Pixies: Relacja z poznańskiego koncertu [16.11.16]

0

Jeśli gdzieś pojawia się nazwa Pixies, prawdopodobnie towarzyszą jej dwa określenia: wpływowa i niedoceniana. Brzmi jak paradoks, ale wgłębiając się w zawartość ich albumów, trudno się ironicznie nie uśmiechnąć. „Doolittle” czy „Surfer Rosa” są po brzegi wypełnione rozwiązaniami, które w latach 90 zgrabnie podpieprzała cała scena grunge, alternatywna i indie. Skąd więc owo niedocenianie? Prawdopodobnie jest to kwestia samej muzyki, która, poza ‚największymi hiciorami’, raczej nie podlizywała się radiom. Podobny efekt znajdziemy później u Nirvany, która obok rockowych hymnów pokolenia będzie nagrywać surowe, garażowe brudy.

O ile jednak ekipa Kurta Cobaina w dzisiejszych czasach prawdopodobnie wypełniałaby stadiony po brzegi, a kolejki ciągnęły by się długie kilometry, o tyle na koncercie Pixies jeszcze na godzinę przed samym wydarzeniem tereny poznańskiej Areny świeciły pustkami. Dopiero koło 18, czyli na pół godziny przed otwarciem bram, powoli zaczęli się schodzić pierwsi uczestnicy. I trzeba przyznać, że tłum ten zdecydowanie różnił się od widzów większości rockowych koncertów, na których mi przyszło być. W modzie królowały flanel, swetry i męskie koki, zaś zamiast hedonistycznych zaśpiewów zakrapianych browarową nutą i fascynacją nadchodzącą płytą Mety usłyszeć mogliśmy dysputy o nowej płycie PJ Harvey i napięte oczekiwanie na najnowszy sezon „Twin Peaks”. Ewenementem w tej grupie okazał się mężczyzna, który rozpoczął kłótnię z ochroniarzami, żądając dostępu do piwnicy na trening boksu. Mimo licznych błagań, dostępu nie dostał. Miejmy nadzieję, że kariery mu to nie zniszczy.

Przejdźmy jednak do samego koncertu. Technicznie nie można mieć zarzutów do RockLoud, bo obyło się bez poślizgów, wydzielona przestrzeń dla widzów nie była krzywdząca ani dla tych na trybunach ani dla ludzi na płycie, a i nagłośnienie przy obu kapelach było ładnie wyważone. Rozpoczynał zespół FEWS, którego próbkę umiejętności zaaplikowałem sobie przed wyjazdem i w studio absolutnie do mnie nie przemówili. Na żywo natomiast ta międzynarodowa kapela (jej muzycy pochodzą z USA, Szwecji i Wielkiej Brytanii) okazała się strzałem w dziesiątkę. Chłodne, postpunkowe kompozycje doprawione dziwną elektroniką rozgrzały publikę, ale punktem kulminacyjnym koncertu okazał się moment, kiedy perkusiście kapeli zepsuła się stopa. Pozbawieni przez kilka minut perkusji muzycy zmuszeni byli improwizować i zaserwowali nam wspaniałe, przestrzenne ambientowe pasaże, przy których cała sala absolutnie odleciała. Po naprawieni technicznych mankamentów powrócili do show ze zdwojoną siłą. Lider kapeli miotał się jak opętany wygrywając zapętlone, niepokojące riffy, basista mający powierzchowność rock’n’rollowego kuzyna Neville’a z Harry’ego Pottera uzupełniał doły dynamicznym basem na modłę Joy Division, a całości dopełniał zagubiony syn Maca DeMarco na drugiej gitarze i perkusista niepokojąco przypominający Michaela Akerfeldta z Opeth. Gig zakończył się przeciągłym, basowym dronem, który wprowadził atmosferę wyczekiwania na koncert gwiazd.

Po kilkudziesięciu minutach przerwy (które mimo wszystko minęły dosyć szybko, zważywszy na ciekawe towarzystwo pod sceną) na scenie pojawiło się Pixies. Rozpoczęło się od kilku mniej znanych smaczków (bardzo cieszyła obecność ‚Levitate Me’ z pierwszej Epki), poleciał także pierwszy utwór z najnowszej płyty kapeli, czyli ‚Classic Masher’. Na dobre impreza rozkręciła się jednak przy pierwszym przeboju kapeli, czyli ‚Monkey Gone to Heaven’. Chwilę później doświadczyliśmy dzikiego pogo na ‚Tame’ oraz chóralnego śpiewania na wyczekiwanym przeze mnie ‚Hey’. Bardzo się cieszę, że usłyszeliśmy ‚Mr Grieves’ i zaskakująco dobrze wypadł na żywo mój faworyt z „Head Carrier”, czyli ‚Tenament Song’. Po koncercie wśród ludzi rzucano żartami, że Francis Black, czyli lider kapeli był tego dnia wyjątkowo rozmowny, ponieważ ze sceny usłyszeliśmy ‚Hello!’, a nawet kilka razy ‚Thank You!’, co na koncercie tego zespołu nie zdarza się zbyt często. Trzeba przyznać, że wyważenie setu między starymi, przebojowymi utworami, smaczkami dla fanów i najnowszymi, jeszcze nie osłuchanymi numerami było idealne. Koło ‚Um Chagga Lagga’ pojawiało się ‚Break My Body’, by zaraz porwać całą salę do śpiewania wspaniałego

Gouge away
You can gauge away
Stay all day
If You want to

Gdy tylko pojawił się akustyk w rękach Francisa Blacka, z tłumu zaczęły już się rozlegać niezbyt udane męskie falsety imitujące Kim Deal w początku TEGO numeru. Zanim jednak go doświadczyliśmy, musieliśmy jeszcze chwilę poczekać. Trochę zawiodłem się na publiczności, która bez życia zareagowała na uwielbiany przeze mnie hit ‚Here Comes Your Man’, bardzo pozytywnie zaskoczył mnie cover ‚Winterlong’ Neila Younga, jednak wszyscy wydawali się już bardzo zniecierpliwieni, by usłyszeć ‚Where is My Mind?’. I trzeba przyznać, że gdy utwór już wszedł, to te legendarne falsety, mimo że trochę koślawo imitowane przez (w większości męską) publiczność, powodowały niesamowite ciarki na plecach. Podjarałem się niesamowicie słysząc pierwsze takty dzikiego ‚Vamos’ zaraz po zakończeniu największego hitu i numer ten na żywo okazał się jeszcze dzikszy niż w studiu. Dodatkowo flirtowanie gitarzysty z publicznością i liczne eksperymenty z brzmieniem gitar były niezwykle urokliwe. Pozostał jeszcze bis, na którym usłyszeliśmy ostatni z przebojów, czyli ‚Deabeaser’, a przy graniu ‚Into the White’ salę wypełniła ogromna chmura białego dymu, w której ledwo co widać było czubek własnego nosa, o kapeli już nie wspominając. Po tym chaotycznym, ale jakże przyjemnym zakończeniu, światła zostały zapalone, a publika rozeszła się. Bardzo pozytywnie odbieram fakt, że przy wyjściu stała sobie jak gdyby nigdy nic kapela FEWS, która grała na supporcie i swobodnie wymieniała opinie o koncercie zresztą publiczności. Sami mówili, że się niesamowicie zaskoczyli, odbierając e-mail z prośbą o support dla Pixies na europejskiej trasie. Trzeba przyznać, że to fajnie ze strony tak dużych zespołów, że zapraszają do siebie takie undergroundowe perełki, bo nie oszukujmy się, że grając post punk jest cholernie trudno się wybić.

Jedynym mankamentem tego świetnego koncertu okazała się być frekwencja, gdyż ludzi było niewiele. Owszem, pod sceną zgromadził się tłum i to zdecydowanie większy niż na tradycyjnych, klubowych koncertach, ale miałem nadzieję mimo wszystko na trochę większy skład. Potwierdza to jednak tylko moje przekonanie o tym, że Pixies nigdy nie zdobyła takiej sławy, jaka by im się należała. Dobrze jednak, że nadal koncertują i są w całkiem przyzwoitej formie.

Udostępnij to

O autorze

Vincent13

Miłośnik gitary pod każdą postacią, otwarty na różne gatunki muzyczne- od bluesa i funku po progresywny metal. Rok bez Woodstocku uważa za rok stracony. Poza muzyką zakochany w kinie, powieściach Agathy Christie i dziełach Beksińskiego.