Recenzja płyty Vader – “Tibi et Igni”

0

Nie będzie zestawienia z „The Satanist” Behemotha. Nikt mnie na to nie namówi. Zresztą z pewnością Peter i Nergal nie chcieliby żeby najnowsze płyty ich zespołów były do siebie porównywane, to cios poniżej pasa w przypadku legend polskiej sceny metalowej. Z podobnego założenia wychodzi wielu recenzentów – na kłótnie i hejty zapraszamy do komentarzy na YouTubie. Lepiej wyjść z takiego założenia – rok 2014 jest dla polskich fanów metalu bardzo hojny. Najpierw w lutym w czytnikach naszych odtwarzaczy zakręcił się nowy krążek Behemotha, a przełom maja i czerwca upłynął wszystkim pod znakiem Vadera i jego najnowszego albumu „Tibi et Igni”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „dla Ciebie i ognia”. Przekonajmy się, czy zgodnie z tytułem album ten jest faktycznie tak bardzo osobisty.

Tibi_et_Igni

Zaczyna się pompatycznie – od lubianych przez Petera orkiestrowych partii. Późniejsza część ‘Go To Hell’ to już jednak klasyczna, znana wszystkim rzeźnia. Blasty, brutalne gitary, głęboki wokal Wiwczarka i fenomenalna perkusja. Taka tendencja utrzymuje się przy krótkim i diabelnie szybkim ‘Where Angels Weep’. Perkusista wznosi się na wyżyny swoich umiejętności, uśmiechający się zapewne lekko zza gitary Peter udowadnia swój niewątpliwy kompozycyjny talent, a kawałek bardzo przyjemnie pachnie najlepszymi dokonaniami Slayera. Album zaczął się klasycznie i mocno, uśmiech sam pojawia się na twarzy. Zejdźmy więc do głębszych czeluści piekielnych.

Po pierwszym strzale tracklista zaprowadza słuchacza w bardziej progresywne rejony o nazwie ‘Armada On Fire’. Pozbawiony intra ‘Go To Hell’ trwa niecałe 3 minuty, ‘Where Angels Weep’ zaledwie dwie, a trzeci utwór dobija do 4. Jest brudno i ciężko, a odtwarzacz i głośniki na te kilka chwil znajdują się w objęciach sił nieczystych. Na szczególną uwagę zasługuje druga połowa utworu – pełna zagranych z dużą ilością wajchy solówek i z riffem, który jest murowanym kandydatem do rytmicznych pokrzykiwań fanów na koncertach.

„The Satanist” miało swoje singlowe i przebojowe ‘Ora Pro Nobis Lucifer’, a „Tibi et Igni” może pochwalić się fenomenalnym ‘Triumph Of Death’. Podobnie jak w przypadku kompozycji Nergala, opisywany kawałek to jeden z tych utworów deathowych, które są oparte na prostym rytmie, wpadającym w ucho riffie i nieskomplikowanej strukturze. Głowa sama pcha się do headbangingu, Panie i Panowie. Oczywiście można natrafić w internecie na narzekania ortodoksyjnych fanów odnośnie ‘Triumph Of Death’. Kto by się tym jednak przejmował? Miło zobaczyć, że ikona trudnej i powykręcanej muzyki jaką jest death metal potrafi w swoich ramach gatunkowych nagrać „hiciora”.

Tak oto kończy się pierwsza połowa najnowszego krążka Vadera – ta nastawiona na klasyczne, szybkie granie i ciężar. Byłem w stanie ją bez problemu opisać nawet nie słuchając ponownie muzyki. W przypadku reszty albumu, na którą składa się 6 utworów zapamiętałem raptem 3. Pierwszym z nich jest ‘Hexenkessel’. Jest on według mnie najsłabszym kawałkiem na albumie. Wprost z brutalnego i przebojowego ‘Triumph Of Death’ słuchacz jest wrzucany we wciąż deathowe, ale jednak liryczne klimaty. Proste i pompatyczne riffy skutecznie studzą zapał po mocarnym początku ‘Tibi et Igni’, a końcówka utworu jest po brzegi wypełniona orkiestrowymi partiami. Tylko… po co?

Uwagę zwraca również wykonany w bardzo podobnym stylu ‘The Eye Of The Abyss’. Kawałek zawiera trwające ponad minutę symfoniczne intro oraz niemniej podniosłe outro. Całość robi jednak o wiele lepsze wrażenie niż wspomniany ‘Hexenkessel’, jest to jednak wciąż inny poziom niż ten zaprezentowany przez Petera i spółkę na początku krążka. Ciekawe zakończenie utworu wzbogacone o występ chóru potrafi wprowadzić w błąd i zasugerować, że album się właśnie kończy.

Nic jednak bardziej mylnego, tę rolę przejmuje utwór o wiele mówiącym tytule ‘The End’. Pojawia się tu podobny problem, co w przypadku dwóch wymienionych przed chwilą utworów – Vader zaczynał swoją karierę jako jeden z szybszych zespołów na scenie death metalowej. W biografii „Vader – Wojna Totalna” czytamy, że wskutek tempa narzucanego przez byłego perkusistę grupy, Docenta, materiał na album potrafił skrócić się nawet o 15 minut. Ciężko jednak jakkolwiek odnieść te rewelacje słuchając chociażby kończącego album ‘The End’.  Nawiązując do wstępu, fragmenty te faktycznie brzmią jakby “Tibi et Igni” był dość osobistym krążkiem, nie jest to kolejna trwająca 40 minut łupanina. Całość trzyma ciekawy klimat i jestem ostatnią osobą, która by swoimi komentarzami próbowała ograniczyć wolność twórczą Petera, ale czy to właśnie za powolne riffy i ładnie rozwiązujące się melodie pokochaliśmy Vadera?

Trochę pomarudziłem, niektórzy mogliby nawet odnieść wrażenie, że przesadziłem w swoich narzekaniach, jednak mimo to moje zarzuty nie wpływają zbytnio na ogólny odbiór albumu. Materiał jest nagrany znakomicie, przez szalenie utalentowanych i doświadczonych ludzi. Gitary brzmią bosko (czy może raczej piekielnie), wokal Petera to wciąż jeden z lepszych głosów w gatunku, bas nadaje odpowiedniej potęgi, a perkusja zrywa skarpety z nóg.

Tak, ‘Tibi et Igni’ to naprawdę dobry album, którego w większości słucha się znakomicie. Obcując jednak  z tymi „spokojniejszymi” utworami trudno nie odnieść wrażenia, że na ich miejscu mogły być kawałki z taką dawką energii, jaką mają ‘Go To Hell’ czy ‘Triumph Of Death’. Album dostaje ode mnie „siódemkę” – jeśli jednak jesteś oddanym fanem Vadera, dodaj do oceny 1,5 punktu. Niemniej, warto tego albumu posłuchać.

Tracklista:

1. Go To Hell
2. Where Angels Weep
3. Armada On Fire
4. Triumph Of Death
5. Hexenkessel
6. Abandon All Hope
7. Worms Of Eden
8. The Eye Of The Abyss
9. Light Reaper
10. The End

Ocena: 7/10

Bartosz Pietrzak

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.