Fragment książki ‚Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk? Autobiografia’ do przeczytania tylko u nas

0

W związku z premierą najnowszej książki o legendzie Iron Maiden – ‚Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk? Autobiografia’ – mamy dla Was specjalną niespodziankę. Możecie dziś zapoznać się z fragmentem autobiografii, w której Bruce opowiada sam o sobie, swoim życiu i koncertowych przygodach. A dzięki współpracy z Wydawnictwem SQN szykujemy dla Was kolejne niespodzianki! Przypominamy również, że książkę mówicie zamówić już teraz:

Zamów w Empiku

Miasto, które w 1984 roku gościło zimowe igrzyska olimpijskie, było nie do poznania. Po wielu budynkach zostały tylko fasady, na innych widać było ślady po kulach i pociskach.
Na ulicach leżał gruz, samochody przypominały durszlaki z setkami otworów. Nie byłem w stanie wymyślić, co sprowokowało kogoś do zrobienia w skromnym renault dwustu dziur. To był tak niezwykły widok, że musiałem uwiecznić to na zdjęciu.

Rzeka mknąca ku dolinie dzieli Sarajewo na część wyższą i niższą. Serbowie kontrolowali tę wyższą. To stamtąd snajperzy strzelali do cywilów jadących do pracy.
Autostradę prowadzącą prosto z lotniska do centrum miasta nazywano „aleją Snajperów”. Każda przejażdżka tą drogą była niczym rosyjska ruletka. My spróbowaliśmy kilka razy, natomiast miejscowi musieli grać w nią przynajmniej dwa razy dziennie.

Dotarliśmy do dawnej wioski olimpijskiej, w której znajdowała się kwatera główna sił ONZ. Ekipę techniczną zakwaterowano w klitce z workami z cementem zamiast okien. Zespół dostał luksusowe pomieszczenie z żelaznymi łóżkami piętrowymi i starymi materacami. Okna przykrywała wszechobecna taśma zasłaniającą snajperom widok. Na śniadanie mieliśmy bułkę z serem i piwo. Przekazałem resztkę whiskey majorowi Martinowi. Schował ją do szafki, a następnie pokazał mi otwór wielkości tacy śniadaniowej, znajdujący się za biurkiem, tuż nad jego głową.

– Pocisk kaliber 50 – uśmiechnął się. – Dranie jeszcze mnie nie dopadli.

No to lepiej nie odkładaj tej whiskey na później – pomyślałem. W Sarajewie na każdym kroku była wyczuwalna atmosfera wojny. Robiło się już ciemno, gdy się obudziliśmy, a chłód zaczynał coraz bardziej doskwierać. Udaliśmy się na konferencję prasową. Brytyjczykom udało się zorganizować coś w rodzaju przekąsek – krakersy z keczupem. Siedziałem z miejscowym zespołem, który miał wystąpić przed nami. Nie było prądu, a generatory dostarczające moc na potrzeby koncertu miały zostać włączone chwilę przed wyjściem na scenę, żeby oszczędzać paliwo. Gitarzysta siedzący obok mnie mówił trochę po angielsku.

– Jak gracie próby bez prądu? – spytałem.

Spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „A co to za durne pytanie?”.

– Ćwiczymy hartem ducha – odrzekł dumnie.

– Wierzę – wymamrotałem zgaszony.

W momencie gdy to czytacie, Bośniackie Centrum Kultury jest już pewnie przebudowane, ale w 2015 roku wyglądało jeszcze dokładnie jak w 1994, gdy tam zagraliśmy. Róg budynku został rozwalony przez pocisk przeciwlotniczy, jednak większość konstrukcji znajdowała się pod ziemią.

Zaczęły krążyć pogłoski o koncercie. Serbowie mieli zwyczaj ostrzeliwać moździerzami publiczne zgromadzenia, zamknięto więc szkoły i dzieciaki ukradkiem przedostawały się do domów, chyba że akurat ktoś wziął je na cel. Kluczenie między blokami w Sarajewie było nie tylko męczące, ale zagrażało życiu.

Mówiono o tym, że bogaci „nacjonaliści” płacili za możliwość wyjazdu na wakacje z zabijaniem w strefie wojny. Szef strażaków z ONZ twierdził, że w pobliżu jego domu w Connecticut czai się na niego serbski zabójca. Jak wszystkie opowieści w tej strefie szaleństwa i tą należało brać z przymrużeniem oka. Nasz wesoły strażak był miejscowym przedstawicielem CIA.

Gdy odwiedzaliśmy sierociniec, miałem okazję zobaczyć z bliska szczątki normalnego życia i utraconą niewinność. Z każdym dniem przybywało do niego dzieci, ponieważ ich rodzice codziennie ginęli na wojnie.
Najpierw zobaczyliśmy niemowlęta w ciasnych becikach, przypominające maleńkie mumie. Leżały w pomieszczeniu, w którym było niesamowicie gorąco. Jeden z pielęgniarzy w kitlu dosłownie wychodził z siebie, żeby je uciszyć. Dzieci były tutaj pozbawione naturalnej bliskości, przez co ich twarze przywodziły na myśl maski wyprane z emocji. Popełniłem wielki błąd, biorąc jedno z nich na ręce. Poczułem ciepły puls człowieczeństwa. Najpierw ciemne oczy wbiły wzrok w moją twarz, następnie ręce zaczęły otwierać się w moim kierunku. Rechot, uśmiech i szybki chwyt za palec – tak silny, jak tylko u nowo narodzonych dzieci. Łzy, które poleciały, były wyrazem zmieszania, radości, wściekłości i żalu. Na jakim świecie przyjdzie żyć tej niewinnej istocie? Zapanował chaos. Jedno śmiejące się dziecko sprawiło, że reszta wybudziła się z bezruchu, tak jakby w jednym pokoju mnóstwo zegarów zaczęło jednocześnie wybijać północ.

Nasz spanikowany, wychodzący z siebie, odziany w kitel pielęgniarz pędził od łóżeczka do łóżeczka, desperacko próbując z powrotem uspokoić podopiecznych. Na całym oddziale zapanowała anarchia: dzieci wstawały, śmiały się, chichotały i wyrzucały różne przedmioty ze swoich łóżeczek. Nigdy nie myślałem o sobie, jako o zwolenniku dziecięcej anarchii, ale gdy wychodziliśmy z oddziału, uśmiechałem się od ucha do ucha. Jak mawiał doktor McCoy w „Star Treku”: „Takie życie, Jim…”.

Starsze dzieciaki bawiły się na zewnątrz, w odsłoniętych piwnicach i na zniszczonych klatkach schodowych. Brak dorosłych oznaczał, że silniejsi opiekowali się całą resztą jak w plemieniu. Całość sprawiała niepokojące wrażenie, niczym scena wyjęta prosto z powieści Władcy much Williama Goldinga.

Mieliśmy ze sobą pałeczki do perkusji, akustyczną gitarę oraz moją skromną osobę. Zaczęliśmy grać z Alexem Eleną, naszym włoskim perkusistą, stukając w poczerniałe od sadzy ściany. Był to dość dziwny moment, bo zdaliśmy sobie sprawę, że wiele z tych dzieciaków nigdy nie widziało gitary, nie mówiąc o trzymaniu jej w rękach. Były oczarowane.

– Hej! – rzucił Alex. – Wszyscy klaszczemy. – Po czym zaczął entuzjastycznie wyklaskiwać rytm.

Ten moment na zawsze zapadł mi w pamięć. Jeden ze starszych chłopców wyskoczył do przodu i zacząć klaskać – „rat-tat-tat” – odwracając się w stronę najbliższej grupki dzieci. Wszystkie natychmiast padły na ziemię. Klaskanie było odgłosem śmierci – brzmiało niczym serie z karabinów maszynowych lub strzały snajperów. Kolejna grupka też padła, aż wszystkie mniejsze dzieci leżały z rozłożonymi rękoma, zamarłe ze strachu przed śmiercią. Przestaliśmy grać – byliśmy w szoku. Dzieciaki wstały i zaczęły się śmiać. Zrozumiałem, że nawet tak błaha rzecz jak klaskanie może zupełnie zmienić znaczenie pośród ponurej wojennej rzeczywistości.

Byłem zaskoczony, że na miejscu koncertu rozstawiono nowoczesny system nagłośnieniowy. Nasz irlandzki dźwiękowiec Jed drapał się po głowie, nie dowierzając: „Nie mam, kurwa, pojęcia, skąd oni to wytrzasnęli, ale to dobry zestaw. Wszystko działa”.

Wkrótce co nieco się wyjaśniło. Hala była nabita po brzeg, a gorąco bijące od ludzkich ciał było niesamowite. To nie była strefa wojny, ale wolności. Przyszedł czas na rock’n’roll – czas radości. Próba dźwięku wyszła w porządku, ale dziesięć minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu zostałem wezwany przez majora Martina.

– Mamy problem – zaczął.

Spotkałem się z owym problemem na górze. Była nim grupka bandytów, którzy wykradli/udostępnili nam/zarekwirowali nagłośnienie. Chcieli pieniędzy, w przeciwnym razie zabiorą sprzęt. Było ich sześciu, wszyscy Bośniacy, oprócz nich stał tam tłumacz i major Martin, którego ręka coraz niespokojniej wędrowała w okolicę broni.

– Zapłaciłem wam pięćset dolarów – powiedział major.

Bandyci coś pomamrotali.

– Chcą kolejnych pięćset – odparł tłumacz. – Mówią, że są zawodowcami.

– Zapłacę im z pieniędzy za sprzedaż koszulek – rzucił rozdrażniony major Martin.

Znowu mamrotanie. Nie ma zgody.

– Może napijemy się jeszcze kawy? – uśmiechnąłem się. – Dlaczego nie chcą pomóc swoim rodakom? Mnie nikt za to nie płaci.

Tłumacz przekazał im moje słowa. Znowu mamrotanie i krótka dyskusja. Dotarła kawa – gęsta jak smoła.

– Mówią, że są zawodowcami.

– W porządku. Powiedz im, że ja też, i obiecuję im, że dostaną swoją kasę.

Reakcja była pozytywna. Przywódca bandy uścisnął mnie i wydawało się, że jest po sprawie. Niezupełnie. Do akcji wkroczył niebieski sweter oraz ubrany w niego gość o imieniu Trevor.

Jak się później dowiedziałem, Trevor został oddelegowany do bycia naszym osobistym ochroniarzem. Nie był zbyt szczęśliwy, gdy major Martin zabrał nas na niestrzeżoną wycieczkę w land roverze po strefie wojny. Teraz też nie wyglądał na zadowolonego. Trevor twierdził, że jest byłym strażakiem z Glasgow. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądał, jest takie przerażające, bardzo znane zdjęcie wykonane przez fotografa prasowego, przedstawiające matkę i jej pięcioletnie dziecko pod ostrzałem. Dziecko leży na ulicy w kałuży krwi, a Trevor jest jednym z dwóch żołnierzy wychylających się z pojazdu ONZ, żeby uratować życie chłopca i ochronić inne niewinne osoby w okolicy.

Trevor był uzbrojony po zęby w dwa pistolety maszynowe typu Heckler & Koch oraz broń boczną. Stał tuż obok mnie wściekły, wskazywał palcem na przywódcę gangu.

– Ty – warknął. – Osobiście się tobą zajmę, jeśli komukolwiek stanie się krzywda.

Trevor był być może kiepskim strażakiem, ale miałem przeczucie, że ze strzelaniem radził sobie bardzo dobrze.

Bandyci zaczęli zaraz narzekać na to, jak zostali potraktowani. Tłumacz już chciał przełożyć to, co mówili.

– NIE TŁUMACZ – powiedziałem. – Powiedz im, że Trevor obawia się, że jeśli nie wyjdziemy szybko na scenę, to budynek może zostać zniszczony i ktoś ucierpi.

Dbanie o obicia mebli, w sytuacji gdy dookoła toczyła się wojna, zakrawało na ironię, ale blef dał nam trochę czasu.

– Co tu się, kurwa, wyrabia? – rzuciłem.

– Te sukinsyny zagroziły, że jeśli nie zapłacimy za korzystanie z nagłośnienia, połamią nogi muzykom z zespołu, który gra przed wami – powiedział Trevor.

– Trev, jak tylko skończymy grać, możesz zrobić z tymi typami, co tylko chcesz.

Koncert był wspaniały i intensywny, zarówno dla nas, jak i dla publiczności, był w tamtej chwili największym show na świecie. To, że reszta świata nie miała o nim pojęcia, nie było ważne.
Po powrocie do naszych oklejonych taśmą baraków napiliśmy się piwa z małym, głównie brytyjskim kontyngentem ONZ, choć było tam także kilku Norwegów, którzy mówili ze szkockim akcentem. Niesamowite.
Spytałem młodego oficera eskadry spadochroniarzy, jak to jest być pod ciągłym oblężeniem.

– Nuda jak jasna cholera – odparł. – Szczerze mówiąc, wolałbym iść na wzgórze i pozabijać tych fiutów. To tchórze.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter przyjechał do miasta kilka tygodni później, żeby wziąć udział w rokowaniach pokojowych, więc nasz przyjaciel nigdy nie spełnił swojego marzenia. Oczywiście musieliśmy się jakoś stamtąd wydostać. Za granicą chorwacką czekały dwa helikoptery typu Sea King, ale dzień wcześniej jeden z nich zestrzelono. Mówiono, że na pokładzie był generał sir Michael Rose i że pięć pocisków kaliber 7.62 trafiło w zbiornik z paliwem i łopatkę wirnika. Podobno jakiś diler narkotykowy spanikował.

Prawda była inna. Dwadzieścia lat później, gdy brałem udział w symulowanych lotach charytatywnych na Boeingu 747 w ramach kampanii organizacji Help for Heroes, spotkałem mechanika, który naprawiał zestrzeloną maszynę.

– O nie – zaśmiał się. – Serbowie strzelali pociskami przeciwlotniczymi kaliber 50, żeby zabić generała i przerwać rozmowy pokojowe.

Zabrał nas więc jedyny sprawny helikopter, a cała akcja przypominała scenę z Czasu apokalipsy z karabinami maszynowymi szukającymi ewentualnego celu po obu stronach maszyny. Na lotnisko dotarliśmy przez ziemię niczyją land roverami. Musieliśmy przejechać przez punkt kontrolny, kierowany przez babę w typie radzieckich agentek z filmów o Bondzie, znaną w okolicy jako „piekielna suka”.
W przydrożnym rowie leżał spalony sowiecki czołg. Postanowiłem zrobić jedną z głupszych rzeczy w życiu i kazałem zatrzymać samochód pośrodku ziemi niczyjej, żebym mógł zrobić coś, co obecnie nazywa się selfie.

– Szacunek – powiedział kierowca wojskowy. – Ostatni, który tak zrobił, został zastrzelony.

Polecono nam, żeby nie przypatrywać się zbyt mocno twarzy piekielnej suki. Z daleka wyglądała dość atrakcyjnie, ale z niewielkiej odległości można było dostrzec gruby makijaż, mający zamaskować blizny po zbyt bliskim kontakcie z granatem ręcznym.

Według Trevora nie stąpa już po tym świecie, bo zginęła podczas nalotów sił sprzymierzonych. Była zamieszana w mordowanie i torturowanie wielu rodzin. Podjechaliśmy do niej na punkcie kontrolnym.
Nie patrzeć w twarz Meduzy – powtarzałem w myślach. I natychmiast na nią spojrzałem.

Była zaskoczona.

– Skąd wracacie? – spytała.

– Z Sarajewa.

– Po co tam byliście?

– Graliśmy koncert. Jesteśmy zespołem rockowym.

– Sarajewo to niebezpieczne miejsce. Nigdy tam nie wracajcie.

Udostępnij to

O autorze

Didymos

Fan Metalliki mniej więcej od czasów Loada, przegapiłem koncert w Warszawie w 1999, ale nie popełniłem już tego błędu w Chorzowie 2004 i 2008. Dodatkowo widziałem zespół w Berlinie (2008), Lipsku (2009), Oslo, Rydze, Tallinnie, Wilnie, Budapeszcie, Warszawie (2010) , Gelsenkirchen (2011), Pradze, Warszawie (2012), Pradze, Wiedniu i Warszawie (2014). Uff!