Najgorszy Festiwal Świata: Relacja z Impact Festival [26.06.2018]

0

W Krakowie zakończyła się kolejna edycja Impact Festivalu. Jako główna gwiazda wystąpił kończący karierę Ozzy Osbourne i tylko on nie był zawodem tegorocznej imprezy. Festiwal organizowany przez Live Nation Polska coraz bardziej staje się natomiast synonimem żenady i nieudolności. Trochę to dziwne, bo w końcu jest to największa agencja koncertowa na świecie i właściwie monopolista, jeżeli chodzi o dostęp do największych gwiazd.

Pamiętacie jeszcze wielki festiwal na Bemowie dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi, na którym występowali m.in. Rammstein, Red Hot Chili Peppers, Slayer, KoRn i Public Image Ltd.? Było to już 6 i 5 lat temu, a wspomnienia odchodzą do coraz bardziej odległej historii. Organizację imprez na warszawskim lotnisku zaprzestano prawdopodobnie przez protesty okolicznych mieszkańców, a festiwal w 2014 roku zorganizowano w Atlas Arenie. Już wtedy ciężko było nazwać to festiwalem – były to po prostu koncerty Black Sabbath i Aerosmith dzień po dniu. W kolejnych latach było jeszcze dziwniej, jak chociażby w zeszłym roku, kiedy „festiwal” odbył się 15 i 17 czerwca – z jednym dniem wolnym w środku. Widzieliście kiedyś podobną imprezę nazywaną festiwalem? Ja nie. Nie widziałem do tej pory również festiwalu z trzema zespołami, tak jak miało to miejsce w tym roku. W listopadzie 2017 roku ogłoszono, że gwiazdą tegorocznego Impactu będzie Ozzy Osbourne. Nazwy kolejnych „gwiazd” miały zostać podane wkrótce. Ceny, prawie 350 zł, jakoś dało się przeboleć – w końcu to festiwal, więc zapewne organizatorzy staną na wysokości zadania i Księcia Ciemności nie będzie supportować Zenek Martyniuk lub Doda. Rzeczywistość nie okazała się tak różowa jak kozaki wspomnianej wokalistki. Dwa tygodnie przed koncertem w Polsce czeskiemu oddziałowi Live Nation udało się zorganizować w Pradze koncert Ozzy’ego z supportami takimi jak Jonathan Davis (wokalista KoRn), Lords of the Black (z Ronniem Romero, obecnym wokalistą Rainbow) oraz Hollywood Vampires. Bilety kosztowały 100 zł taniej niż u nas. We Włoszech Live Nation zorganizowało, pewnie za pomocą czarów, Firenze Rocks z obsadą w postaci Ozzy’ego, Guns N’ Roses, Foo Fighters, Judas Priest i Iron Maiden. W Polsce natomiast geniusze marketingu wpadli na pomysł ściągnięcia cover bandu grającego muzykę z gwiezdnych wojen – Galactic Empire – oraz Bullet For My Valentine. Na tym zakończył się line-up wydarzenia szumnie zwanego festiwalem. Okazało się, że w polskich realiach nie jest „frajerem” ten, kto przeoczył zakup biletu na koncert ukochanego wykonawcy, lecz ten, który kupił go od razu. Ceny zaczęły spadać i w końcu można było nabyć bilet wyceniony pierwotnie na 335 zł za 80 zł. Niestety, przy tak słabym składzie i ciągłych zmianach warunków nie przekonało to fanów rocka do zakupu i ostatecznie hala na wczorajszym koncercie świeciła pustkami, czyli była zapełniona może w 60-70%. Nie wyprzedać kilkunastotysięcznego obiektu na pożegnalnej trasie Ozzy’ego Osbourne’a, jednej z największych gwiazd w historii muzyki rozrywkowej – Polak potrafi. A przynajmniej polski oddział Live Nation.

Przejdźmy jednak do samych koncertów. Jako pierwsi swój półgodzinny set zaprezentowali Galactic Empire. Grupa, która jeszcze do niedawna grała w małych klubach w Stanach Zjednoczonych w tym roku została zaproszona na europejskie festiwale i zyskała całkiem pozytywne przyjęcie. Jest to jednak ciekawostka, która może występować jako rozgrzewacz gdzieś na bocznej scenie dla fanów Gwiezdnych Wojen. Myślę, że dla przeciętnego słuchacza, takiego jak ja, który nie jest miłośnikiem filmowej sagi, nie był to jeden z koncertów życia. Bardziej na miejscu był występ Bullet For My Valentine, którzy choć odlegli stylistycznie od gwiazdy wieczoru, na pewno w większym stopniu rozgrzali publiczność. Byli też tacy, którzy zjawili się głównie dla nich, co było widać po przyjęciu grupy oraz wspólnymi zaśpiewami w niektórych kawałkach. Koncert Bulletów także był krótki – trwał około 40 minut.

Co chwilę słyszę narzekania, że Ozzy ledwo się rusza, że fałszuje, że powinien zakończyć karierę sto lat temu i każdy kolejny koncert przekonuje mnie, że to nieprawda. Był to mój czwarty koncert Ozzy’ego/Black Sabbath i jak na każdym z nich Ozz zaprezentował się w świetnej formie zamykając gęby wszystkim malkontentom. Po występie nie słyszałem już żadnego narzekania, tylko słowa podziwu, że pomimo 70 lat Książę Ciemności wciąż jest jednym z najlepszych showmanów w rock and rollu. Okazuje się, że na równego mu wyrósł po tych wszystkich latach jego wierny gitarzysta Zakk Wylde, wracający z wygnania do zespołu. Zakk zajmował całą prawą stronę sceny i robił wielkie wrażenie swoim image’m, ubiorem i przede wszystkim warsztatem gitarowym. Ozzy odstąpił mu nawet sporą część czasu i gdy uciekł za kulisy na zwyczajowy odpoczynek, Wylde zszedł do publiczności i zaczął szaleć riffami i solówkami z ‚Miracle Man’, ‚Crazy Babies’, ‚Desire’ i ‚Perry Mason’. Kto był na ostatnim koncercie Black Label Society w Stodole lub jego solowej sztuce w Łodzi wie o czym mówię. Dziesięć minut nieustannego wyciskania gitary do ostatniej drzazgi. Wielki szacunek.

Jeżeli chodzi o materiał, który zaproponował Ozzy, nie było tu wielkich zaskoczeń. Ta sama setlista na całej trasie, a wydaje się, że nawet ta sama od ostatnich 20 lat. Czyli trzymanie się żelaznych klasyków i brak czegokolwiek nowszego, niż z płyty ‚No More Tears’ z 1991 roku. Tym razem szalony wokalista nie promuje nawet nowego albumu, więc nie musiał dorzucać niczego w stylu ‚Let Me Hear You Scream’ czy ‚Not Going Away’, które i tak wylatywały z setu po paru wieczorach. Kto był w 2011 roku w Ergo Arenie w Gdańsku mógł przeżyć deja vu – te same utwory, co teraz plus ‚No More Tears’ i ‚Road to Nowhere’, dodane pewnie dlatego, że napisał je również Zakk. I wydaje mi się, że kawałki, w których w oryginale palce maczał gitarzysta również najlepiej wypadały. Muzycy zaczęli od ‚Bark at the Moon’, ‚Mr. Crowley’ i ‚I Don’t Know’, a następnie wykonali coś z macierzystej kapeli Ozzy’ego, czyli ‚Fairies Wear Boots’. Z jednej strony trochę nie rozumiem grania piosenek Black Sabbath na solowych koncertach – nikt nie zagra ich tak jak Iommi, a zamiast nich mógłby pojawić się jakiś ciekawy rarytas. Ponadto Sabbaci dopiero w zeszłym roku zakończyli intensywną, pożegnalną trasę, więc może dobrze byłoby wprowadzić trochę świeżości i urozmaicenia. W podstawowej części koncertu znalazły się również kolejne żelazne pozycje z ery Randy’ego Rhoadsa, ‚Suicide Solution’ oraz ‚Crazy Train’, a także ‚Shot in the Dark’, chyba jedyny lubiany przez Ozza utwór z płyty „The Ultimate Sin”. Ponad 1,5 godzinny występ zakończyły na bis ‚Mama, I’m Coming Home’ oraz ‚Paranoid’. Ozzy dał z siebie wszystko, śpiewał świetnie, dość żwawo ruszał się na scenie i był w bardzo dobrym humorze. Wspiera go grupa doskonałych instrumentalistów, w tym, oprócz Zakka, długoletni basista Blasko, perkusista Tommy Clufetos, który grał przez ostatnie lata również w Black Sabbath oraz klawiszowiec/gitarzysta Adam Wakeman, syn słynnego Ricka Wakemana z Yes. Jedynie nagłośnienie mogło lekko popsuć odbiór koncertu – dudnienie zamiast basu i mało selektywne brzmienie. Dodatkowym zaskoczeniem było dla mnie zamknięcie sklepiku z pamiątkami już w trakcie występu. Być może ekipa spieszyła się już do następnego miasta. Jednak po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją, gdzie po koncercie nie można już kupić koszulek.

Kolejna odsłona Impactu, czyli obecnie Najgorszego Festiwalu Świata, przeszła do historii. Być może do historii przejdzie i cała impreza, bo nie wiem ile jeszcze eksperymentów pod tą nazwą zniosą fani. Honor tegorocznej edycji uratował jedynie niezawodny i niezniszczalny Ozzy Osbourne. Organizatorom radzę wreszcie przemyśleć swoją strategię, a przynajmniej dać fanom utopić smutki, bo 12 zł za 0,4l sikacza w plastiku to kolejna gruba przesada.

Ozzy Osbourne Setlist Impact Festival 2018 2018, No More Tours 2

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!