So Far, So Good #1…, czyli płyty, których nie powinieneś przegapić w pierwszym kwartale 2018

0

Każdego roku, gdy robię prywatne podsumowanie muzyczne, niezmiernie się dziwię. Dochodzę do wniosków, iż minione dwanaście miesięcy były absolutnie wspaniałe, a niektóre z albumów zasługują na status kultowych już teraz! Względem kolejnego roku zazwyczaj nie mam oczekiwań – bo jaka istnieje szansa, iż przebije ten wyjątkowy i niepowtarzalny złoty okres? Zwłaszcza, gdy zespoły z kręgu ulubionych dopiero co opublikowały świeże wydawnictwa. Na całe szczęście jest to tylko złudzenie. Pierwsze pozytywne rozczarowania bowiem spotykają mnie zazwyczaj już w styczniu. Tak też było i tym razem. To świetne uczucie – ta świadomość, że ciągle wychodzi dobra muzyka i prawdopodobnie zawsze będzie. Mody przemijają, zespoły się rozpadają, a zawsze znajdzie się ktoś, kto godnie tę pałeczkę przejmie. Choć czasy się zmieniają i przemysł muzyczny nie jest tym samym co dawniej, ciekawym zjawiskiem jest fakt, że na powierzchni stosunkowo mocno utrzymują się weterani. Oczywiście – wielu z nich nędznie odcina kupony od dawnej popularności, ale trzeba przyznać, iż np. ostatnie Judas Priest zawstydziło swoją energią niejedną młodszą kapelę (choć oczywiście „Firepower”do albumu wybitnego daleko)! 

Z pewnością dużo dzieje się także w muzyce ekstremalnej i podziemiu. Australijczycy z Portal ponownie przekroczyli kolejną granicę i jeśli musiałbym wskazać płytę, która wywarła na mnie szczególne wrażenie, wybrałbym właśnie „ION”. Pojawiły się również i pierwsze głosy niezadowolenia – coś co jeszcze kilka lat było nie do pomyślenia w kontekście tego zespołu. Zespołu, który na przestrzeni lat obrósł wyjątkowym kultem i darzony był bezgranicznym szacunkiem – a jednak! Nie ma w tym nic dziwnego, grupa gruntownie odświeżyła brzmienie – brzmienie, które niegdyś było ich głównym elementem rozpoznawczym, czymś co pozornie najbardziej wyróżniało na tle reszty. Co wobec tego zostało z nich teraz?

Satysfakcjonujący jest też fakt, iż polska scena nieustannie się rozwija. Choć w metalu ekstremalnym jesteśmy doceniani nie od dzisiaj, mam wrażenie, że na poletku stonerowym zawsze trochę odstawaliśmy od reszty świata, a pewne wzorce dochodziły do nas później. Na całe szczęście z roku na rok to się zmienia, a sukces Belzebonga otworzył poniekąd drogę innym kapelom (zagraniczni słuchacze coraz częściej spoglądają w kierunku Polski). W ubiegłym roku furorę zrobiło chociażby nowe Dopelord, które było wymieniane w jednej linii z Electric Wizard (a przez niektórych uznawane nawet za lepsze). W dzisiejszym zestawieniu wspominamy, aż o dwóch wydawnictwach tego nurtu – Sunnacie i Weedpeckerze. Jestem przekonany, iż oba pojawią się w zagranicznych rankingach. A nie zapominajmy też o nowym Spaceslug, nad którym muzycy jeszcze pracują…

Na samym końcu znajdziecie obszerną ankietę, gdzie sami możecie wybrać swoje ulubione płyty wydane w tym kwartale. Jeśli jednak pominęliśmy coś istotnego – dajcie znać w komentarzu! Miłej lektury i poznawania muzyki! 

Portal – „ION” (26.01.2018, Profound Lore)

Najnowsza płyta Portal ponownie otwiera wrota do najgłębszych zakamarków ludzkiej psychiki! Skryci pod maskami wielbiciele H.P. Lovecrafta za punkt honoru postawili sobie aktywny angaż słuchacza i wciągnięcie go w surrealistyczny obraz z tekstów, w ten prawdziwy dźwiękowy horror przepełniony niepokojącymi wibracjami, złowieszczymi harmoniami i atonalnymi hymnami wprost nie z tego świata. Tym razem formuła uległa zmianie – muzycy porzucili infradźwięki z otchłani i nagrali album w standardowym stroju. Nie wpłynęło to na utratę tożsamości, czy – jak wiele osób zapowiadało – złagodzenie brzmienia. Wręcz przeciwnie – muzycy eksplorują nieco inne rejony, równie schizofreniczne, a momentami nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W rejony znajdujące się w połowie drogi między pokojem bez klamek, a światem alternatywnym – krainą sennych koszmarów. Opisywanie tego albumu dokładnie mija się z celem, jest to bowiem ten rodzaj wydawnictwa, o którym niezbyt łatwo się pisze – w tym wypadku muzycy pozostawili duże pole do interpretacji słuchaczy, a więc to jak odbierzecie „ION” zależy w dużej mierze tylko od waszej wyobraźni. To jest w nim najbardziej intrygujące!

Ponadto zaskakuje przede wszystkim stosunkowo krótki czas trwania (jedynie 37 minut!), dzięki czemu po zakończeniu płyty odczuwa się niedosyt i pragnie ponownie obcować z monstrum. Musicie przyznać, iż to niezbyt często spotykana cecha wśród współczesnych ekstremalnych wydawnictw, w czasach, gdy zespoły raczej mają tendencję do rozbudowywania i przeciągania swoich kompozycji. Pomimo, iż Portal funkcjonuje od 1994 roku, od tylu lat nieustannie przesuwa poprzeczkę wyżej i ustanawia granicę oryginalności. 

Wyrazy uznania kieruję także w stronę Zbigniewa Bielaka, fenomenalnego polskiego ilustratora, który odpowiada za oprawę graficzną wydawnictwa. Doskonale odzwierciedla jego charakter i stanowi integralną część ION.

„Już w 1996 roku czuliśmy, że otwierają się dla nas jakieś nieludzkie kanały, tak jakbyśmy stali się odbiornikami przekazów z innych światów. To odkrycie było niezwykle wzbogacające, ale wyrzeźbienie naszej muzyki tak, by osiągnęła wymagany kształt […] „ION” jest narodzinami, powstaniem i mocą – bronią, którą atakujemy. Szybkość i złożoność połączone całkowitą nienawiścią, która razi niczym piorun” ~ gitarzysta Horror Illogium o tym czym jest Portal w wywiadzie dla Bardomethodology (tłumaczenie: Musick Magazine).

Jakub Czpioła

Watain – „Trident Wolf Eclipse” (05.01.2018, Century Media)

Gdy wydawało się, iż Watain lata świetności ma dawno za sobą, nadchodzi on – „Trident Wolf Eclipse”. Jak wielkie musiało być zdziwienie słuchaczy, gdy uruchamiając płytę nie usłyszeli oklepanych melodii rodem z Dissection, czy motoryki epickiego Bathory? Jak wielkie musiało być zdziwienie, gdy uświadomili sobie, iż jest to najbardziej bezkompromisowa i agresywna rzecz w ich dyskografii od czasów debiutanckiego „Rabid Death’s Curse” (2000)? Szwedzka ekipa dowodzona przez charyzmatycznego Erika Danielssona rzuciła nowe spojrzenie na działalność Watain. Tym razem jeszcze większy nacisk położono na aranżacje, dlatego pomimo faktu, iż riffy są stosunkowo proste, materiał ma w sobie coś przyciągającego.

Nie jest zresztą tajemnicą, iż ostatnia trasa z Mayhem, zainspirowała Erika do odświeżenia „De Mysteriis Dom Sathanas” i odkrycia jego fenomenu na nowo – nie dziwi mnie więc przeniesienie tych wzorców także tutaj. Choć materiał nawiązuje do początków Watain, z pewnością nie można nazwać go odcinaniem kuponów, w każdym dźwięku na płycie bowiem słychać pasję i szczerość. Po latach poszukiwań Watain znów trafił na właściwe tory i choć poprzedni album do najgorszych nie należał, sprawiał wrażenie tworzonego w bólach (co zresztą po latach Erik przyznał w wywiadach). Na tym albumie słychać kompletnie inny zespół, niż przed pięcioma laty!

Jakub Czpioła

Philip H. Anselmo & The Illegals – „Choosing Mental Illness as a Virtue” (26.01.2018, Season of Mist)

Po stosunkowo kiepsko przyjętym debiucie solowym, Philip Anselmo wraz z The Illegals nie składa broni i wraca z kolejnym bezkompromisowym krążkiem, gdzie wylewa wszystkie swoje żale i frustracje w związku z otaczającym go światem! Album ten jest jednak bezkompromisowy w nieco innym aspekcie, choć wciąż prezentuje muzykę ekstremalną, jest znacznie przystępniejszy, spójniejszy i po prostu dojrzalszy (o ile tego typu muzykę można rozpatrywać w kategorii przystępności). Tym razem kultowy wokalista wypełnia lukę po nieodżałowanym, nieobecnym od 2008 roku Soilent Green – kultowej nowoorleańskiej formacji, którą cechowało wizjonerskie połączenie sludge metalu z grindcorem.

To jednak nie jedyna inspiracja – tych słychać, aż nadto, a krążek sprawia wrażenie zbioru wszystkich ekstremalnych fascynacji Philipa, które siedziały w jego głowie od dawna. I co najciekawsze wszystkich naraz, często w jednym kawałku, co ma swoje wady, jak i zalety. Tak więc na albumie tym odnajdziemy m.in. specyficzny grobowy brud rodem z Necrophagii (mowa o riffach – podobieństwa oraz niektóre konstrukcje są łudząco podobne, co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, iż Anselmo przez wiele lat aktywnie tworzył ich brzmienie), a w tych bardziej hałaśliwych i schizofrenicznych momentach (adekwatnie do tytułu) słychać też Portal – jedną z ulubionych współczesnych formacji Philipa. Krażek ten z pewnością nie odniesie sukcesu komercyjnego i uznania mas, w zasadzie można powiedzieć, iż jest całkowicie pozbawiony przebojowości i potrzeba poświęcić mu dużo czasu, by znaleźć jakikolwiek punkt odniesienia (surowe, odważne brzmienie nie ułatwia sprawy). A, gdy to się uda, album będzie katowany non stop. Za sprawą jego oryginalności i nietypowego konceptu zdecydowanie zasługuje na powierzenie mu szansy!

Jakub Czpioła

Corrosion Of Conformity – „No Cross No Crown” (12.01.2018, Nuclear Blast)

Stoner cieszy się w Polsce ogromną popularnością, a zespoły pokroju Kyuss, Queens of the Stone Age, Red Fang czy Black Label Society na brak zwolenników u nas nigdy narzekać nie mogły. Corrosion of Conformity, choć w pewnych kręgach znane i szanowane, zawsze pozostawało w cieniu powyżej wymienionych nazw. Właściwie nie wiem czemu, zawsze bowiem grali stosunkowo przebojowo, a zarazem niebanalnie. Tak przynajmniej było do 2006 roku – wówczas z formacją pożegnał się kultowy muzyk i główny motor – Pepper Keenan (znany także z Down). Choć kapela istniała bez niego, pozostali muzycy niezbyt dobrze radzili sobie z utrzymaniem świetności legendarnej nazwy. Uświadomiwszy to sobie w 2014 roku zgadali się raz jeszcze i Keenan powrócił na stare śmieci. W ten sposób powstał „No Cross No Crown” – pierwszy album nagrany w „klasycznym” składzie po 13 latach!

Szczerze powiedziawszy nie wprowadza on żadnych rewolucji. Mimo to jest to pasjonująca podróż przez dotychczas wypracowane dziedzictwo. Mamy tutaj wszystkie najlepsze cechy poprzedników – przebojowość, charakterystyczne zachrypnięte wokale, podebrane od Thin Lizzy harmonie oraz przede wszystkim naprawdę dobry riff. Ten ostatni czynnik w połączeniu z doskonałymi, momentami nieoczywistymi aranżacjami najbardziej wpływają na tak pozytywny odbiór albumu. Tylko tyle i aż tyle! Właśnie z tego względu materiał ten całkowicie deklasuje ostatnie dokonania Zakka Wylde’a i spółki. Nowoorleańczycy pokazują, że trzymając się tylko oldschoolowych zasad, nawet w dzisiejszych czasach można nagrać świetny album, który pomimo oczywistych inspiracji nie będzie odgrzewanym kotletem.

Jakub Czpioła

Sunnata – „Outlands” (23.01.2018, wydanie własne)

Warszawska kapela jest zdecydowanie jedną z najprężniej rozwijających się w Polsce, zwłaszcza, jeśli mówimy o klimatach stoner/doom! Po doskonałej „Zoryi” i wielu koncertach (w tym także tych poza granicami kraju), grupa weszła do studia. Tym razem z nieco innym nastawieniem i założeniami, co wyraźnie słychać. Któż by pomyślał, że to ta sama formacja, która przez wieloma laty aktywnie działała jako Satellite Beaver, zespole z „niepoważnym wizerunkiem i poważnym pierdolnięciem”

Nazwa „Sunnata” pochodzi z sanskrytu i oznacza wdzięczne słówko „void”. Ojczyzną tego języka są oczywiście Indie i właśnie w kierunku wschodnich brzmień poszli muzycy tym razem. Choć materiał składa się z 8 utworów (w tym intro), jego podział jest zbędny, bowiem kompozycje te najlepiej oddziałują na słuchacza, gdy album traktuje się jako spójną całość, co potęguje wrażenie obcowania z prawdziwą wędrówką i przygodą. Podstawową cechą wyróżniającą „Outlands” jest transowy charakter – ten szamański rytualizm wyczuwalny jest właściwie w każdej sekundzie, oczywiście w granicach dobrego smaku. To właśnie nastrój i gęsta atmosfera grają pierwsze skrzypce, na wydawnictwie bowiem wręcz roi się od kontrastów, a w pewnym momencie dosłownie kilka sekund dzieli grunge’owe zaśpiewy od blast-beatów (takich smaczków jest więcej, oczywiście pozytywnie wpływają na różnorodność materiału)! Pomimo obecności pozornie tak radykalnych elementów, muzycy nieco przystopowali z ciężarem brzmieniowym, co uwydatniło struktury kompozycji. Na „Outlands” bez problemu odnajdziemy wiele zapadających w pamięć motywów, melodii, na których mimowolnym nuceniu z pewnością przyłapiecie się nie raz – jest to album wręcz piosenkowy. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, dzięki czemu nie uświadczymy więc banalnych i prymitywnych melodyjek. Na szczególne wyróżnienie zasługują wokale – Szymon zdecydowanie rozwinął się w tym aspekcie, choć tym razem pozostali Panowie także się rozśpiewali, idąc tym samym troszkę w ślady Alice In Chains, czy Mastodon. Co tutaj dużo mówić – kompozycje, koncept, jak i brzmienie (swoją drogą ukręcone przez Haldora Grunberga) na poziomie światowym! No i przede wszystkim oryginalność – słychać, że to w 100% świadomy swoich decyzji i możliwości zespół! Po prostu w 100% Sunnata!

Jakub Czpioła

Weedpecker – „III” (05.01.2018, Stickman Records)

„Hehe, ziółko XD” – powiedział ktoś gdzieś kiedyś. Na całe szczęście slogan ten nie dotyczy już twórczości warszawskiej formacji. Ich muzyka jest w 100% na poważnie, a okres fascynacji riffami Black Sabbath, Sleep, czy Electric Wizard… może nie tyle przeminął (na całe szczęście wpływy te zostają we krwi na zawsze), co wyewoluował. Już na dwójce można było usłyszeć nieśmiałe eksperymenty z psychodelicznymi elementami, tamten album pomimo tego pozostawiał niedosyt. Teraz formacja poszła jeszcze dalej w tym kierunku, równolegle do ścieżki wytyczonej przez Elder. To zresztą nie jedyny zespół, do którego można porównać najnowsze dokonanie Weedpecker – takich wzorców jest dziesiątki, ale czy wymienianie ich ma sens?

Koniec końców dostaliśmy bardzo dobry, a zarazem dopieszczony materiał, który żyje swoim życiem. Nie zmieni on prawdopodobnie losów świata i trudno nazwać go wizjonerskim, aczkolwiek bije od niego niespotykana świeżość i zdecydowanie wyróżnia się na tle sceny. Nastrojowe, atmosferyczne, momentami grunge’owe wpływy, spójnie przeplatają się z przesterowaną, acz subtelną ścianą dźwięku.  To wszystko zostało okraszone soczystym, miodnym pogłosem i delikatnymi wokalizami. Sekret i fenomen „III” tkwi przede wszystkim w odpowiednio dobranych składnikach i proporcjach. Trzymajcie tak dalej chłopaki! P.S. Podejrzewam, iż o dziwo album ten znalazłby wielu wielbicieli wśród fanów nowszego Opeth.

Jakub Czpioła

Myles Kennedy – „Year of the Tiger” (09.03.2018, Napalm Records)

„Year of the Tiger” jest książkowym przykładem albumu koncepcyjnego i porusza ważny temat z życia Kennedy’ego – śmierć jego ojca. Jest on swoistą terapią dla muzyka, który zabiera nas w podróż przez kolejne etapy jego żałoby i radzenia sobie z bólem. Album pod aspektem muzycznym jest zgoła inny od twórczości Alter Bridge, macierzystej kapeli wokalisty – nie znajdziemy na nim metalowych riffów granych na nisko nastrojonych gitarach. Jest to krążek akustyczny, utrzymany w stylu bluesa i country, stylów z których Kennedy się przecież wywodzi.

Istotną rolę, jak przystało na concept album, odgrywa warstwa tekstowa – szczera, wzruszająca i inspirująca. W kilku utworach Myles śpiewa z perspektywy swojej matki, co moim zdaniem jest bardzo dobrym sposobem ukazania słuchaczom tego co doznała wtedy jego rodzina. Co dziwne, ten album wcale nie wydaje się być smutny czy mroczny – bez wnikania w teksty utworów ich tempo oraz dynamika nie wskazują jaka może być ich tematyka.

Myles Kennedy postanowił w sposób inny niż wszyscy rozprawić się z bólem po śmierci ukochanej osoby. A czy istnieje bardziej poruszający sposób niż skomponowanie szczerej, wzruszającej, pełnej emocji muzyki, przy której nie jeden facet byłby w stanie uronić łzę?

Jędrek Chałabis

Judas Priest – „Firepower” (09.03.2018, Columbia Records)

Zastanawialiście się kiedyś, co będziecie robić w wieku 70 lat? Zasłużona emeryturka nad Bałtykiem? Podróż dookoła świata i drinki w Saint-Tropez? Jeśli jednak przyszłoby Wam do głowy zrobić coś produktywnego, to weźcie przykład z Judas Priest. Ci starsi panowie (z jednym wyjątkiem) nagrali właśnie album, który niczym nie odstaje od ich kultowych dokonań.

Kiedy ujawnili okładkę i tytuł 18. studyjnego albumu pomyślałem sobie: „Oho, nadciąga power metalowy kicz”. Jednak pamiętając ich ostatnie dokonania, czyli interesujący i oryginalny koncept album „Nostradamus” oraz powiew świeżości w postaci „Redeemer of Souls” nie mogłem ich tak szybko skreślać. Jak się okazało, warto było poczekać. Ten album rośnie w słuchaczu z każdym odsłuchem. Nie pamiętam już tak dobrze nagranego albumu heavy metalowego wypuszczonego w ostatnim roku.

Kiedy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, jaki jest najlepszy utwór z tego longplaya, to odpowiedź zmienia się z dnia na dzień. ‚Guardians + Rising From Ruins’, ‚Lightning Strike’, ‚No Surrender’, a może ‚Never the Heroes’? I to jest właśnie siła najmłodszego dziecka Judasów. Album nie jest zbudowany według planu 3+4 hity + wypełniacze. Tutaj wszędzie znajdziemy ostre jak brzytwa riffy, wyjątkowe harmonie, chwytliwe refreny i „piękny” głos Halforda. W obliczu choroby Glenna Tiptona wielu sympatyków oczekuje zakończenia kariery i występów w formacie „Halford + spółka”. Jednak czy Judas Priest rozmieniają się na drobne? Absolutnie nie! „Firepower” udowadnia, że Tipton stworzył z Faulknerem świetny duet i jestem pewny, że w swoim domu już rejestruje riffy, które uderzą w nas z Mocą Ognia!

Sebastian Urbański

Joe Satriani – „What Happens Next” (12.01.2018, Legacy Recordings)

Sceptycznie nastawieni fani gitarowych brzmień na wieść o nowym albumie Satrianiego pisali, ze po raz 16 nagra to samo, tylko zmieniając tytuły. I co? Nie wstyd Wam teraz?

Joe po raz kolejny zebrał świetną ekipę, która idealnie pasuje do tego projektu. Zwłaszcza Chad Smith z Red Hot Chili Peppers, któremu nie są obce funkowe brzmienia. Bo i tego nie zabrakło na „What Happens Next”. Tytuł zwiastował kontynuację „Shockwave Supernova”, jednak (na szczęście) tak się nie stało i dostaliśmy porcję genialnych gitarowych zagrywek przystrojonych w hard rockowe i funkowe piórka. Na szczególną uwagę zasługuje ‚Thunder High On The Mountain’, który czerpie garściami od największych hitów AC/DC. Wcinający się w pamięć riff połączony z charyzmatycznymi solówkami to prosty przepis na zdobycie serc fanów.

Często spotykam się z obiegową opinią, iż takie płyty można sobie puścić w tle, bo do tego się nadają. Czy jest to duża złośliwość i obraza dla artysty? Nie będę odpowiadał za Satrianiego, ale moim zdaniem absolutnie nie. Słuchając jego popisów nie da się pozostać obojętnym na falę energii, która zalewa nas z każdym kolejnym utworem. W połączeniu z funkowym luzem czasami możemy w myślach przenieść się gdzieś daleko, gdzieś, gdzie Joe zakłada swoje ciemne okulary, a promienie słoneczne odbijają się od jego bujnej czupryny tylko dla nas.

Sebastian Urbański

Faul Techniczny – „Wracamy do gry” (14.02.2018, BadLook Records)

Faul Techniczny to żwawa grupa Punkowa, grająca krótko, a konkretnie. Taka właśnie jest płyta. Trwa 12 minut i zawiera 13 numerów (serio, to nie żart). Skład nowy, ale część ludzi nam znana, bo jest to nowy projekt Owca znanego z takich kapel jak Świniopas czy Tester Giera.

Cała płyta składa się z krótkich strzałów, po ok 40 sekund. Ale tyle im wystarczy, żeby przekazać frustrację na temat rzeczy, które ich wkurwiają, czy to coaching czy inne kapele. Jest też wielu gości i jeden cover. Jeśli coś Cię denerwuję, odpal ten album i daj uciec złym emocją, w końcu jak pisałem, to nie zabierze wiele czasu. Więcej nie ma co pisać, bo zanim to przeczytasz, to płyta się skończy.

Krzysztof „Teciu” Tesław

A jakie były Twoje ulubione płyty wydane w 1. kwartale 2018?

  • Judas Priest - "Firepower" (18%, 22 głosów)
  • Portal - "ION" (9%, 11 głosów)
  • Tribulation - "Down Below" (6%, 8 głosów)
  • Corrosion Of Conformity - "No Cross No Crown" (6%, 8 głosów)
  • Weedpecker - "III" (6%, 8 głosów)
  • Sunnata - "Outlands" (6%, 7 głosów)
  • Black Label Society - "Grimmest Hits" (5%, 6 głosów)
  • Myles Kennedy - "Year of the Tiger" (5%, 6 głosów)
  • Primordial - "Exile Amongst the Ruins" (4%, 5 głosów)
  • Machine Head - "Catharsis" (4%, 5 głosów)
  • Necrophobic - "Mark Of The Necrogram" (4%, 5 głosów)
  • Philip H. Anselmo & The Illegals - "Choosing Mental Illness as a Virtue" (3%, 4 głosów)
  • Saxon - "Thunderbolt" (3%, 4 głosów)
  • Joe Satriani - "What Happens Next" (3%, 4 głosów)
  • Voidhanger - "Dark Days of the Soul" (2%, 3 głosów)
  • Watain - "Trident Wolf Eclipse" (2%, 3 głosów)
  • Memoriam - "The Silent Vigil" (2%, 2 głosów)
  • Destroyer 666 - "Call of the Wild" (2%, 2 głosów)
  • The Sword - "Used Future" (2%, 2 głosów)
  • NIGHTRUN87 - "The Destroyers Are Coming" (2%, 2 głosów)
  • Shining - "X - Varg utan flock" (2%, 2 głosów)
  • Ministry - "AmeriKKKant" (1%, 1 głosów)
  • Master's Hammer - "Fascinator" (1%, 1 głosów)
  • Angra - "Ømni" (1%, 1 głosów)
  • Faul Techniczny - "Wracamy do gry" (1%, 1 głosów)
  • Orphaned Land - "Unsung Prophets & Dead Messiahs" (1%, 1 głosów)
  • Anvil - "Pounding the Pavement" (0%, 0 głosów)
  • Green Druid - "Ashen Blood" (0%, 0 głosów)
  • Between the Buried and Me - "Automata I" (0%, 0 głosów)

Oddanych głosów: 56

Loading ... Loading ...
Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.