Nie pijcie Żubrówki z gwinta: Relacja z OFF Festival 2018 [5.08.2018]

0

Choć z roku na rok OFF Festival przyciąga coraz mniejszą ilością dużych nazw i staje się coraz bardziej „offowy”, organizator i główna twarz imprezy Artur Rojek robi co może, żeby utrzymać poziom muzyczny. I niezmiennie bardzo dobrze mu to wychodzi.

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead fot. M. Murawski

W tym roku, z racji koncertu Rogera Watersa, miałem możliwość być tylko na jednym dniu imprezy organizowanej w urokliwym miejscu, jakim jest Dolina Trzech Stawów w Katowicach. Jak zwykle najbardziej interesowała mnie szeroko pojęta muzyka rockowa, choć na OFF Festival jeździ się również po to, żeby odkrywać nieznane, doznawać nieoczekiwanych objawień i degustować różnych gatunków muzycznych. Wizytówką festiwalu jest jego eklektyzm, nad którym czuwa były lider Myslovitz i sztab jego pomocników. Artur przyznaje, że nad line-upem myśli cały rok, a nawet bywa, że planuje w głowie zestaw na kolejne edycje.

Wchodząc na teren imprezy od razu natknąłem się na koncert Rolling Blackouts Coastal Fever na głównej scenie. Lekkie, indierockowe granie szybko przykuło moją uwagę. Do gorącego klimatu i słonecznej aury taka muzyka nadawała się wręcz idealnie. Zespół pochodzi z Australii, choć bardziej kojarzy się z beztroską i słońcem Kalifornii. W zeszłym miesiącu wydali swój pierwszy długogrający album „Hope Downs”, chociaż na koncercie zaprezentowali też po trzy utwory z wcześniejszych EPek. Jeżeli lubicie lekką, „łatwo wchodzącą” muzykę, być może kojarzącą się z wczesnym R.E.M. to Rolling Blackouts Coastal Fever powinno przypaść wam do gustu.

Scena Leśna jest chyba moją ulubioną na OFF Festivalu. Zauważyłem, że często występują tam zespoły kultowe, które jednak są zbyt zakręcone, by wystąpić na głównej scenie. A być może jest to zamierzony zabieg i ich kultowość ma pozostać tylko w kręgu wtajemniczonych? W każdym razie na tej scenie zawsze odkrywam coś naprawdę interesującego. Tak było w 2010 roku z The Fall, a w następnych latach zagościli na niej m.in. Mick Harvey grający utwory Serge’a Gainsbourga, Sun Ra Arkestra i Made in Poland wykonujący swoją płytę „Martwy Kabaret”. Tym razem wrażenie zrobiło na mnie hardcore’owe trio Unsane z Nowego Jorku. Grupa wyszła na scenę, gdy rozglądałem się w strefie stoisk z płytami i merchandisem, jednak dźwięki dobiegające ze sceny zainteresowały mnie na tyle, że postanowiłem się tam udać. W drodze spotkałem jeszcze pędzącego Conrada Keely’ego z …And You Will Know Us By The Trail of Dead, więc uznałem to za dobry wyznacznik. I rzeczywiście, Unsane zahipnotyzowali swoim brutalnym i surowym brzmieniem na tyle, że większość słuchaczy, w tym ja, nie ruszyli się spod sceny nawet gdy zaczął padać ulewny deszcz. Warto było zmoknąć dla tego występu. Żywioł wody został pokonany przez żywioł przesterowanej ściany dźwięku, którą potrafili wytworzyć jedynie trzej muzycy. Co ciekawe, w porównaniu z ostatnią płytą studyjną, wokal Chrisa Spencera nie był przesterowany i nie brzmiał tak histerycznie, a mimo to bardziej potężnie. Chętnie wybiorę się na jakiś klubowy koncert, jeżeli tylko wrócą do Polski.

Unsane fot. M. Murawski

Po Unsane czas było wrócić na główną scenę, bo tam już instalowało się zjawisko, jakim jest norweskie Turbonegro. Zespół ten nie tylko hołduje rockandrollowym tradycjom, grając muzykę spod znaku The New York Dolls, Ramones, Kiss czy The Stooges, czyli łącząc glam i punk lecz dorzuca do tego jeszcze gejowską otoczkę. Panowie wyglądają jak żywcem wyjęci z teledysku ‘Y.M.C.A.’ Village People, a wokalista w dżinsowym wdzianku, w makijażu i wytatuowany od stóp do głów robi chyba najbardziej niepokojące wrażenie. Muzycy doskonale wiedzą jednak, że w rockandrollu chodzi o zabawę, dlatego zarówno swój image, jak i teksty traktują z przymrużeniem oka. Zaprezentowali takie utwory, jak m.in. ‘Hurry Up & Die’ z ostatniej płyty „RockNRoll Machine”, ‘All My Friends Are Dead’ oraz ‘I Got Erection’ na koniec. W międzyczasie znalazło się także miejsce dla coveru Queen ‘Bohemian Rhapsody’ oczywiście odśpiewanego wraz z publicznością. W takich okolicznościach bardzo łatwo o tandetę, jednak Turbonegro balansowało na jej granicy bardzo umiejętnie.

Ostatnim i najważniejszym dla mnie punktem soboty był występ …And You Will Know Us By The Trail of Dead wykonujących w całości swój kultowy album „Source Tags & Codes”. Chociaż śledzę poczynania Teksańczyków właśnie od premiery tej płyty, czyli od mniej więcej 16 lat, nigdy nie widziałem ich na żywo, choć o Polskę w międzyczasie parę razy zahaczyli. Czy można było trafić lepiej niż na wykonanie od początku do końca ich największego dzieła? I tak, i nie. Na pewno repertuar stanowił najmocniejszą część koncertu, lecz muzycy byli w stanie, który nie pozwalał na dbałość o szczegóły. Niestety nikt nie powiedział im, że picie Żubrówki z gwinta przed i w trakcie występu to jednak nienajlepszy pomysł. Tym bardziej, że są Amerykanami. W związku tym całkiem pokaźnie zgromadzona publiczność zamiast przeżywać ekstazę słuchając na żywo jednego z legendarnych albumów XXI wieku musieli oglądać zmagania muzyków z instrumentami, co powodowało lekkie rozjeżdżanie się niektórych utworów.

Nie było jednak tak strasznie, a ‘It Was There That I Saw You’, ‘Another Morning Stoner’ czy ‘How Near How Far’ zachowały swoją moc i jednocześnie ten dziwny melancholijny klimat. W ostrzejszych ‘Homage’, ‘Heart in the Hand of the Matter’ i ‘Days of Being Wild’ obowiązki wokalisty i gitarzysty przejmował Jason Reece, a za perkusją siadał lider Conrad Keely. Widać, że nie jest on naturalnym perkusistą, lecz dawał radę w tych szybkich, niemal hardcore’owych utworach, nawet będąc pod wpływem wspomnianego trunku i pewnie nie tylko jego. Przed wykonaniem ostatniego, tytułowego ‘Source Tags & Codes’ Conrad zapowiedział, że jest to utwór o wyjechaniu z małego miasta do większego i pozostawieniu w nim części siebie oraz ofiarowanie części temu nowemu miejscu w ramach poszukiwania siebie. Szkoda, że takich wtrąceń nie było więcej, a Trail of Dead potraktowali występ trochę za bardzo na luzie. Warto było jednak zobaczyć ich na żywo, choć myślę, że z koncertu zadowoleni wyszli głównie fani znający twórczość grupy. Po odegraniu całej płyty muzycy zagrali jeszcze ‘Will You Smile Again?’ i ‘Caterwaul’ z „Worlds Apart” oraz bodajże ‘Richter Scale Madness’.

Szkoda, że na OFF Festivalu w tym roku nie mogłem pozostać dłużej, bo nawet ta krótka obecność obudziła we mnie nastrój relaksu, a z drugiej strony ekscytacji. Taki wachlarz emocji, doznań muzycznych i brzmień jest możliwy tylko w tym miejscu. Za rok również chętnie wrócę do Doliny Trzech Stawów i tym razem obiecuję poprawę.

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!