God Is An Astronaut: Recenzja płyty “Helios | Erebus”

1

Decapitated, Nile, Napalm Death, Cannibal Corpse – to tylko przykłady zespołów, które najlepiej brzmią kiedy puszczane są głośno, do granic fizycznych możliwości. Musi być potężnie, ciężko, a headbanging ma być niemal naturalnym, wyssanym z mlekiem matki odruchem – inaczej lepiej dajmy sobie spokój z tym łojeniem, po co się męczyć. Przenieśmy się teraz na drugi biegun gitarowego, podziemnego grania, by trafić na post-rock – gatunek, w którym podstawą jest artykulacja, manipulowanie emocjami, wyrażanie całego wachlarza uczuć przy pomocy instrumentów i… wyciszenie. To właśnie na tym biegunie swoje igloo zbudowało God Is An Astronaut i po raz siódmy zaprosiło nas na swojską herbatę zaparzoną na wodzie z topniejącego lodowca.

Moje pierwsze podejście “Helios | Erebus” było dość… nijakie. Włączyłem album podczas zajmowania się innymi sprawami, w kilku miejscach wyróżniłem ciekawsze fragmenty i nawet nie zauważyłem, kiedy krążek się skończył. Wyczuć można od razu odejście od surowszych i chwilami elektronicznych wstawek znanych z poprzedniego krążka “Origins” na rzecz powrotu do klimatów z “All Is Violent, All Is Bright”. Niekiedy pojawiają się dłuższe, ambientowe pasaże pozwalające teoretycznie na głębszą immersję. Tyle zapamiętałem z pierwszego odsłuchu. Inaczej było jednak, gdy późno w nocy album rozbrzmiał w moich słuchawkach podczas czytania ebooka.

I tutaj właśnie dochodzimy do sedna całego gatunku – właśnie tak, w nocy, przy zgaszonym świetle powinno się go dawkować. Dobry post-rock jest jak książka, która podsuwa naszej wyobraźni inspirację dając jej spore pole do popisu i to po mistrzowsku udaje się zespołom takim, jak Godspeed You! Black Emperor, Maybeshewill czy Sigur Ros. Pod osłoną nocy z “Helios | Erebus” zaczęły wyłaniać się kolejne utwory, a sam album bardziej przypominał zbiór spójnych kompozycji niż jednolitą masę. I tak właśnie otwierający krążek utwór ‘Agneya’ zaczął brzmieć jak zaproszenie do przesłuchania całego albumu, ‘Finem Solis’ i ‘Obscura Somnia’ to głębokie niczym ocean ściany ambientowego dźwięku, tytułowy ‘Helios | Erebus’ stanowi epicką, ponad ośmiominutową kompozycję ze śladowymi ilościami wokalu i wymieszaniem instrumentalno-ambientowej konwencji. Album przyspiesza na przystankach ‘Vetus Memoria’ i ‘Centralia’, by potem znów wyhamować na zamykającym całość ‘Sea of Trees’.

Od strony instrumentarium wszystko działa bez najmniejszego zarzutu – God is an Astronaut to ekipa grająca na scenie już przeszło dekadę i na próżno szukać tutaj braku profesjonalizmu. Na temat produkcji całego krążka i ciepła bijącego od tych bardziej “pływających” fragmentów można napisać niejeden wzruszający poemat i zapaść w zdrowy, głęboki sen. Czy pod tym płaszczem brzmieniowej rewelacji i różnorodności mogą kryć się jakieś wady?

Należy sobie zadać pytanie, czy God Is An Astronaut na swoim najnowszym wydawnictwie jest właśnie jak ta książka stymulująca wyobraźnię i potrafiąca wzbudzać bogate w detale emocje. Otóż… nie do końca. Album jest świetnie skrojony, jednak brakuje mu pewnego efektu “wow”, trudno znaleźć tu fragmenty naprawdę zapadające w pamięć. Również, co zauważyłem po sobie, po około siedmiokrotnym zanurzeniu się w nakreśloną przez muzyków historię nie miałem już specjalnej ochoty na kolejne odsłuchy, a raczej potencjalne odtworzenie krążka stawało mi się totalnie obojętne, co nie powinno mieć miejsca. Poziom mojego zainteresowania „Helius | Erebus” to czysta sinusoida – od początkowego jego braku, przez zaciekawienie i docenienie masy włożonej w album pracy, poprzez dość szybkie znużenie i brak chęci odkrywania kolejnych niuansów, co tak cieszy przy n-tym słuchaniu wspomnianego Godspeed You! Black Emperor.

Mimo braku zapierających dech w piersiach fragmentów z “All Is Violent, All Is Bright” to wciąż kawał dobrej muzyki, może nawet takiej, od której powinno się zaczynać przygodę z tym gatunkiem by się zbytnio nie sparzyć i nie zniechęcić. Słuchając “Helios | Erebus” w nocy można poczuć się jak pasażer sunącej po niebie chmury – raz siąpiącej lekkim deszczem, a innym razem usuwającej się w bok i dającej przejście promieniom słońca. Podróż ta, mimo, że dość przyjemna, staje się z czasem zbyt monotonna i przewidywalna i to jest główna wada tego wydawnictwa. Nie mówmy jednak “hop” – to koncerty są głównym wyznacznikiem tego, jak zespół radzi sobie z zainteresowaniem słuchacza swoim materiałem. A okazję do sprawdzenia God Is An Astronaut na żywo będziemy oczywiście mieli, i to już 17 września w Warszawie. Ja jestem, mimo wszystko, dobrej myśli.

helios

Wyro(c)k

73%
73%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    7
  • INSTRUMENTARIUM
    7
  • WOKAL
    -
  • BRZMIENIE
    9
  • REPEAT MODE
    6
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    9.2
Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.