Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść NIEPOKONANYM

0

Nie sądziłem, że kiedykolwiek do tytułu artykułu wykorzystam fragment tekstu z piosenki Perfectu, ale naprawdę ten pasował jak żaden inny. Co prawda, śpiewający ten wers co weekend Grzegorz M. sam nie wziął go sobie do serca, ale to już temat na zupełnie inną rozmowę. Ja się jej nie podejmę, wszak mam zasady by nie bić leżącego. Opowiem Wam natomiast dzisiaj o artystach, którzy wiedzą, że zespół powinien tworzyć krótko i intensywnie. Przy okazji wspomnę też o tych, którzy tej zasady niestety nie wyznają.

Na potrzeby moich rozważań przygotowałem Wam ścieżkę dźwiękową – odpalcie playlistę spotify umieszczoną poniżej. Znajdziecie w niej zespoły, o których dziś opowiem.

Drugim rozwiązaniem są linki do youtube’a, które znajdziecie pomiędzy kolejnymi akapitami. Słuchajcie, czytajcie i komentujcie!

Zanim przejdziemy do oceny twórczości i formy koncertowej konkretnych wykonawców, powinniśmy ustalić zasady gry. Jako miłośnicy muzyki – bo tak nazwać należy zarówno twórców, jak i Czytelników DM.PL – o artystach rozmawiamy z pewnym bagażem emocjonalnym. W ciągu kilku następnych minut przeczytacie o  zespołach, które być może wprowadziły Was w świat rocka i metalu, a może ukształtowały gusta. Wiele z nich widzieliście na pewno na żywo, co obudzi intensywne wspomnienia. Nie da się zatem porozmawiać o tym obiektywnie. W pewnych aspektach staniemy pewnie po dwóch stronach barykady. Mnie to zupełnie nie przeszkadza, więc czekam na liczne komentarze pod artykułem.

Niech połączy nas natomiast misja polegająca na znalezieniu odpowiedzi na kilka pytań. Kto najzwyczajniej w świecie gra dla kasy i tylko odcina kupony od swojej sławy? Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że obecnie dobry zespół to sprawnie zorganizowana firma? W jakich sytuacjach nie dziwi słuchanie metalowych dinozaurów, a w jakich jest zwyczajnie przykre? A na końcu, jaką właściwie alternatywę mamy wobec słuchania powszechnie znanych i uwielbianych kapelach?

O dobrze zorganizowanej firmie można mówić np. w przypadku Rogera Watersa, za którym w ramach The Wall Live (2010–13) podążało kilkanaście tirów ze sprzętem. Równie dobrze ustawili się Maideni, którzy podróżują własnym odrzutowcem – Ed Force One. Dalej możemy wymienić Metallikę, której udało się zagrać na wszystkich kontynentach w ciągu jednego roku kalendarzowego, stworzyć własny festiwal muzyczny oraz wyprodukować film 3D. Za tymi przedsięwzięciami stoi na pewno więcej osób niż czterech dobrze znanych nam muzyków. Nie macie jednak wrażenia, że wszyscy wyżej wymienieni sprzedają ten sam produkt pod inną etykietą? Przy każdym z nich na klawiaturze samoistnie wystukiwałem odmianę słowa „WYPRODUKOWAĆ”. Czy nie można było powiedzieć kiedyś stop i zacząć tworzyć coś innego? Granie tego samego utworu od 20 lub nawet 30 lat jest naprawdę ekscytujące?

Na tym tle warto przyjrzeć się twórczości Dave’a Lombardo, który poza kultowymi albumami nagranymi ze Slayerem ma nie mniej zajebiste projekty z takimi zespołami jak: Testament, Apocalyptica, Grip Inc., Fantômas, Philm, Dead Cross i Suicidal Tendencies. Mało tego, 52-letni Dave w dalszym ciągu jest w rewelacyjnej formie i każdy ze swoich utworów zagrałby perfekcyjnie. Nie o każdym z muzyków można to powiedzieć po 34 latach od debiutu. Wystarczy spojrzeć na nazwy pogrubione w poprzednim akapicie.

Co jednak jeżeli artysta nie chce dzielić swego talentu na tak wiele projektów? Czy aby na pewno nie ma żadnego wyjścia? Otóż ma! Spójrzmy na przykład na Maynarda Jamesa Keenana z Tool. Jak wiadomo śpiewa także w A Perfect Circle i Puscifer, ale nikt nie powinien mieć wątpliwości, że to właśnie z Toolem jest kojarzony najmocniej. Razem z Adamem Jonesen, Dannym Careyem i Justinem Chancellorem, a wcześniej Paulem D’Amour, nigdy nie wydał słabego longplaya. Na kolejny fani czekają już kilkanaście lat, ale dla Maynarda to nie jest problem. Jako właściciel winnicy w Arizonie się widocznie nie nudzi, a jak wyda z Toolem piąty LP to z pewnością kolejny raz słuchaczom szczęki opadną do samej gleby.

Zaraz padnie pewnie zarzut, że są muzycy, którzy nie uczestnicząc w procesie twórczym zwyczajnie by zwariowali. I tutaj oczywiście też odpowiem: można wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Ot, taki Josh Homme. W dorobku płyty z legendarnym Kyuss, lider Queens Of The Stone Age – jednego z ostatnich zespołów, który w świecie gitarowego grania potrafił pociągnąć za sobą tłumy, a dalej projekt Dessert Sessions, supergrupa Them Crooked Vultures oraz zeszłoroczny „Post Pop Depression” u Iggiego Popa. W tzw. międzyczasie produkcja wielu albumów, z Arctic Monkeys na czele. Jak widać można ciągle tworzyć i nie zjadać swojego ogona. Single promujące nowy krążek QOTSA pokazuje, że nie zabraknie na nim nowego spojrzenia Josha na muzykę.

Nikogo nie powinno dziwić, że młodzi ludzie swoją przygodę z metalem zaczynają od takich tytułów jak „Master of Puppets” czy „The Number of the Beast”. Naturalną drogą jest sprawdzenie całej dyskografii zespołów odpowiedzialnych za najbardziej klasyczne albumy w danym gatunku. Może nie jest to też głupie jeżeli alternatywą jest dorobek takich przykrych tworów jak Avenged Sevenfold, Five Finger Death Punch albo Suicide Silence. Szczytem tragizmu jest natomiast sytuacja, gdy młody słuchacz trafi na Raven Age, czyli zespół syna Steve’a Harrisa z Iron Maiden. Ta nazwa prawdopodobnie nie jest Wam obca, wszak syn supportował zespół ojca na ostatniej światowej trasie Żelaznej Dziewicy.

Wejście do świata gitarowego grania byłoby łatwiejsze, gdyby kilka dinozaurów już go nie zaśmiecało. Co jednak zatrzyma Angusa Younga przed niszczeniem legendy AC/DC? Następców przecież nie brakuje! Wizerunek Australii byłby piękniejszy, gdyby słuchacze kojarzyli go z koncertowym dynamitem pt. Airbourne zamiast dziadkami z AC/DC wspomaganymi przez Axla Rose’a. Mogę się założyć, że Roberta Planta przed powrotem do Led Zeppelin zatrzymuje powstanie zespołu Rival Sons. Boi się, że młodsi koledzy z Kalifornii daliby więcej czadu niż on z Jimmym Pagem i J.P. Jonesem. Brawo Robert! Jakbyś jeszcze mógł zadzwonić Deep Purple i uświadomić ich, że ich czasy też już minęły…

Kto powinien opuścić metalową scenę? (wybierz max. 3)

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Niektórzy z artystów wspomnianą we wstępie zasadę „krótko i intensywnie” przesunęli nawet na płaszczyznę życia. I tak Ś.P. Kurt Cobain w ciągu ledwie 27 lat życia i raptem 7 lat istnienia Nirvany pozostawił po sobie 3 albumy studyjne (każdy na swój sposób wyjątkowy), jeden z najlepszych albumów serii MTV Unplugged, a także kultowe koncertówki z „From the Muddy Banks of the Wishkah” i „Live at Reading” na czele. Oczywiście zaraz odezwą się fani Pearl Jam jeżdżący po Europie za Eddiem Vedderem, którzy będą głosić tezy o wyższości „Ten” nad „Nevermind” czy „In Utero”.  Za nimi ustawią się fani Alice In Chains podzieleni na teamy: „Tylko Layne” i „DuVall  też jest spoko”. Zgodzicie się jednak, że takie tytuły jak „Black Gives Way to Blue” czy „The Devil Put Dinosaurs Here” nie skłoniłyby Was do rewolty. Muzykom Pearl Jam również nigdy nie udało się przebić swojego debiutu z 1991 roku. Gdzie w nich gniew, złość i frustracja? 

Celowo w swych grunge’owych rozważaniach pominąłem twórczość Chrisa Cornella. Choć reaktywację Soundgarden można porównać do powrotu Alice In Chains albo grającego 27 lat Pearl Jamu, to jego kariera solowa i przygoda z Audioslave stawiają go w zupełnie innym świetle – jako artystę ciągle poszukującego. Na refleksję o jego twórczości przyjdzie jednak jeszcze czas…

Zacząłem odrobinę nie po kolei, ale historia Kurta najdobitniej pokazała nam intensywność, o jakiej dzisiaj mowa. Nie oznacza to jednak, że zapomniałem o klasyce! Z pewnością spotkaliście się kiedyś z pytaniem: wolisz Beatlesów czy Rolling Stonesów? Jeżeli jeszcze jakimś cudem nikt Was o to nie zapytał, to pora odpowiedzieć sobie na to fundamentalne pytanie. Jak to w ogóle możliwe, że tak ochoczo oba zespoły są ze sobą zestawiane? Owszem, założone w podobnym czasie – The Beatles w 1960 i Stonesi w 1962, ale dorobek zupełnie nieporównywalny… Pierwsi w ciągu 7 lat wydali 10 studyjnych płyt naszprycowanych hitami. Nie będę w tym miejscu wymieniał tytułów, ponieważ liczę, że już mruczycie je sami pod nosem. Co na to odpowiada Mick Jagger i Keith Richards? Klepią przez 50 lat to swoje „(I Can’t Get No) Satisfaction”. Ok, do tej listy można dopisać jeszcze kilka piosenek, ale sięgną one maksymalnie końca lat siedemdziesiątych, a nie 2017 roku! Oczywiście – jak na swój wiek dają czadu – ale czy aby na pewno chcemy podziwiać muzyków w trybie „jak na swój wiek”? Jeśli nie, to Stonesów pochwalmy za ponadczasowe logo i wyślijmy ich na emeryturę.

A może porównamy jeszcze kariery solowe muzyków The Beatles i The Rolling Stones? Jeżeli ich dokonania nie są Wam doskonale znane, to zróbcie prosty test wpisując ich nazwiska na youtube. Po kilku chwilach dojdziecie do wniosku, że wkład w muzykę rockową Keitha Richardsa i Micka Jaggera może konkurować z Ringo Starrem i Georgem Harrisonem, a do talentu Paula McCartneya czy Johna Lennona jest im jednak daleko. Szkoda, że chłopcy z Liverpoolu przegrali batalię na logotyp z kolegami z Londynu. Jednak czy Stonesi mają w swoim dorobku tak charakterystyczną okładkę jak „Abbey Road”?

Poruszany dzisiaj temat chodził mi po głowie od dawna. Punktem zapalnym i motywacją do podzielenia się nim z Wami okazał się tegoroczny Open’er, a konkretnie koncert Prophets of Rage. Gdyby było mi po drodze do Gdyni, pewnie rzuciłbym okiem i potupał nóżką przy gitarze Toma Morello. Tak się jednak nie złożyło i koncert nowego wcielenia „Rage’ów” obejrzałem tylko na youtube’owym streamingu. Jeśli będzie jeszcze okazja, to dam im szansę na żywo. Póki co jestem zdania, że należy przygotować akcję crowdfundingową finansującą zakup kilku respiratorów. W pierwszej kolejności zaaplikowałbym go perkusiście. O ile na „13” sabbathów Brad Wilk świetnie sobie poradził, to na koncercie jakby brakowało mu sił. Podobną różnicę między studiem prezentują również wokaliści: Chuck D i B-Real. Formę koncertową na odpowiednim poziomie utrzymał jedynie basista Tim Commerford i wspomniany Morello. Nijak się miało to jednak do reaktywowanego w latach 2007-2010 Rage Against The Machine. A co dopiero jakby chcieć to porównać do czasów „The Battle of Mexico City”…

Właśnie dlatego mam ogromny szacunek do Zacha de la Rochy, który zupełnie odciął się od tematu reaktywacji. Wszystko wskazuje na to, że śpiewanie „anger is a gift” to wymagająca sytuacja. Pewnie Grzesiek M. mógłby to robić co sobotę na Dniach Ozorkowa, ale właśnie dziś piszę o tym, jak bardzo jest to obrzydliwe. Choć przykład jest odrobinę przejaskrawiony, to wracając do występu Prophets of Rage nadal pozostaje we mnie niesmak. Pozostańmy przy 4 wspaniałych albumach i nieokiełznanych koncertach RATM. Oczywiście jest we mnie marzenie zobaczenia Rage Against The Machine na żywo. Wiem jednak, że potrzebne będzie do tego zbudzenie Zacha… co nie jest niemożliwe patrząc na politykę w USA. A jak ktoś opowie mu o kraju nad Wisłą, to z pewnością i do nas przyjedzie. I niech zaprowadzi manifestujący tłum na ulicę Wiejską czy pod okno Kaczyńskiego. W innych okolicznościach „Rage’ów” słuchać nie chcę.

Jeżeli założymy, że na Prophets of Rage wylałem właśnie wiadro pomyj, to teraz pora na całą cysternę syfu jaka poleci na Maxa Cavalerę. O ile w latach 1985-2006 wykazał się on na wielu płaszczyznach, to ostatnie 10 lat to spadek po równi pochyłej (jedynym wyjątkiem jest projekt Killer Be Killed). Każdy z fanów Sepultury ma swoją ulubioną płytę – jedni do dziś raczą się garażowym klimatem „Schizophrenia” i „Morbid Visions”, drudzy kupują ich thrashowe wcielenie, a ostatni nazywają ojcami groove metalu. Choć ja wpisuję się w drugi i trzeci opis, to najbardziej boli mnie to, jak Max niszczy legendę „Roots”. Znam ten krążek nuta po nucie – słuchałem go kilkanaście lat temu na kasecie, w czasach „przed mp3 i spotify”, słucham go i dziś. Jednak to co stało się na trasie „Max & Iggor Cavalera Return to Root” to prawdziwy koszmar. Ta trasa z góry była skazana na niepowodzenie, wszak Max już w 2011 roku był tłustą świnią, której gitara wisiała na szyi tylko dla ozdoby. Co się z nim stało od lipca 2006 roku, gdy z kolegami z Soulfly rozniósł festiwal w Węgorzewie? Jakim cudem słowa „Refuse, Resist” przechodzą mu jeszcze przez gardło?

Mr Cavalera ma to szczęście, że jakimś cudem przekabacił Marca Rizzo by wymiatał na gitarze i za siebie, i za niego. Szkoda, że gitarzysta Soulfly, Cavalera Conspiracy nie ma brata bliźniaka, który swoim talentem obijałby zestawy perkusyjne. Przydałby się on bowiem…. w Metallice! Zanim zajmiemy się małym Duńczykiem, prezentuję wideo, gdzie Max pokazuje swój gitarowy kunszt (około 5:55). Pozostawię Was też z pytaniami: czy Derrick Green na pewno powinien być adresatem takiej dawki hejtu? Czy obecna Sepultura naprawdę zasługuje na miano coverbandu? Koncertowy pojedynek na gitary Andreas Kisser vs Max Cavalera lub wokalny Derrick vs Max byłoby niczym walka MMA Mameda Khalidova z Marcinem Najmanem… 

Jak zauważyliście, nasze tytułowe bycie „niepokonanym” rozważam w aspekcie albumów studyjnych oraz formy koncertowej. W pierwszej kwestii zdania wśród słuchaczy Metalliki są podzielone jeszcze bardziej niż wśród fanów Sepultury. Wyróżnić należy bowiem grupy fanów Mety, którzy uważają, że zespół skończył się na:

  1. Kill’em All
  2. Płytach z Cliffem Burtonem
  3. Najlepszej płycie w karierze jaką było „… And Justice For All”
  4. Najlepszej płycie w karierze jaką był Czarny Album
  5. Odejściu Jasona Newsteda
  6. NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZYŁ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!111oneoneonejeden

Patrząc na dyskografię Metalliki najbliżej mi do wersji nr 5. Słuchałem ostatnio wywiadu Vogga opowiadającego o przemianach w brzmieniu Decapitated, które przedstawił na tle jego podejścia do Metalliki, historii gdy obcięli włosy etc. Totalnie się z nim zgadzam i dlatego bardzo cenię wszystkie dokonania aż do nieszczęsnego „St. Anger”. Jego następcę, czyli „Death Magnetic” cenię właściwie jedynie za fakt, iż pozwolił się narodzić stronie, dla której właśnie piszę. 

Kiedy Metallica spadła z poziomem koncertowym na tyle nisko, by zejść już ze sceny? W momencie, gdy Jamesa Hetfielda zastąpił Papa Het! Słodki Jeżu, oglądanie koncertów z Moskwy AD 1991 czy „Live Shit: Binge & Purge” a oglądanie ich koncertów w XXI w. to dwie zupełnie inne historie! Zakładając jednak, że „Ojciec Założyciel DM.PL” nie pozwoliłby mi tak napisać (a niech tylko kiedyś spróbuje!), to pójdźmy krok dalej. Metallica, która nie umie zagrać najlepszego kawałka z ostatniej płyty, to prawdziwy „żal.pl”. Jeśli poszperacie po stronie, to zobaczycie, że po premierze „Hardwired” coś się we mnie obudziło. Zobaczyłem w tych starszych Panach ogień. Szkoda, że tak szybko zgasili go Lars i Kirk, którzy od dawna przestali kochać swoje instrumenty.

Miłości do sceny na pewno odmówić nie można natomiast dżentelmenom z The Dillinger Escape Plan. Choć w ich przypadku krótko oznacza aż 20 lat, to intensywność trudno zmierzyć. Kto przynajmniej raz miał przyjemność zobaczyć ich na żywo, ten bez problemu zrozumie, że kariera tego zespołu musi zostać zakończona w odpowiednim momencie. Ben Weinman nie pozwoli by jego kapela straciła status jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek ciężkiego grania z początku XXI w. Gdybyśmy wyobrazili sobie jednak sytuację, w której Dillinger idzie tą samą drogą co Max Cavalera – wtedy bylibyśmy świadkami prawdziwego kabaretu. Wspomniany Ben oraz frontman TDEP – Greg Puciato – z pewnością nie będą się długo nudzić. Obaj muzycy będą przebierać w zaproszeniach do kolejnych projektów. A być może jeszcze kiedyś te dwa nieposkromione temperamenty znajdą chwilę by zagrać jeszcze jeden krótki tour, który pokaże kolejnemu pokoleniu, czym jest prawdziwy, sceniczny rock’n’roll.

Pewne gatunki muzyczne są po prostu skazane na zasadę „krótko i intensywnie”. Wyrok w tych sprawach jest prosty – odchodzisz w glorii i chwale, albo z każdym dniem rozmieniasz swoje osiągnięcia na drobne. W przypadku takich kapel jak The Chariot 10 lat działalności, to przecież absolutne maksimum. Żaden dealer nie utrzymałby tych świrów na takich obrotach na dłużej…

I może właśnie taki był jeden z powodów założenia Me And That Man. O miłości Nergala do twórczości Johnnego Casha i Nicka Cave’a można było usłyszeć bowiem dużo wcześniej. Początki rockowego grania w wykonaniu Darskiego to projekt Wolverine z lat 1999-2000. Nie samym metalem przecież człowiek żyje, a jeśli Behemoth ma zejść ze sceny jako niepokonana bestia, to po „The Satanist” w ich dyskografii ukaże się pewnie raptem jeden krążek. W licznych wywiadach promujących album, Adam wspominał, iż „Satanista” może być nawet ostatnią płytą w dorobku Behemoth! Teraz już wiemy o pracach nad jego następcą, ale czy naprawdę możemy liczyć na jeszcze więcej? Oczywistym jest, że inny metalowy band byłby szybko kojarzony z Behemothem, więc wyjściem pozostaje poszukanie dalej. I tak – wilk syty, owca cała, a artysta niepokonany!

Na koniec pozostaje mi przypomnieć, iż mam świadomość dużego stopnia subiektywizmu w niniejszym artykule. Nie da się jednak opisywać silnych emocji inaczej. Być może Wy wskażecie trochę inne zespoły, które powinny ze sceny już zejść. Może zaproponujecie też takie, które rzeczywiście mają coś istotnego do zaprezentowania, a nie innowacyjność grania na poziomie świeżości w kudłach Maxa Cavalery. I chętnie się z Wami pokłócę pod tym postem. Skoro razem słuchamy rock’n’rolla to żadnemu z nas nie powinno zabraknąć woli walki. Cóż by to byli bowiem z nas za fani pozbawieni indywidualizmu i chęci rywalizacji? Żaden z wyżej wspomnianych artystów nie chciałby mieć takich fanów – nie zawiedźmy ich!

Udostępnij to

O autorze

Piotr Wasilewski

Księżyc milczy piotrek665