Yony (Obscure Sphinx) dla DeathMagnetic.pl: „Zagraj, dołóż, zrób coś zajebistego, to się kasa znajdzie”

0

Obscure Sphinx jest kapelą znaną nie od dzisiaj! Wolne, zabarwione doomem riffy, głębokie teksty i specyficzne wokalizy Zofii „Wielebnej” Fraś wprawiają w osłupienie od wielu lat. Choć kapela powstała w 2008 roku, prawdziwą furorę zrobiła dopiero w 2011, wówczas ukazał się ich debiutancki krążek, „Anaesthetic Inhalation Ritual”. To był dopiero początek długiej drogi Warszawiaków, w międzyczasie bowiem ukazały się ich dwa kolejne albumy, a grupa wyruszyła m.in. w trasę z Behemothem.

Ostatnie wydawnictwo, „Epitaphs”, ukazało się w ubiegłym roku i otworzyło kapeli wiele kolejnych drzwi. Chociażby do występu na prestiżowej Metalmanii, która odbędzie się już 22 kwietnia w katowickim Spodku. To właśnie te wydarzenie stało się doskonałym pretekstem do porozmawiania z gitarzystą formacji, Tomaszem „Yonym” Jońcą – muzykiem, który jest aktywny na polskiej scenie od wczesnych lat 90-tych. 

Yony’ego zapytaliśmy m.in. o to, czy podczas prac nad trzecim albumem ciążyła na nim jakaś szczególna presja oraz w jaki sposób potrafi pogodzić życie w trasie z życiem rodzinnym. Muzyk wspomniał także o młodych kapela i ich zbyt roszczeniowej postawie, uniemożliwiającej „wybicie się”. Zapraszamy do lektury!

DeathMagnetic.pl: „Epitaphs” sprawia wrażenie spójnego krążka, podobnie zresztą jak i poprzednie. Ja wiem, że teksty, to nie Twoja działka, ale mógłbyś zdradzić, czy albumowi przyświecała jakaś konkretna myśl przewodnia? Sam tytuł nawiązuje do pożegnania – to zapowiedź jakichś większych zmian, ewentualnie nowego odrodzenia?

Tomasz „Jony” Jońca: Zabij mnie, nie wiem! Nie słucham ich, nie czytałem! Poważnie! Akurat własna muzyka jest rzeczą tak intymną, że odbierasz ją na jakichś dziwnych płaszczyznach. Znaczy mgliste pojęcie mam, ale musiałbym je przeczytać tak naprawdę i rozkminić tak, jak to robiło się w szkole – analiza wiersza, te sprawy.

Ja podchodzę jakimś cudem do naszej muzyki całościowo, odbieram ją ogólnie, jako całość, razem z wokalem i gdyby Zofia śpiewała w swoim własnym języku, nie miałoby to dla mnie żadnego znaczenia. Tym bardziej cieszę się, że nie śpiewa po polsku, bo wtedy mimo wszystko tekst docierałby do mnie nawet na podświadomym jakimś poziomie, a ponieważ mój angielski nie jest zbyt wyszukany, to mogę teksty pominąć w jakiś sposób. Także z tym pytaniem to odsyłam do autorki.

Utarło się przekonanie, iż trzeci album jest kluczowy dla kariery zespołu. Miałeś poczucie, że to od niego zależą Wasze dalsze losy?

Absolutnie nie. Ale znów mogę tylko za siebie odpowiedzieć, bo wiem, że np. dla Ola (mowa o Aleksandrze Łukomskim, gitarzyście formacji – przyp.red.) jest to płyta niezwykle osobista, w sumie on z Werblem zrobili 80% muzyki na to wydawnictwo. Zresztą mam też do siebie taką trochę pretensję, że mało zrobiłem. Na poprzednich dwóch płytach niezwykle aktywnie generowałem riffy i aranże, a tutaj ta praca jakoś mnie ominęła, bo miałem od cholery pracy, urodził mi się syn, zmarła moja mama itd., więc siłą rzeczy mniej czasu mogłem poświęcić zespołowi. To mnie wkurza jak nie wiem. Wiesz co? W sumie można powiedzieć, że to był dla mnie przełom. Po niej postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę się tak mało angażował.

Wydając „Void Mother” podnieśliście poprzeczkę bardzo wysoko. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zapewne nagranie kolejnego krążka bazującego na podobnych, sprawdzonych rozwiązaniach, co dla wielu fanów byłoby krokiem w tył. Wy jednak udowodniliście, że wciąż macie wiele pomysłów, a brzmienie ciągle ewoluuje. Rozpoczynając prace nad materiałem tworzycie wcześniej ogólny muzyczny zarys wydawnictwa, czy może wszystko wychodzi „w praniu”?

Raczej szukamy inspiracji pozamuzycznych. Książka, obraz, doświadczenie życiowe – te sprawy. A sama muzyka rzeczywiście wychodzi na bieżąco. Zresztą nigdy nie kierowaliśmy się żadnym planem, pomysłami typu: “Musimy zrobić płytę o płakaniu żelaznymi łzami”. Zawsze było tak, że po prostu ufaliśmy intuicji, kompletnie nie myśląc, czy TO się nada na płytę, a TAMTO nie, bo to nie Obscure Sphinx.

Musisz przyznać, że „Epitaphs” to album trudny w odbiorze, jest na nim wiele ukrytych smaczków, które są możliwe do wychwycenia dopiero po wielu odsłuchach. Jak zarekomendowałbyś płytę komuś, kto Was nie zna?

Powiedziałbym: „Odpal, posłuchaj, ale nie w tle robiąc kanapki, tylko postaraj się zagłębić w ten świat”.

Gdy przed dwoma laty przeprowadzaliśmy z Wami wywiad mówiłeś, że trzeba sobie wyznaczyć moment zakończenia prac nad płytą, gdyż można ją poprawiać w nieskończoność. Nie kusi Cię, by nawet w jakimś końcowym etapie prac dograć dodatkowy motyw gitarowy? W końcu to chyba normalne, że muzyk dąży do doskonałości.

Czasem, jeśli jest jeszcze czas, to tak, wpada mi jakaś myśl, melodia, aranż. Często jest też tak, że utwory gdzieś tam ewoluują i np. na koncertach gramy je trochę inaczej. Wersja live ‚Presence Of Goddess’ jest np. dłuższa o chyba minutę od wersji studyjnej. Każdy z utworów grany na żywo ma jakieś smaczki, których nie było wcześniej. Ale ogólnie chyba jako jedyny z kapeli nie jestem pedantem muzycznym. Nie ma znaczenia dla mnie, że tu trochę nierówno położone są wiosła, a tam nie weszło uderzenie stopy. W tej sytuacji to dobrze, że mam chłopaków uważniejszych ode mnie, bo pewnie nawet bym nie usłyszał jakiegoś ewidentnego babola.

A często słuchasz swojej wcześniejszej twórczości (niekoniecznie nagranej pod szyldem Obscure Sphinx)? Zdarza ci się łapać za głowę z zażenowania z powodu Twoich ówczesnych umiejętności?

Nie za często, ale zdarza mi się. Nie łapię się za głowę, bo wcześniej byłem o wiele sprawniejszy technicznie niż teraz. Tłuszcz mi przeszkadza, ha, ha.

Wiele zespołów próbuje pisać historię na nowo, chociażby poprzez ponowne nagrywanie klasycznych albumów. Wyobrażasz sobie siebie w tej roli w przyszłości?

Szczerze? Sądzę, że nagrywają te albumy, bo prawa wydawnicze do ich utworów należą do kogoś innego i tylko nagrywając to jeszcze raz masz szanse znów zarobić pieniądze na swoich najlepszych utworach (śmiech). 

Widać, że jesteś bardzo zaangażowany w funkcjonowanie kapeli, poza samą grą ogarniasz także organizowanie koncertów w Polsce. W wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej powiedziałeś Jarkowi Szubrychtowi, iż nie możesz żyć bez muzyki. Jak w takim razie udaje Ci się pogodzić ciągłe bycie w trasie z życiem rodzinnym i byciem ojcem?

Po pierwsze to trzeba mieć odpowiednią osobę przy sobie, po drugie jeśli Twoja praca daje wymierne pieniądze, to łatwiej jest pewne rzeczy swojej lepszej połowie wytłumaczyć zwyczajnie: “Kochanie, taką mam pracę i sorry”. Jakbym za moje wyjazdy zarabiał jak w Biedronce, to pewnie wolałbym siedzieć w Biedronce na dupie i przynajmniej być w domu. Ale tak – coś za coś.

Grafikę zdobiącą „Epitaphs” namalował perkusista Gojiry, Mario Duplantier. Muzycznie w Waszej twórczości także słychać nieco elementów charakterystycznych dla francuskiej kapeli. Co sądzisz o ich ostatnim albumie? Mimo, że w większości przypadków został pozytywnie przyjęty, pojawiły się także nieprzychylne głosy, szczególnie wśród tych ortodoksyjnych fanów…

Noooo! Pierwszy maruda – Olo! Jak dla mnie ten album ma tylko jeden słaby punkt: ‚Yellow Stone’, którego nie kumam ni w ząb. Cała reszta to numer w numer cios. Tu musisz pamiętać o jednym –  przed tą płytą braciom zmarła mama. To musiało odbić się na płycie. Ja ją faktycznie odbieram w taki… smutny, deszczowy sposób. Nie wiem jak to inaczej opisać. Dla mnie jest to rzecz doskonała, zamknięta i chyba najdojrzalsza w ich twórczości. Jak nagram coś takiego to potem mogę umrzeć.

Kilka lat temu wspominałeś nam o trudnościach w organizowaniu zagranicznych tras. Sukces nowego albumu zmienił podejście organizatorów i klubów do Was, czy wciąż bez setek maili się nie obejdzie?

Trudno powiedzieć, czy ma to związek z albumem. Ludziom generalnie nasza muzyka się gdzieś tam podoba, trochę koncertów już zagraliśmy (ostatnio w Berlinie mieliśmy 700 osób pod sceną jako trzeci headliner), a ponieważ jako kierowca i coś na kształt tour managera stykam się bez przerwy z promotorami i właścicielami klubów, to jest mi trochę łatwiej. Olo mówi: „Ej, w Jenie by nam pasowało po drodze sztukę zrobić”, a ja na to: „Spoko, znam dwa kluby, trzech promotorów, a z właścicielem Kulturbanhoff to nawet już o tym gadałem. Pisz do niego, tu masz namiar”. Poza tym zainwestowaliśmy w agencję PR, która wciska nas do świadomości ludzi w Niemczech, czy Beneluxie. To też pomogło.

Wiele osób narzeka na realia polskiej sceny muzycznej, na przykład ponoć w Stanach Zjednoczony mały zespolik bez problemu może utrzymać się z trasy. U nas wygląda to trochę inaczej. Często nawet kluby/bary nie chcą organizować koncertów młodych kapel, gdyż jest to dla nich nieopłacalne. Jak w takim wypadku te zespoły mają się rozwijać, zdobywać publiczność? Uważasz, że ta sytuacja się poprawia, czy wciąż wszystko stoi w miejscu?

A to ciekawe, bo amerykańskie zespoły widzą to zupełnie inaczej. Twierdzą: “Stary, my dopiero w Europie zarabiamy na gigach i merchu”. Jest jakaś palma z tym “ale chuje, chcą kasę za scenę”. Kurde, powiem Ci tak: Dźwiękowiec w klubie bierze 300-400 zł, Świetlik 200, stagehandów dwóch też pewnie po 200, kasjer, barman/barmani, ochrona…Czyli otwarcie klubu kosztuje właściciela 1500 zł, a zespół przyciągnie 20 osób. To gdzie tu interes? Nie ma prawie w tej chwili klubów, gdzie ludzie tak czy siak przychodzą, a koncerty dzieją się przy okazji, a jeśli są to nie da się w nich grać. Wyjątki szlachetne tylko potwierdzają regułę. To nie Devonshire Arms w Camden, gdzie co wieczór jest 100-150 osób na piwku i to same metaluchy.

Zresztą widzę taką ultra-roszczeniową postawę ostatnio. Wszędzie DEJ. Zagraj, dołóż, zrób coś zajebistego, to się kasa znajdzie i nie będziesz mieć problemów ze sztukami. Czemu taki ROSK, Dopelord, Weedpecker, Major Kong, czy Sunnata nie mają kłopoty z gigami? Bo zasuwali i zasuwają jak małe samochodziki. Grają super, ludzie ich lubią, merch schodzi i zejdzie 100 browarów na barze. To takim można sztuki kleić. A zespoły na początku drogi muszą niestety swoje frajerskie odbębnić. Tides From Nebula tak robiło, my tak robiliśmy, Behemoth tak robił. Nikt nam nic nie dał za friko!

A więc z Obscure Sphinx także musieliście przechodzić przez to wszystko…

Tak jak Ci mówiłem wcześniej – graliśmy trasy zupełnie za free. Pierwsza z Tides From Nebula, druga z Blindead. Od Behemotha dostaliśmy tylko scenę. Żarcie, noclegi, wynajem busa – wszystko poszło z naszej kieszeni. Ale mieliśmy dwie dobrze przyjęte płyty, merch schodził, więc się opłaciło.

Na całe szczęście w Polsce ostatnimi czasy ukazuje się wiele ciekawych albumów, także tych klimatycznie zbliżonych do Waszych. W ubiegłym roku głośno było chociażby o takich kapelach jak Sunnata, Moanaa, Tarpan, czy Furia. Któraś z tych formacji na dłużej zagościła w Twoim odtwarzaczu?

No właśnie Tarpana nie obczaiłem, dobrze, że mi o tym przypomniałeś, muszę nadrobić. Sunnata się kręci często, ROSK także, ale najczęściej jednak Mord’A’Stigmata. Ten band to jest jakiś kosmos. Usiadł mi tak bardzo, że nie wiem, czy nie jestem wręcz zaślepiony jak fanka Gunsów w latach 90-tych (śmiech). 

A z zagranicznych brzmień…?

Bölzer genialną rzecz wypuścił, Oranssi Pazuzu również. Nadal nie mogę się oderwać od “Mariner” Cult Of Luna. Och, i “Rheia” Oathbreaker jeszcze… “Arktis” Ihsahn… Kurde, mogę wymieniać i wymieniać…

Obscure Sphinx bywa często porównywane do Neurosis. Śledzisz działalność Scotta Kelliego poza macierzystym zespołem? Ostatnio grał nawet koncert w warszawskiej Beerokracji ze swoim projektem Mirrors For Psychic Warfare.

Trochę śledzę, trochę nie. Shrinebuilder dość długo mi się kręcił. Na Mirrors byłem, ale ponieważ miałem akurat pracę, to nie udało mi się samego headlinera zobaczyć. Na szczęście mam podpisane płyty Neurosis, więc wieczór nie był na straty. Poza tym jednak wolę solowe rzeczy Von Tilla.

Na sam koniec zapytam o Metalmanię, podczas której wystąpisz z Obscure Sphinx. Tegoroczny skład festiwalu wygląda naprawdę interesująco! Z perspektywy fana, na który występ czekasz najbardziej?

Paradoksalnie na dużej scenie nie ma dla mnie chyba nic, może Furia. Za to pod małą sceną to chyba namiot rozbiję, bo oprócz zespołu na C to siedzi mi tam absolutnie wszystko.

To już 3 wywiad z Obscure Sphinx na łamach DeathMagnetic.pl – czy możemy się już nazywać przyjaciółmi?

No chyba!

Dzięki za rozmowę i życzę powodzenia w przyszłości! Jakieś ostatnie słowo dla naszych czytelników?

Nie bójcie się bezsennych nocy, słuchajcie muzyki!

obscure_sphinx

Rozmawiał: Jakub Czpioła
Zdjęcie kapeli: Oskar Szramka

Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.