spragniony porządnego, świeżego łojenia gust. O płycie więcej napisał Piotrek, zachęcam do lektury recenzji i podpisuję się z większością wniosków, jakie mu wyszły spod palców. Jest mi niesamowicie przykro, że ominie mnie niedzielny koncert kapeli w Łodzi (info o reszcie koncertów z trasy szukajcie w naszym kalendarzu) i nie usłyszę, jak nowe kawałki zdają egzamin na żywo. A to przecież najważniejszy test dla numerów i zespołu, którego nie przeprowadzę w samotności. Tego dnia ostatni koncert Nocnych Kochanków w Toruniu wygrał konkurs na moją atencję. Sorry chłopaki, mimo to liczę, że spotkamy się wkrótce w innych okolicznościach niż pod sceną na rzeczonych Kochankach w Poznaniu. A Wy żryjcie bas ze „Smoke & Soot”. Jest przesmaczny.
2. Night Mistress – Madman
Po wpisaniu w google frazy „Wszystkie drogi prowadzą do…”, wujek podpowiada mi zakończenie w postaci: „Mrągowa”, „Rzymu” i „Kairu”. Otóż nie, internet też się czasem myli. Wszystkie moje drogi prowadzą do Nocnego Kochanka, co musiało mieć swoje przełożenie także na dzisiejszą playlistę. O podróżach po Polsce, jakie poczyniłam w celu odnalezienia Andżeja, będziecie mogli poczytać już wkrótce, póki co odsyłam do recenzji krążka „Hewi Metal”, do Empików po płyty chłopaków i na ostatnie koncerty w wiosennej trasie, które nastąpią już w ten weekend (TUTAJ macie więcej szczegółów). Moja droga do poznania poważniejszej strony Nocnego Kochanka, jaka objawia się w Night Mistress była dłuższa niż nakazuje logika. Do dziś nie potrafię zrozumieć jak mogłam zasłuchiwać się w „Humagination” Exlibris, zbierać szczękę z podłogi i nie sprawdzić kim jest niesamowity wokalista Krzysztof oraz czy uczestniczy jeszcze w innych projektach. Zwykle jeśli jakiś muzyk wpadnie mi w ucho, godzinę później znam jego całą biografię. Witajcie w świecie creepa, czy jak kto woli głodnego wiedzy dziennikarza. Tym bardziej jeśli mówimy o podręcznikowym heavy metalowym wokaliście, bo ich liczne wersje już dawno w większości przestały mnie zaskakiwać i co za tym idzie – interesować. Jednak na dobre rzeczy warto poczekać. Niedługo później moje uszy mogły cieszyć się talentem całej reszty Night Mistress, bo choć Krzyśka słychać najlepiej, to każdy z członków zespołu ma bardzo wiele do zaoferowania. Dzisiaj już nie tylko znam ich cały dorobek, ale doszło do tego, że śni mi się on po nocach. Nigdy nie śniła mi się muzyka. „Madman” był pierwszy i póki co jedyny, stąd mój wybór. No i mam słabość do słówka „mad”, po jej źródło odsyłam do „Alicji w Krainie Czarów”.
3. Queen – Innuendo
Dzięki ci świecie za Spotify. Gdyby nie ono musiałabym wrzucić poniżej link do klipu na youtubie, a to właśnie za jego sprawą na 3. miejscu mojej playlisty pojawia się grupa Queen. Zorientowałam się wczoraj, że moja znajomość teledysków do utworów, które lubię jest żenująca. Zaczęłam nadrabiać i okazało się też, że czasem dzięki niewiedzy śpimy spokojniej. „Innuendo” to jedna z moich ulubionych kompozycji Queen. Utwór fenomenalny, barwny i kompletny. Gitary klasyczne zgrabnie łączą hiszpańskie rytmy z metalową solówką, zero zgrzytu. Choć często „Innuendo” jest porównywane do „Bohemian Rhapsody”, mnie odpowiada znacznie bardziej. Moje jedyne „ale” to klip do tej kompozycji. Dawno mnie nic tak nie wystraszyło. Flaki, trupy, węże, robaki – nie ma problemu. Ale żeby straszyć ludzi starymi lalkami? Straszniejsze są już tylko clowny.
4. John Williams – The Imperial March
Z dniem wczorajszym skończyła się majówka i nasze narodowe święta, dzisiaj nadszedł czas na międzygalaktyczną celebrację. Dla każdego fana sagi „Gwiezdnych Wojen” 4 maja to szczególny czas. Za sprawą „May the 4th be with you” wielu z Was odpali dzisiaj jedną lub więcej z siedmiu części Star Warsów. A tam, poza uwielbianymi przez cały świat postaciami, dialogami, wątkami i niebagatelną fabułą, która od lat spędza sen z powiek skłonnym do miacierewiczyzacji rzeczywistości widzom, spotkacie się z równie genialną muzyką. Bez Johna Williamsa wspomniane filmy straciłyby połowę swojej magii. Wjazd żółtych napisów w pierwszych minutach projekcji bez podkładu? Vader bez marszowych przygrywek? Niewyobrażalna sytuacja. Muzyka w filmach odgrywa jedną z najważniejszych ról. Światło, zdjęcia ani montaż nie zastąpią jej możliwości dawkowania napięcia czy sugestywnego podsuwania widzowi konkretnych emocji. Muzyka w filmie to zawsze zwieńczenie całej pracy ekipy, ozdoba, koronka, ale też stanowcza kropka nad i. Niech moc będzie z Wami, zawsze!
