„Winds of Creation”, czyli fenomen Vogga i spółki oczyma ludzi związanych ze sceną metalową

2

Każdy, odkrywający album za albumem pasjonat muzyki robi to w jednym celu – znalezienia kolejnej perełki – krążka, który porusza, którego chce się słuchać, który na stojaku z płytami zajmie swoje zaszczytne miejsce. Płyt słuchamy, bo pasują nam gatunkowo, bo ktoś nam je polecił, bo chcemy spróbować czegoś innego, zagłębić się w dany odłam nieznanej nam do tej pory muzyki. Każdy jednak ma w swojej bibliotece zespoły, których płyt słucha zawsze, jest na bieżąco odnośnie singli, wywiadów i dat premier nowych albumów.

Gdy dwa miesiące temu gruchnął singiel ‚Never’ autorstwa Decapitated, ciężko było obok niego przejść obojętnie. Opublikowany później ‚Earth Scar’ obił nam wszystkim gęby z drugiej strony i pozostawił oszołomionych, oczekujących na nowy krążek autorstwa Vogga i spółki. Co jednak spowodowało, że słyszeliśmy już wcześniej o Decapitated? Dlaczego jest to jedna z naszych metalowych wizytówek za granicą? W jakich okolicznościach poznaliśmy twórczość obecnie jednego z najbardziej znanych polskich zespołów? Opowiedzą Wam o tym znani polscy muzycy, dziennikarze oraz organizatorzy koncertów. Każdemu z nich zdaliśmy dwa pytania: 1) W jakich okolicznościach poznałeś muzykę Decapitated? 2) Jak myślisz, co przesądza o ich wyjątkowości?

Mariusz „Demon” Dzwonek (Frontside):

Prawdopodobnie przeczytałem o nich na łamach Thrash’em All. W tamtych czasach był to mój ulubiony magazyn muzyczny. Potem jak przypuszczam nabyłem ich debiut „Winds Of Creation” ze stajni Earache. Śledziłem co robią i śledzę do dziś. To był bardzo młody zespół z kontraktem w liczącej się wtedy wytwórni. Earache położyła solidny fundament pod całą scenę death metalu, a Decapitated ma tam swoją cegiełkę. Rozwijają się z płyty na płytę. Prywatnie poznaliśmy się z nimi na pierwszej edycji Blitzkrieg, gdzie graliśmy wraz z Vaderem i Vesanią. Lubimy się do dziś i kilkanaście razy graliśmy razem. 

Zespół został przez życie niesamowicie doświadczony i trzeba olbrzymiej siły i samozaparcia, a także odwagi by kontynuować karierę i to z powodzeniem po takich kolejach losu jakie spotkały Wacka. Ma ziom charakter – i być może to świadczy o wyjątkowości. Muzycznie ostatnio idą bardziej w moją stronę niż ich… więc raczej jestem zadowolony z nowych krążków bardziej niż z wcześniejszych. Zawsze mówiłem Wackowi, że w prostocie siła. To nie tak, że tu się wymądrzam, mnie też to kiedyś ktoś powiedział… ale jak w przypadku Wacka ta przemiana wymaga czasu. Kibicuję!

Zofia „Wielebna” Fraś (Obscure Sphinx):

Decapitated poznałam przy okazji debiutu. Nie wiem czy jest to powodem do dumy czy nie, ale dostałam porządnego strzała w twarz odsłuchując płytę CD dołączoną do Metal Hammera. Takie to były czasy bez Spotify i Youtube.

Zawsze ceniłam ich za nienachalną melodyjność w otulinie brutalnych, ciętych tasakiem riffów. Cenię sobie bardzo zespoły, których utwory siedzą mi w głowie jako melodie. Siedzą tam i dręczą, żeby ich słuchać, bo inaczej odtwarzają się nieudolnie w wyobraźni. Dlatego właśnie Decapitated jest dla mnie wyjątkowe!

Tomasz „Hal” Halicki (Vader):

Z twórczością Decapitated zetknąłem się w czasach ich debiutu, dzięki magazynowi Thrash’em All. Osobiście się poznaliśmy w 2004 roku, kiedy to spędziliśmy ze sobą kilkanaście dni podczas wspólnej trasy po Polsce. Zakumplowaliśmy się wtedy, chwilę później (2005 rok) odwiedziłem ich w studiu Hertz, kiedy nagrywali „Organic Hallucinosis”. I to był ostatni raz kiedy dane mi było porozmawiać z Witkiem (RIP)… Niewątpliwie na samym początku ich muzyka była pod wpływem dokonań Vader, jednak z czasem ewoluowała. A o ich wyjątkowości przesądza niesamowity talent i wyobraźnia muzyczna Wacka „Vogga” Kiełtyki! Całkiem niedawno znów się spotkaliśmy na wspólnej trasie (tym razem po Europie), i była to za***ista trasa pełna niezapomnianych chwil, a Decapitated z pewnością są w doskonałej formie! \m/

Jacek Hiro (ex-Decapitated, Sceptic):

Poznaliśmy się przy okazji współpracy z Massive Music. Zaczynaliśmy właściwie w tym samym czasie, nawet nasze sesje nagraniowe miały miejsce w tym samym czasie, my kończyliśmy, oni zaczynali albo odwrotnie. O ich wyjątkowości przesądza kilka rzeczy – umieją grać, chcą grać, chcą grać coraz lepiej, żyją graniem, nagrywają porządne płyty. Wacek zna się na swojej robocie i ma w zespole ludzi, którzy też zjedli na tym zęby.

Wojciech Hoffman (Turbo):

Zespół Decapitated pierwszy raz usłyszałem na koncercie w Krakowie parę lat temu podczas jakichś warsztatów gitarowych. Znałem tą kapelę z opowieści o ich zagranicznych sukcesach i o tragedii, która się wydarzyła w trasie koncertowej. Ale wiedząc jaką muzę graja nie pokusiłem się o posłuchanie chociaż jednej płyty. Dopiero po krakowskim koncercie zostałem wręcz „zmuszony” przez zespół do zapoznania się z ich twórczością. Pisząc „zmuszony” mam na myśli wrażenia po koncercie, który mnie dosłownie wbił w ziemię. Rewelacja! Zaraz po ich występie wpadłem do garderoby i powiedziałem te słowa, że nie jestem wielbicielem takiej muzyki, ale od dzisiaj jestem ich fanem. I nie ma to większego znaczenia czy zespół lub muzyka wykonywana przez niego jest do czegoś podobna. Dla mnie Decapitated to taki Dream Theater death metalu. Znakomite, bardzo progresywne riffy, rewelacyjny Rafał wokalista i gitarzysta Vogg. Absolutna klasa światowa. Zresztą wszyscy są doskonali, a na dodatek super mili i skromni. Oglądałem ich koncert na Hellfeście i tak samo wbili mnie w fotel. Moim zdaniem przykryli swoim występem wszystkie kapele na tym festiwalu. Jeszcze Behemoth dokonał tego samego. Nowa płyta Decapów jest rewelacyjna. Mam nadzieję, że Rafał zaśpiewa jeszcze na jakiejś mojej płycie. Życzę im totalnego sukcesu i wierzę w to mocno. Chłopaki…powodzenia! A tak na marginesie pisząc te słowa rozkoszuję się ich muzyką.

Mikołaj „Jaok” Janusz (dziennikarz Superstacja, pyta.pl, ex- Antyradio, ex-Rock Radio):

Kiedy po raz pierwszy odpaliłem w swoim dwukasetowym magnetofonie „Winds of Creation” grupy Decapitated byłem pod ogromnym wrażeniem. Było to niedługo po tym, gdy ukazało się wydawnictwo „Litany” Vadera. Tekst kultowej „litanii” wydrukowany w formacie A2 przyozdabiał drzwi mojego pokoju i zespół Vader, mogło się wydawać, był w szczytowym momencie swoich sił twórczych. Nieoficjalnie docierały do nas, fanatyków polskiej sceny metalowej, coraz bardziej niepokojące wieści z obozu Vadera. Póki co nastroje polskich fanów były jednak euforyczne, ponieważ zaczęło wyglądać na to, że Vader nie jest osamotniony w graniu death metalu na światowym poziomie, a ciężkie, niezwykle techniczne brzmienie Decapitated, wpisujące się w panujące na świecie trendy pokazało wszystkim, że najlepszy ekstremalny metalowy zespół świata, a już na pewno najlepszy ekstremalny perkusista wciąż posiadać będzie „metkę” made in Poland. Decapitated rozwijało się i szybko pokochał ich cały świat metalu. Pamiętam jak z dumą słuchając ich muzyki czytałem entuzjastyczne recenzje ich płyt na anglojęzycznych serwisach. Vader w składzie z Docentem również wydawał się zaprzeczać plotkom o tym, że w zespole źle się dzieje, racząc nas dwa lata po „litanii” poruszającym temat zamachów terrorystycznych w USA albumem „Revelations”. Potem Vader zaczął przyjeżdżać do Warszawy bez Docenta, a w roku 2005 ten genialny perkusista zmarł przegrawszy walkę z nałogiem.

Wtedy opinia „najlepszym na świecie metalowym perkusistą jest Vitek Kiełtyka z Decapitated” stała się powszechna. Mało tego, na wokalu pojawił się doskonały Covan i po wydaniu albumu „Organic Hallucinosis” zespół zaczął intensywnie koncertować, dzieląc i rządząc, grając i zachwycając swoimi występami w klubach polskich i poza granicami naszego kraju. Wszystko skończyło się w 2007 roku, kiedy dotarły do nas wieści o tragicznym wypadku w jakim uczestniczył zespół podczas trasy po Europie wschodniej. W warszawskiej „Stodole” na koncercie charytatywnym, na którym zbierano pieniądze na pomoc rodzinie zmarłego w wypadku Vitka i rehabilitacje ciężko rannego Covana zebrała się cała metalowa Polska (między innymi podbijający świat Behemoth czy właśnie Vader). Na imprezie panowała atmosfera przyjaźni, ale przede wszystkim smutku. Mieliśmy wrażenie, że kończy się jakaś epoka, a nieoficjalnie mówiło się, że brzmienie Decapitated nie będzie możliwe do powtórzenia, nawet jeśli dojdzie do reaktywacji zespołu. Jak się jednak okazało nie ma rzeczy niemożliwych. Decapitated w nowym składzie, pod banderą kultowego Nuclear Blast Records uraczyło nas prawdziwymi perełkami i zapewniło sobie po raz wtóry silną pozycję w panteonie mistrzów metalu. Decapitated musi grać, nie tylko ze względu na pamięć o tragicznych wydarzeniach i ich ofiarach, tylko przede wszystkim dlatego, że to fenomenalny zespół, a każdy jego nowy album jest wielkim wydarzeniem i ogromną wartością dodaną w świecie ekstremalnych brzmień.

Kerim „KRIMH” Lechner (ex-Decapitated, SepticFlesh):

Poznałem ich w 2007 roku, kiedy przyjaciel pokazał mi „Organic Hallucinosis”. Ten album kompletnie mnie rozwalił. To była ich jedyna płyta jaką posiadałem, wprost kochałem ćwiczyć do tych utworów. To było trudne, ale zabawne wyzwanie. Wtedy właśnie wgłębiłem się w ich twórczość, mimo to właśnie ten krążek zmiażdżył mnie wtedy i robi to do dziś. Moim zdaniem to absolutnie ich najlepsze dokonanie!

Myślę, że wyróżnia ich zdolność do technicznej gry bez jednoczesnego zatracania groove, dlatego są świetnymi muzykami. Wiele technicznych kapel nie ma tej płynności i groove, a myślę, że właśnie to wywiera największa wrażenie na ludziach. Nie ma wielu kapel takich jak Decapitated – takich, w których czterech facetów wychodzi na scenę, gra bez specjalnych efektów, przebrań i po prostu wymiata.

Maciej „Mintaj” Mińczykowski (Left Hand Sounds):

Z muzyką Decapitated nie jest mi po drodze. Po prostu nie moja bajka. Lubię death metal, ale bardziej bandy, które ‚cechuje pewna napinka’. Kontakt z muzyką Decapitated straciłem na etapie ich drugiego demo, co nie znaczy, że nie śledzę ogólnie pojętej kariery. Jak wiadomo dzisiaj muzyka to ułamek sukcesu. W tej branży liczy się także koncept, upór, konsekwencja, rozwaga i poświęcenie. Żadnej z tych cech nie brakuje Voggowi i właśnie dlatego Decap jest tam, gdzie jest. Podziwiam ten hord jako idealnie działający sceniczny organizm (słabe ogniwo to basista, który ma suche żarty). Zasłyszane tu i ówdzie anegdotki, że Wacek chce być śmierćmetalową Panterą, że tresuje bezlitośnie bębniarzy zdają się mieć przełożenie na sukces zespołu, więc mój gust to sprawa drugorzędna. Mane. Tekel. Fares.

Michał Piesiak (Materia):

Twórczość Decap znam od około 2007 roku, ale na żywo miałem okazję zobaczyć band dopiero w związku ze wspólnym koncertem w Tychach. Pamiętam, że występ zrobił na mnie ogromne wrażenie. Od chłopaków bił profesjonalizm, a numery zagrane na żywo były jak czołg, który rozjeżdżał ludzi. Potem zagraliśmy z Decapitated dwie duże trasy po Polsce i za każdym razem show było, jest i pewnie będzie na najwyższym poziomie.

Myślę, że przede wszystkim wyróżnia ich mózg operacji, czyli Wacek. Wszyscy muzycy w zespole są totalnie świetni, ale z tego co wiem to Wacek wymyśla większość muzy. Są wyjątkowi, ponieważ grają zajebistą muzę i zdobywają dzięki temu największe sceny świata. Są zdeterminowani, konsekwentni i perfekcyjni w tym co robią. Zaznaczyć też należy, że mimo wielkiego sukcesu jaki zespół osiągnął przez te lata, chłopaki są dalej skromni, przyjaźni i pomocni. Zdrowie Decap!

Przemysław „Poli” Polański (właściciel klubu RudeBoy, dźwiękowiec m.in. Decapitated):

AD 1. Decapów poznałem przy … wiśniówce ;))) hahaha… nie!, tak serio, to z ich twórczością spotkałem się zaraz jakoś po wydaniu wids… To były starsze czasy, a jakiekolwiek newsy, czy nowe nagrania nie zawsze można było zasięgnąć w prasie, czy w sklepie muzycznym 😉 ,a interet w Polsce dopiero startował, modemy chyba były z predkością 64kB 🙂 , wiec trzeba było się bardzo interesować deth metalem, mieć znajomych, szukać , pytać itp, aby „ciągnąć” informacje i nowości rynkowe. AD 2, Ich wyjątkowość była widoczna od pierwszej płyty – zniszczenie… i to tak spore zniszczenie, że nie sposób to opisać w słowach … taka nowa, szybsza, lepsza DEATHMETALOWA „PANTERA” z brutalnym wokalem. Właśnie to, moim zdaniem, stanowi o wyjątkowosci tego zespołu. Kolejnym bardzo ważnym, stanowiącym o ich wyjątkowości atutem, to wirtuozyjna gra na gitarze Vogga. Jego absolutnie idealne budowanie riffów i aranżacja kawałków przenosi słuchacza w zupełnie inny wymiar muzyczny. Bardzo się cieszę, że kiedyś dane mi było ich poznać, a w późniejszym czasie współpracować z Decapitated, podróżować z nimi i grać koncerty. Cieszę się, że dane mi było tworzyć ten Decapowy team z Wackiem & C.O [pisownia na prośbę autora oryginalna – przyp. red.]

Jarosław Szubrycht (Gazeta Magnetofonowa, Lux Occulta):

Pamiętam, że słuchaliśmy ich pierwszego demo na próbie Lux Occulta. Nie wiem kto to przyniósł, ale Duklę i Krosno dzieli ledwie paręnaście kilometrów, musieliśmy mieć wspólnych znajomych. Słychać było, że choć jeszcze szukają własnego brzmienia, rodzi się naprawdę poważna rzecz, więc na nasz następny koncert w Krośnie – a była to premiera płyty „Dionysos” – zaprosiliśmy Decapitated w roli supportu. Vitek był jeszcze wtedy taki mały, że jak chciał sięgnąć do blach, to musiał wstawać za bębnami, a więc na chwilę wyłączały się stopy. Dość to było zabawne, ale jednocześnie imponujące, że są tacy młodzi i już tak ogarnięci, z takimi umiejętnościami. A już rok później zaprosiliśmy Wacka i Marcina do gry w Lux Occulta…

Vogg – taki gitarzysta i lider zespołu zarazem to rzadkość, nie tylko w polskim metalu. Mało znam muzyków równie sprawnych technicznie i świadomych (w końcu wykształcenie zobowiązuje), a jednocześnie bezpretensjonalnych, podchodzących i do siebie, i w ogóle do świata z takim dystansem i humorem. Ten groove w muzyce Decapitated bierze się nie tylko z inspiracji muzycznych, takich jak Pantera, ale przede wszystkim z tego, że Vogg z groovem porusza się przez życie.

Piotr „Anioł” Wącisz (Corruption, Virgin Snatch):

Z muzyką Decapitated zetknąłem się po raz pierwszy zaraz na początku ich działalności, czyli tak w okolicach ich drugiego demo. Byłem pod wrażeniem technicznego opanowania przez nich instrumentów, pomimo tak młodego wieku. Poznałem się z nimi w Sandomierzu, gdyż w tamtym czasie organizowałem koncerty pod nazwą „Negative Zone” i po prostu zaprosiłem ich do udziału w którejś z kolejnych edycji. Dobrze wspominamy tamten czas. O wyjątkowości ich muzyki stanowiło i stanowi muzyczne przygotowanie i to zarówno teoretyczne jak i praktyczne wszystkich muzyków, którzy byli i są teraz w tym zespole. Od momentu reaktywacji najważniejszym elementem jest osoba Wacka „Vogga” Kiełtyki. Jest mózgiem Decapitated, świetnym gitarzystą, kompozytorem i dyrektorem tej metalowej machiny. Jego riffy są bardzo charakterystyczne i rozpoznawalne, to wyróżnia ten zespół z natłoku istniejącej muzyki.

Piotr „Peter” Wiwczarek (Vader):

Decapitated poznałem jeszcze w czasach. kiedy nazywali się Decapitated Saints (tytuł jednego z utworów Vadera – przyp. red.). Dostałem kasetę demo kiedy nagrywaliśmy chyba w Olszynie „Black to the Blind”. Już w tak wczesnym stadium kapela grała bardzo fajnie, a chłopaki mieli chyba po 15 lat. Kilka lat później miałem okazję pomagać w studio przy powstawaniu debiutanckiego „Winds of Creation”. Kolejna płyta wyniosła Decapitated do grona najciekawszych w stylu na świecie. A był to dopiero drugi album i kapela dopiero szukała swojego brzmienia… Dziś Decapy sami inspirują już kolejna pokolenia swoją genialną muzą, a ostatni „Anticult” poraża energią i wyważeniem między techniką a kompozycją. Świetny album! Według mnie kandydat do płyty roku w metalu na świecie.

Łukasz „Zielony” Zieliński (Virgin Snatch):

Decapitated wrósł w krakowską scenę właściwie bardzo wcześnie i słusznie, ale ja poznałem ich najpierw za sprawą Thrash’em All Mariusza Kmiołka (ówczesnego menagera grupy) i kontraktu z brytyjskim Earache Records, a bliżej poprzez Adriana Kowanka. Z Covanem bowiem poznawaliśmy meandry undergroundu w tym samym czasie, włócząc się po koncertach, knajpach, wymieniając się opiniami na temat nowych odkryć muzycznych i nagrywając kolejne demówki… Wraz z jego dołączeniem do Decapitated, zespół dostał kolejnego kopniaka i z najmłodszego death metalowego zespołu na świecie stał się pełnoprawnym graczem na międzynarodowej scenie!

Decapitated to Bracia Kiełtyka, Decapitated to Wacek! Z cały szacunkiem dla reszty składowej, Vogg to jedyny stały członek zespołu, ale przede wszystkim główny kompozytor. Pal licho jego niebagatelne, nierzadko wirtuozerskie umiejętności, ale na mnie największe wrażenie robi to jak Vogg słyszy, a co za tym idzie jak trzyma rytm! To dlatego riffy z pod jego palców są takie wyjątkowe… Lubię rzecz jasna również wszystkich trzech wokalnych Decapitated i uważam, że każdy z nich (od Saurona przez Covana po Rastę) wniósł do zespołu coś nowego.. Wog(g)óle lubię Was chłopaki, wasze zdrowie!

Korzystając z okazji przypominamy o naszej recenzji najnowszego albumu Decapitated „Anticult”, którego premiera odbyła się niecałe dwa tygodnie temu.  Wydawnictwo cieszy się pozytywnymi reakcjami wśród fanów, jak i dziennikarzy. W Polsce za jego dystrybucję odpowiada niezawodne Mystic Prodution!

Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów – moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.

  • majkel

    I przepytaliście sami ich wszystkich? szacun! Nie ma co, zespól i ich historia jest naprawdę niesamowita (kto nie zna, niech doczyta). Mimo, że sam nie przepadam, życzę wszystkiego najlepszego i samych sukcesów!

    • Joanna Chojnacka

      Sami 🙂 No i to jest spoko postawa, takich ludzi nam potrzeba! 😉