Obscure Sphinx: „Chcemy zrobić płytę, która zniszczy nas i wszystkich naokoło”

0

Obscure Sphinx mają na koncie 2 albumy, setki koncertów i tysiące fanów oddanych ich muzyce. Założę się, że zdecydowana większość osób która miała okazję na żywo ich zobaczyć i usłyszeć, przeżyła w trakcie ich koncertu doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym. Ich rytuały które odgrywają się na deskach klubów to podróż przez różne wymiary emocji. Jednak jak miałem okazję przekonać się na własnej skórze, członkowie Obscure Sphinx to wyluzowani i sympatyczni ludzie. Aleksander ‚Olo’ Łukomski i Tomasz ‚Yony’ Jońca uchylą wam nieco kulis zespołu i odkryją co dzieje się z nimi podczas koncertów.

DeathMagnetic.pl: Wróciliście właśnie ze sporej trasy po Bałkanach. Jak samopoczucie, nastroje?

Olo: Mi akurat nerka padła, więc teraz się nie czuję za dobrze akurat. Plus pamiętam, że od razu jak wróciłem z Bałkanów to też się rozchorowałem. Daliśmy sobie w kość. Te trasy są dosyć męczące. Nawet jak teraz gramy w weekendy, to robimy te po kilkaset kilometrów między miastami. Przyjeżdżamy, rozładowujemy sprzęt, chodzimy spać dosyć późno, jakieś picie do tego dochodzi. Tu w Polsce jest więcej znajomych, więc w każdym mieście znajdzie się jakiś znajomy który chce się z nami narąbać. Więc wracamy potem do Warszawy i jesteśmy całkiem nieźle styrani. Ale humory dopisują. Zwłaszcza tutaj w Polsce, gdzie mamy swoją publikę i pracujemy od kilku lat na pozycję. To się zaczyna sprawdzać. Jest coraz więcej ludzi, gramy po wielkich klubach. Wszystko się zgadza. Mamy dźwiękowca, świetlika, a przyjeżdżamy ze sporym show, więc humory dopisują.

Jesteście z tego znani, że oba swoje albumy wydaliście własnym sumptem. Czy dobijają się do was wielkie wytwórnie? Widzą w tym potencjał i kasę?

Yony: Nie. Jeśli mówimy o rodzimych wytwórniach, to nawet dostałem taki sygnał, że nie są nami zainteresowani. Nam to nie przeszkadza specjalnie. W dzisiejszym modelu biznesowym ,w tym jak wytwórnie działają i wspierają zespoły niewiele możemy zyskać mając lokalnego wydawcę. Moglibyśmy coś zyskać, jakby wytwórnia tu z nami coś podpisała, a miała jakiś deal z kimś innym o dystrybucję, wsparcie itd.  Wtedy to mogłoby działać. Z wytwórni zagranicznych, to jakieś labele się odzywają. Kultowe to za duże słowo, ale niszowe, choć znane. W swoich kategoriach są to uznani wydawcy. Myślę jednak, że w dalszym ciągu będziemy preferować wydawanie się samemu. Skupimy się na poszukiwaniu agencji bookingowej.

Gdybyście mieli taką okazję, to czy zmienilibyście coś w swojej dotychczasowej karierze? Czegoś żałujecie, coś zrobilibyście inaczej?

Y: Chyba nie. Jeśli nagrywasz płytę, to musisz sobie wyznaczyć moment, że teraz kończysz, bo można ją robić bez końca. Niektóre zespoły siedzą w studio po 3/4 lata. Materiał sensu stricte mieli już nagrany dawno temu, ale coś tam dokręcali, dopieszczali brzmienia. Trzeba umieć powiedzieć „koniec”. Co zostało zrobione, to zostało zrobione.

O: Zawsze są pewnie jakieś drobnostki, które chciałbyś poprawić. Ogólnie chyba i tak nam całkiem nieźle idzie i mimo trudów to fajnie się to wszystko przeżywa, a każdy kolejny krok dalej jest bardzo mocno zasłużony.

Przejdźmy do waszego ostatniego albumu – „Void Mother”. Bardzo ciekawa okładka. To nie ilustracja, tylko lalka. Skąd na to pomysł? Jaka za tym stoi historia?

O: Pomysł trochę przypadkiem wpadł. W trakcie tworzenia muzyki zawsze szukamy inspiracji wizualnych. I gdzieś nam wpadła  artystka, która robi lalki. I ona zrobiła lalkę bardzo podobną do tej która jest na okładce, z ćmą na twarzy. Stwierdziliśmy, że zajebiście to wygląda, zwłaszcza że ćma towarzyszy nam od początku z racji nazwy. Pomyśleliśmy, że to może być ciekawy kierunek.  Odezwałem się w końcu do tej pani z pytaniem, czy nie moglibyśmy wykorzystać wizerunek tamtej lalki. Stwierdziła, że ta symbolizuje coś innego, jak ją robiła towarzyszyły jej inne emocje, musi się zastanowić i posłuchać naszej muzyki. Początkowo trochę się zastanawiała, bo nie była z klimatu rockowo/metalowego. Wysłaliśmy jej nasze rzeczy, posłuchała i stwierdziła że to fajna koncepcja. Postanowiła, że zrobi lalkę specjalnie dla nas. Tworzyła ją słuchając rzeczy które napisaliśmy, więc te emocje z muzyki są tam zamknięte. Potem też fajnie wpisała się w całą filozofię albumu.

Z tego co mi wiadomo, wasz pierwszy album nie jest concept albumem. Zastanawia mnie jednak, czy drugi nie jest. Słucha się go jak dobrze opowiedzianą historię.

Y: Musiałbyś spytać Zosi jak to w warstwie tekstowej według niej wygląda. Przekładamy różne emocje na słowa. Tak samo trzeba pytać tego kto słucha. Jeden rzeczywiście słyszy w tym jakąś koncepcję, a inny po prostu rozbija to na poszczególne utwory i nie interesuje go co tam jest śpiewane. A muzycznie tak naprawdę jedną całością są 3 ostatnie numery na płycie:  ‘Decimation’ , ‘Void’ i ‘Presence of Goddess’. To jest jeden utwór cały czas. Przynajmniej taki był pomysł. Reszta jest spójna, bo tworząc mieliśmy swój wspólny nastrój. Stąd to wrażenie spójności może być. Ale żeby to był zamierzony concept album, to nie.

O: Tekstowo na pewno. Nie chcemy tu zdradzać zbyt wiele. Jakby ktoś usiadł sobie nad książeczką i poczytał, to mniej więcej zrozumie o co chodzi. Więc tekstowo zdecydowanie, a muzycznie pewnie trochę mniej. Nie jest to klasyczny concept album. Nie ma suity która opowiada o wszystkich następnych kawałkach, a dalej już tylko przewijają się motywy. Nie jest tak z założenia, ale coś pewnie w tym jest. Trochę jak w naszych koncertach. Właściwie jest to opowieść, teatr, show, przedstawienie. Nagrywając utwory nie myślimy potem który umieścić na początku, a który nie. Jest to zbitek naszych emocji, więc jest to concept mniej lub bardziej.

Swoje koncerty nazywacie rytuałami. Oczywiste jest, że wiąże się to z samą oprawą, ale czy odnosi się to też do was? Jest to dla was rodzaj mistycznego odnowienia, modlitwy?

Y: Zaczynamy koncert i go kończymy. To co się dzieje w trakcie nie do końca kontrolujemy. Czujemy i gramy. W tym kontekście można mówić o katharsis. Jest to duży wysiłek fizyczny i emocjonalny.

O: To nie jest odgrywanie piosenek. Tworzymy jakąś całość i odgrywamy ją. Nawet jak gramy jakiś utwór po raz 50, to zawsze płynę w to. Emocje które zaklęliśmy w tych utworach, cały czas wypływają. Są takie momenty podczas koncertów gdy czuję się happy, czuję się smutno, chcę komuś pierdolnąć, albo się popłakać. I za każdym razem ten sam film mi się wyświetla. Nie czuję nudy grając to po raz pięćdziesiąty. Dlatego cieszę się, że dane mi jest grać taką muzykę, a nie tylko odgrywać kawałek po kawałku z różnych płyt.

Na pewno nie ma żadnych utworów których nie chcecie już grać, które was męczą?

Y: Ten nasz sakramentalny ‘Nastiez’ gramy zawsze i wszędzie. Na tę trasę myślałem, żeby coś nowego zagrać. Zakrzyczeli mnie, że niegotowe. Rzeczywiście niektóre rzeczy które są w secie może ja osobiście bym wymienił na inne. Ale set jest spójny, co widać na koncertach. Ludzie się cieszą, że słuchają tego czego słuchają. I w tym sensie nie można mówić o jakimś znużeniu.

Wspomniałeś o nowych utworach, więc muszę zadać te pytanie. Kiedy możemy się spodziewać nowego albumu?

O: Jak przyjdzie na to czas albo trochę później (śmiech).

Y: Prace się zaczęły. Nowe rzeczy mamy już w mniejszym lub większym stopniu zaawansowania, ale nie jestem ci w stanie powiedzieć, czy nagramy 30. minutową EP-kę, czy 90. minutowy podwójny album, bo to się jeszcze wyklaruje. Z tego o czym gadamy, z emocji które się nawarstwiają i z potrzeby serca.

To na pewno plusy tego, że nie jesteście związani z żadną wytwórnią.

O: Nikt nas nie goni, nie jesteśmy związani z żadną wytwórnią. Aczkolwiek teraz coraz bardziej zaczynamy dostrzegać jaki czas jest najodpowiedniejszy do koncertowania w Polsce, jaki w Europie, bo wtedy są ludzie, jest zainteresowanie. Może takie rzeczy będą wywierać na nas presję. Żeby napisać nowy materiał i jechać go promować. Ale faktycznie nikt inny nad nami nie stoi. Chcemy zrobić zajebistą płytę, która zniszczy nas i wszystkich naokoło.

Spotkałem się z określeniem, że wasza muzyka ma „prowadzić słuchacza na skraj szaleństwa, opowiedzieć mu o tym i bezpiecznie sprowadzić do domu”. Dodalibyście coś do tego barwnego opisu?

Y: Chcemy przekazać emocje i nimi zarazić słuchacza. Ponieważ koncepcja muzyki jest mroczna i smutna, a do tego nazywamy koncerty rytuałami, to jest właśnie takie kolorowe i przejaskrawione określenie na to co my chcemy uzyskać na scenie.

O: W praktyce to wygląda tak, że przychodzi do nas gość 2 metry i 120 kilo, który mówi że przyjechał specjalnie na twój koncert z Londynu i się popłakał. Może sprowadzam to na ziemię, ale są takie sytuacje, że ludzie faktycznie nam mówią potem po koncercie: „o kurwa, zgubiłem się”, albo „mam doła”, albo „popłakałem się”, czy „oczyściłem się”. Bardzo silne emocje temu towarzyszą.

Czy wy też przeżywacie takiego rodzaju emocje w trakcie nagrywania i koncertów?

O: My z Yonym nigdy nie płaczemy.

Y: Zwłaszcza ja.

O: Yony nie płakał nawet przy narodzinach (śmiech)

Czy w waszym przypadku wokal jest również pełnoprawnym instrumentem?

Y: Taka była koncepcja i założenie. Tak jest też w całym post-metalu, czy post-hardcorze, że ten wokal nie jest mocno z przodu. To nie jest pop music, które się skupia na ładnych melodyjkach wokalnych. Ma być, nazwę to brzydko, ale chamski wpierdol, który ma się odbyć za pomocą całości. Czyli głośnych gitar, rytualnych wręcz bębnów i wokalu który jest trywialnie mówiąc kolejnym instrumentem. Najpierw instrumentem, a dopiero później narzędziem słowa.

O: Mamy także sporo narzędzi ekspresji. Mamy to szczęście, że Zosia jest wokalistką która potrafi śpiewać czysto, wysoko, głośno, cicho, szeptać, drzeć mordę. My mamy gitary ośmiostrunowe. Gramy nisko, wysoko, melodie, riffy. Możliwości ekspresji są różne. Zosia wpisuje się w ten kolejny instrument z wieloma możliwościami.

Obscure Sphinxfoto: svartheim.org

Czy na następnym albumie pojawią się jacyś goście? Kogo chcielibyście na nim usłyszeć?

Y: Jeśli taka potrzeba zaistnieje, to tak będzie. Na tę chwilę to trudno jest mi to powiedzieć.

A może ktoś z osób jakimi się inspirujecie?

Y: Scott Kelly! Niech David Gilmour zagra solówkę. Nie na Stracie, ale na Les Paulu. Na nim była zagrana TA solówka. Chciałoby się, żeby takie rzeczy się wydarzyły. Są ludzie wywierają na Ciebie wpływ. I to niebagatelny.

O: Ja zostanę przy Stevie Von Tillu i Gilmourze.

Wróciliście z Bałkanów. Jak reakcje publiczności. Inne niż w Polsce?

Y: Diametralnie różnie. Różnie przede wszystkim ze względu na porę. Koncerty tam się odbywają o 1 w nocy, co dla nas było zabójcze. Nie ogarnialiśmy tego zupełnie. Sama reakcja na koncert jest podobna. Może z wyjątkiem Słowenii, gdzie publiczność która przyszła na koncert w sporej ilości, jednak wybrała browary.

O: Zaliczyliśmy wiele krajów, więc różnie to bywało. Są różne typy reakcji. Bywa i tak, że jest totalna cisza. Wpadają jakby oglądali film, albo przedstawienie. Czekasz na ostatni moment i reakcję. Czy będą niemrawe oklaski, czy ryk. Zwykle jest jednak to drugie. Są miejsca w których ludzie są bardziej żywiołowi i w których mniej.

Y: Na poprzedniej trasie takim zaskoczeniem był Berlin gdzie graliśmy w niewielkim klubie, ale przyszło tyle ludzi, że część nie weszła w ogóle. Słuchali z ulicy, bujali się, a na dodatek sprzedaliśmy prawie cały merch jaki mieliśmy. To o czymś świadczy. Zwłaszcza Niemcy, którzy zareagowali żywiołowiej niż mają to w zwyczaju. To jest nobilitujące.

Oprócz Niemiec, w jakich krajach najlepiej wam się występuje?

O: W krajach wokół Polski byliśmy częściej. Tam gramy już prawie takie gigi jak tutaj. Czechy na przykład, Słowacja, Niemcy.

Y: Holendrzy całkiem nieźle bawili się na naszym koncercie. W tym takim pozytywnym sensie.

Jak to się stało, że zawędrowaliście na Bałkany? Nie dla wszystkich polskich zespołów jest to osiągalne.

Y: To jest osiągalne, tylko to jest również dużo pracy. Siadasz po prostu na mailu i robisz to.

O:  W trakcie tej trasy spiknęliśmy się z Thy Disease. Także w tym przypadku to była organizacja zewnętrzna. Tymczasem wszystkie inne trasy które mieliśmy po Europie robiliśmy sami. Mówiąc kolokwialnie napieprzaliśmy do wszystkich możliwych drzwi i organizatorów, mówiąc: „hej weźcie nas”. Godziliśmy się czasami na tragiczne warunki. Ale zaciskaliśmy zęby, jeździliśmy i robiliśmy swoje. Bardzo często się nie udawało w ogóle. Były takie przypadki, gdy chcieliśmy gdzieś zagrać koncert, a spotykaliśmy się z reakcją „fajnie gracie, ale wynajęcie klubu to 500 Euro”. Odpowiadaliśmy „to zapłacimy wam te 500 Euro”. Mówili nam „nie, nie, jednak nie”. Więc były taka sytuacje gdzie mieliśmy doła i myśleliśmy, że się nie da. Parę rzeczy się jednak trafiło i brnęliśmy w to. I teraz coraz więcej bookerów zauważa, że jednak opłaca się nas ściągnąć. Zespół jest coraz bardziej znany i opłaca się nas ściągnąć za granicę.
Y: Od jednego klubu dostaliśmy odpowiedź: „słyszeliśmy waszą muzykę. Nie odzywajcie się do nas już więcej. Nigdy.” I to niemiecki klub był.

A gdzie wam się jeszcze marzy zagrać? Co jest waszym celem na tę chwilę.

Y: Bardzo bym chciał zagrać w SO36. To jest niemiecki klub. Może korzeniami siedzi w hardcorze, ale jest bardzo fajny. Byłem tam ze 2 razy i bardzo mi się podobało. I bardzo bym chciał zagrać w Japonii.

O: Mam nadzieję, że z czasem czeka nas Skandynawia. Problem jest tego rodzaju, że to kierunek dosyć drogi, żeby się tam dostać i utrzymać. Pewnie fanbase jest spory. Jest ogólnie trochę fanów metalu wszelakiego. Więc pewnie Szwecja, Norwegia, Finlandia jeszcze są do zrobienia. Mieliśmy ostatnio wstępne propozycje z Danii, więc pewnie jeszcze tam się pojawimy. Mamy zrobiony wschód, nieco zachód, jeszcze południe musimy poodwiedzać. I do tego północ. Ze Stanów też nam proponowali trasę. Tylko jest też ten problem, że trzeba tam dolecieć i przewieźć sprzęt którego mamy trochę, a do tego kombinować jak go ściągnąć i przetransportować na miejscu. Jeśli się znajdą ludzie, którzy będą chcieli nas tam posłuchać, a kasa przestanie być barierą, to w końcu i tam trafimy. Nie będziemy oczywiście grać w House Of Blues w każdym mieście.

Y: Świat się zmniejszył za pomocą Internetu i to bardzo. To trzeba przyznać.

Co wam zapadło najbardziej w pamięć, nie tylko z tej ostatniej trasy, ale w ogóle do tej pory?

O: Naprawialiśmy hamulce w Bułgarii i przejeżdżaliśmy przez góry w Rumunii praktycznie bez nich. Jakoś udało nam się przeżyć i nie spaść w przepaść. Jak się okazało, Bułgaria ma warsztat na warsztacie, więc było to dosyć  proste. Yony się dogadywał tam po rosyjsku, gdzie indziej dogadywaliśmy się po polsku, angielsku, albo niemiecku. Z ciekawostek, będąc w Bułgarii przejeżdżaliśmy koło najgorszego miejsca jakie widzieliśmy w życiu. Było to skrzyżowanie faweli z wysypiskiem śmieci na którym mieszkali Cyganie. Setki, jeśli nie tysiące. Mieli zrobione domy praktycznie ze wszystkiego co było pod ręką i co mogli znaleźć. Wyglądało to jak wielkie wysypisko śmieci.

Y: Ze sterczącymi antenami satelitarnymi. To było charakterystyczne dla tego wysypiska.

O: Zaraz za tym w prawo był nasz klub. A że był w okolicach bazarku na który wjechaliśmy, to stwierdziliśmy, że to nie może być to miejsce i zaczęliśmy szukać kogokolwiek kto by nam to miejsce wskazał i otworzył. A potem się okazało, że to jednak jest klub i to dość elegancki, ze starymi motocyklami w środku. Było kilka takich miejsc gdzie byliśmy daleko od domu i nie wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy. Jednak okazywało się zawsze, że wszystko jest ok w jakimś sensie. Jest jeszcze kilka takich rzeczy, których w tej chwili nie pamiętam.

Y: Albo których nie możemy powiedzieć (śmiech).

Obscure Sphinx official photo

Wiele osób ma problemy z określeniem waszej muzyki. Mówią o post-metalu, sludge’u, doomie. Jak wy sami nazywacie swoje kompozycje?

Y: Sludge na pewno nie. Doom może trochę. Adam Waleszyński z Tides From Nebula wymyślił kiedyś określenie, które bardzo mi się spodobało, czyli doom-djent. Jedno i drugie jak najbardziej lubię, jednak jestem przywiązany do łatki post-metalowej. Może z racji preferencji muzycznych. Bardzo chętnie bym się widział na scenie koło Isis, Cult of Luna, Amenra itd.

O: Mi to sprawia duży problem. Zdaję sobie sprawę, że są to łatki i one pewnie są w miarę adekwatne. Każdy nas słucha różnych rzeczy od post-metalowych…

Y: …black metal, klasyczną muzę wręcz.

O: I to wszystko się tam spotyka. Nie zaczniemy grać blastów 260 i growlu, bo jest to bardzo na obrzeżach tego co moglibyśmy robić i co gramy. Chociaż cholera wie. Bardziej czujemy co się mieści w Obscure Sphinx i niespecjalnie musimy o tym gadać i ustawiać sobie bariery w stylu „tu musimy zadjentowac dwa razy, tu zablackmetalować , a to jest za mało post-metalowe, zróbmy coś z tym bo się od nas fani odwrócą”. Nie podchodzimy od strony słownej do tych metek. Bardziej od strony emocjonalnej.

Jeśli chodzi djent, to ja szczerze powiedziawszy nie słyszę go aż tak wyraźne. Ale może to dlatego, że nie jestem największym fanem tego gatunku. Wiem jednak, że urosło sporo kontrowersji wokół djentu. Macie jednak jakieś zespoły djentowe które polecacie i lubicie słuchać?

Y: Bardzo lubię Vildhjarta. Chociaż to może być trochę trudny zespół w odbiorze, bo u nich riffy chyba nigdy się nie powtarzają. Lubię TesseracT, ale bez wokali. Wypuścili wersję płyty która jest w całości instrumentalna i ona mi bardzo pasuje. Ojcowie djentu, czyli Meshuggah, to jest dla mnie na pewno pierwsza piątka zespołów.

O: Specjalnie djentowy nie jestem. Nasze riffy które ktoś może podciągać pod djent, to proste zero-jedynkowe riffy. Może przez to że są niskie ktoś je podciągnął pod djent. Ale nie są też jakoś mega połamane. Meshuggah może jest najbliżej tego, bo oni łamią, ale nie dla zasady, tylko dla melodii. A zespoły djentowe nowoczesne które łamią żeby połamać i robią breakdowny, żeby robić coś na pustych strunach, co równie dobrze może ci komputer podpowiedzieć, to już mniej mnie jara. Kto w ogóle wymyślił program do robienia djentów? Jest tak, że masz próbki w stylu, pusta, pusta tłumiona, pusta nietłumiona i komputer sam ci wali algorytm. To już jest koniec.

Co chcielibyście powiedzieć swoim fanom którzy będą was czytać?

O: Chcielibyśmy podziękować, że jest ich tak dużo na tej trasie, że wspierają polską scenę muzyczną, że wspierają nas. Z naszych wywiadów mam nadzieję wychodzi, że to nie jest mega prosta sprawa. Zwłaszcza z takim rodzajem muzyki. I w Polsce i na świecie. Coraz trudniej się wykonuje taką sztukę. Nie żyjemy z tego, choć byśmy chcieli. Im więcej ludzi się tym jara, przychodzi na koncerty, tym nam jest przyjemniej i mamy wrażenie, że powoli spełniamy swoje marzenie, jakie mamy od dziecka, żeby kiedyś rzeczywiście się tym zajmować. Wszyscy którym chce się ruszyć dupę, zapłacić te 30 złotych za bilet, posłuchać nas, przeżyć coś, bardzo dziękujemy że są. I mamy nadzieję, że dalej zostaną, a my mamy nadzieję dostarczać im dalej coś co będzie ich trzymało w takim hypie.

W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować wam za wywiad i życzyć powodzenia.

O: Jeszcze jedno. Prosimy o więcej dziewczyn w pierwszych rzędach i więcej staników na scenie, bo mało ich leci ostatnio. Za rok się rozliczymy (śmiech).

obscure sphinx koncert

 

foto: Oskar Szramka Photography

Udostępnij to

O autorze

Michał Smoll

"Knight Rider" to był dopiero serial.