Stoned Jesus + Sunnata + Dopelord: Relacja z Hydrozagadki [30.01.17]

0

Gdy większość z Was wypoczywała po ciężkim dniu w pracy, ja postanowiłam zawitać do warszawskiej Hydrozagadki, gdzie Stoned Jesus, Sunnata i Dopelord zabrali nas w magiczną podróż w świecie pełnym stonerowo doomowych dźwięków. Jednak nie tylko ja postanowiłam spędzić poniedziałkowy wieczór w tak doborowym towarzystwie – kolejka przed wejściem z minuty na minutę rosła zapełniając cały dziedziniec przed klubem.

Po krótkim opóźnieniu, na scenie pojawiła się Sunnata, której ostatni album – „Zorya” – zadomowił się wśród ostatnio słuchanych przeze mnie krążków, zatem pojawienie się na koncercie było sprawą oczywistą. Pod sceną każdy miał miejsce dla siebie, mimo że z każdym kolejnym utworem publiki przybywało oddając się transowi wywołanemu przez kolejne dźwięki. I choć początkowo bas męczył, to później było już tylko lepiej. Początkowo nieśmiała, lekko bujająca się na sali publika, dopiero przy dźwiękach ‚Beast of Prey’ rozkręciła skromny młyn. Niestety set szybko się skończył, ale wygłodniała gęstych dźwięków publiczność nie zamierzała odpuścić i dzielnie walczyła o kolejny utwór jakim okazał się ‚Asteroid’, kończący występ warszawskiego składu.

Jeśli chodzi o Dopelord to miałam pewne wątpliwości, ale już pierwszy kawałek, jakim był ‚Navigator’ je rozwiał. Gęste, ciężkie dźwięki wypełniły salę po brzegi, którymi niestety nie było nam dane długo się cieszyć. Gdzieś w połowie utworu zapadła cisza i zgasły światła. A to wszystko za sprawą niedługiej awarii prądu, po której od razu bez zbędnej nerwówki i stresu wrócili do grania, zabierając nas w niesamowitą podróż między sludgem a stonerem. Muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak wyluzowanej kapeli, która mimo poważnego podejścia do koncertowania, nawiązała świetny kontakt z publicznością. Nikt nie szczędził swoich gardeł wykrzykując refreny ‚Green Plague’ czy ‚Reptile Sun’, które rozładowały pokłady enegrii w ludziach.

Jpeg

Jednak to dopiero pojawienie się na scenie Stoned Jesus wyzwoliło w ludziach prawdziwe emocje. Szybkie rozstawienie sprzętu, próba nagłośnienia i zaczynamy! Po entuzjastycznie przyjętym powitaniu w postaci „Dzień Dobry Warszawa” z ust Ihora Sydorenko, przywitały nas lekkie dźwięki ‚Bright Like The Morning’. Wtedy dopiero rozpoczęła się magia. Delikatne, powoli nabierające mocy gitary, cichy wokal i melancholijny klimat wprowadziły publikę w odpowiedni nastrój przed dużo bardziej żywiołowym ‚Electric Mistress’, którego refren był przez wszystkich wykrzykiwany.

Tymczasem to chyba ‚I’m The Mountain’ był punktem kulminacyjnym i tym, na co czekała większość. W końcu to najbardziej znany utwór w dorobku grupy. Tutaj panowie zdecydowanie ustąpili miejsca fanom. Przy powtarzanym jak mantra refrenie, skupieni byli niemalże wyłacznie na grze, słuchając chóralnego śpiewu dochodzącego z sali. Całość zamknęły bisy w postaci ‚Black Woods’ oraz ‚Here come the robots’, wyciskając z ludzi ostatki sił. Gdyby tylko każdy poniedziałek wyglądał tak jak ten… Luz i oddanie się muzyce zjednoczyły zespół z publicznością, ale niestety jak wiadomo wszystko co dobre szybko się kończy i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać na kolejny koncert, który miejmy nadzieję odbędzie się jak naszybciej.

Udostępnij to

O autorze

Pozornie cicha i spokojna, jednak potrafiąca bronić swojego. Mój brak zaszufladkowania pozwala na odkrywanie wielu talentów wśród rozwijającej się polskiej sceny muzycznej.