Co jakiś czas ogłasza się w Polsce nowy metalowy festiwal, który stawia sobie za cel zaspokojenie gustów i potrzeb naszych rodzimych metalowców. Nierzadko polscy organizatorzy wzorują się na sąsiadach zza południowej granicy, czyli Czechach, czy nawet Słowacji, gdzie duże, kilkudniowe imprezy dla fanów ciężkiej muzyki mają się całkiem nieźle i z roku na rok przyciągają rzesze ludzi ze wszystkich krajów Europy. Sukces i popularność Brutal Assault nie podlegają dyskusji, jednak oprócz tego wydarzenia u naszych sąsiadów z równym powodzeniem, trochę tylko na mniejszą skalę, odbywają się między innymi MetalGate Czech Death Fest, Obscene Extreme czy Gothoom Festival. Nie należy się zatem dziwić, czemu Polacy też pragną mieć swoje metalowe święto z prawdziwego zdarzenia. Do listy festiwali, które można wpisać na listę pretendentów do miana polskiego Brutala dołączył rok temu Metal Mine, a tegoroczną drugą edycją potwierdził, że jest bardzo silnym kandydatem i może jeszcze dużo zwojować na naszej rodzimej scenie.

Przytoczyłem na początku inspiracje czeskimi festiwalami, a gdzie mogły by one być większe niż w miejscowości położonej 20 km od granicy z Czechami? Wałbrzych jest malowniczym, pełnym pagórków miastem położonym na południu Polski, znanym w dużej mierze z przemysłu i górnictwa, a co za tym idzie, z kopalni. Jeśli zastanawiacie się, skąd nazwa „Metal Mine”, to chyba wszystko powoli staje się jasne. Wałbrzyski festiwal metalowy organizowany jest bowiem w Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia, mieszczącym się w dawnej Kopalni Węgla Kamiennego „Julia”. Jak można przeczytać na stronie internetowej obiektu, „dzięki przeprowadzonej gruntownej rewitalizacji Stara Kopalnia stanowi nowoczesne centrum nauki i sztuki, tworząc atrakcyjną przestrzeń dla turystyki, aktywnych działań na polu kultury i edukacji.” Najwidoczniej nie są to jedynie puste słowa. Stara Kopalnia, poza pełnieniem funkcji turystycznej, służy również jako niezwykłe miejsce do koncertów. Czemu niezwykłe? A czy widok Furii, mającej na swoim koncie album „Guido” nagrany 300 metrów pod ziemią, koncertującej na terenie kopalni, pośród dużego i ciężkiego sprzętu górniczego oraz wież szybowych to nie kwintesencja metalu?

Zacznijmy jednak od początku. Według rozpiski czasowej, która od kilku tygodni krążyła w Sieci, otwarcie bram miało nastąpić o 15, a występ pierwszej z kapel, lokalnej grupy Veal, pół godziny później. Niedane mi było zweryfikować prawdziwość tych informacji, bo na miejscu stawiłem się niemal równo z rozpoczęciem występu drugiego zespołu, grindcore’owców z F.A.M. Wychodząc od razu z założenia, że świńskie wokale i chrumkanie do mikrofonu to nie do końca moja bajka, pierwszym celem stało się pole namiotowe, które okazało się jednym z bardzo niewielu mankamentów festiwalu. Działka przeznaczona do rozbijania namiotów nie znajdowała się bowiem bezpośrednio na terenie Starej Kopalni, tylko z nią graniczyła, co w pewnym stopniu izolowało ją od całego festiwalu. Na dodatek przylegała do niewyremontowanej części dawnej kopalni „Julia”, co sprawiało kiepskie wrażenia estetyczne, gdy kilka chwil wcześniej przewędrowało się przez wypasiony, robiący wrażenie i pachnący jeszcze nowością teren Starej Kopalni. Denerwujący był również fakt, że po pobudce próżno było na polu namiotowym szukać toalet i kranów (co się z nimi stało, tego nie jestem pewien – biorąc pod uwagę fakt, że raczej żaden z festiwalowiczów nie zwędził Toi Toia, to pewnie zostały one zabrane wcześnie rano). Z drugiej jednak strony, na pewno nikt nie przyjechał na Metal Mine ze względu na pole namiotowe, a tym bardziej nie zniechęci się do festiwalu przez jego usytuowanie i odległość od terenu festiwalowego. Skupmy się więc na muzyce.

Pierwszym zespołem, który w pełni dane mi było oglądać, był więc nie Veal, nie F.A.M, a czeski Antigod. Kapela założona w 2010 roku przez muzyków udzielających się wcześniej w wielu innych czeskich zespołach ma na koncie 2 albumy studyjne, w tym wydany w 2015 roku „Wareligion”. Prezentowany przez nich thrash z naleciałościami death metalu i militarną rytmiką ściągał coraz bliżej sceny nieśmiałych, jeszcze niezbyt nasączonych piwem fanów metalu. Po Antigod na scenie zagościł Eternal Deformity, prezentując ciekawą mieszankę gothic i doom metalu z przebłyskami progresji i silnie wyeksponowanymi klawiszami (czasami zbyt silne, co można było też odczuć kilka tygodni temu, podczas ich koncertu na Przystanku Żory).
Mimo faktu, że na scenę wchodził dopiero In Twilight’s Embrace, a do prawdziwych wisienek na torcie zostało jeszcze trochę czasu, wiadomym już było, na co organizatorzy Metal Mine postawili największy nacisk. Nie było to wspomniane wcześniej pole namiotowe, które jest przecież tylko dodatkiem do festiwalu. Nie były to też budki z piwem (których były dwie, a od zachodu słońca zaczęły zamiast piwa czeskiego serwować Warkę w puszkach), ani też stoiska z jedzeniem, na które narzekało sporo ludzi (food trucki w przyszłym roku to top 5 na waszej liście, Metal Mine!). Świetnie prezentująca się scena, światła i bardzo dobre nagłośnienie to coś, z czego miejmy nadzieję impreza w Wałbrzychu zasłynie najbardziej i podobnie jak w tym roku, będzie zgarniała w tym aspekcie maksimum punktów. Nie zdarzyło mi się jeszcze trafić na festiwal, na którym każdy jeden zespół byłby przeze mnie słyszany tak selektywnie i wyraźnie, żaden instrument nie byłby zagłuszany przez inny, a zespoły nawet przeze mnie nieznane zachęcały czystością dźwięku do tego, żeby je posłuchać i poznać. Metal Mine ta sztuka się udała i chwała im za to.

Nawiązując jeszcze do In Twilight’s Embrace – Poznaniacy to stale zyskująca na znaczeniu na polskiej scenie grupa (w końcu wydaje ją Arachnophobia Records), a jej death metal, na pierwszy rzut ucha inspirowany przede wszystkim dokonaniami szwedzkich gigantów tego gatunku, świetnie sprawdza się na tego typu imprezach. Zapowiedziana na drugą połowę września płyta „Vanitas” to pozycja, którą czym prędzej należy dodać do swojej listy ciekawych jesiennych wydawnictw.
Pierwszym sporym muzycznym zaskoczeniem, w tym przypadku jak najbardziej pozytywnym, była dla mnie grupa Doomas. Słowacy, opisujący swój gatunek muzyczny jako melodic dark doom metal, mający na koncie 2 longplaye, to rzeczywiście wyjątkowa mieszanka ciężkich, mięsistych riffów, przygnębiającego klimatu i szorstkiego wokalu. Zagrany pod koniec występu tytułowy kawałek z albumu „La Muerte” utwierdził słuchaczy w przekonaniu, że warto zgłębić twórczość Słowaków.

Obawy fanów przed koncertową formą Obscure Sphinx mogły być słuszne – w końcu zespół rozstał się z wieloletnim gitarzystą, Tomaszem „Yonym” Jońcą, który występował z grupą niemal od samego początku. Nie ukrywam, że niepokój ten udzielił się również mi, ale, jak się okazało, zupełnie niesłusznie. Obscure Sphinx, mimo że, według zapowiedzi, ma zamiar pozostać kwartetem, w trakcie koncertu wydawał się jakby odświeżony i pełen nowej energii, a obawy przed brakiem Yony’ego i związaną z nim utratą potężnego brzmienia były niesłuszne. Być może to sprawka świetnego nagłośnienia i specyficznej akustyki Starej Kopalni, która jeszcze bardziej wzmocniła odbiór zespołu, ale kapela dowodzona przez Wielebną, która zaprezentowała się w nowej fryzurze i stroju dała jeśli nie najlepszy, to drugi w kolejności koncert na Metal Mine. Ciężko było po występie Obscure Sphinx dojść do siebie, a najlepsze miało dopiero nadejść.

Jako główna gwiazda festiwalu zapowiadani byli Grecy z Septicflesh. Zespół, który z albumu na album coraz bardziej sięga po motywy orkiestrowe, wydaje się już powoli w nich zatracać. Mnogość sampli przywodzi na myśl Samaela i przypomina żarty fanów po ich koncercie na Metalmanii, które brzmiały mniej więcej tak:

– Dlaczego musieliśmy czekać tak długo na Furię?
– Bo Samael zapomniał pendrive’a.

Koncert Septicflesh mógł narzucać podobne skojarzenia. Wrażenia nie polepszał wokalista, Spiros Antoniou, który bas nosił najwyraźniej jedynie „dla szpanu” i używał go tylko sporadycznie, co zapewne nie umknęło uwadze widzów. Sytuacji nie uratował nawet Krimh, który w swoim stylu dwoił się i troił  na perkusji, nie wpływając jednak znacząco na mój ostateczny odbiór kapeli. Po koncercie nie mogłem się wyzbyć myśli w stylu „O co im w ogóle chodzi?” Były też jednak zalety tego występu – zrobiło się już zupełnie ciemno, więc w pełni można się było delektować znakomitą pracą świateł na scenie, jak i oświetleniem Starej Kopalni i znajdujących się dookoła wież szybowych, które mieniły się na różne kolory i tworzyły wspaniały efekt.

Po występie gwiazdy głównej pozostały jeszcze dwa koncerty naszych rodzimych kapel. Na pierwszy strzał poszli Acid Drinkers, którzy przyjechali prosto z Tych, gdzie o 16:45 dali pierwszy koncert tego dnia. Drugi należał do Metal Mine. Popularne Kwasożłopy zawsze są w formie i słucha się ich przyjemnie, nawet po raz dziesiąty czy dwudziesty, jednak brak Jankiela daje się mocno odczuć w tym zespole. Nie wnikam w kulisy odejścia Wojciecha Moryto z Acidów, jednak był on członkiem, który znakomicie uzupełniał całą resztę składu, będąc zarówno sprawnym gitarowym, jak i świetnym wsparciem wokalnym dla Titusa. Acid Drinkers zawsze mogli się pochwalić drugim gitarowym, który umiał dobrze śpiewać i zaryczeć jak lew – przed Jankielem był przecież Olass, Lipa czy Litza. O ile nowy gitarzysta radzi sobie na gitarze, tak pod względem wokali ma jeszcze przed sobą długą drogę i mam wątpliwośći, czy dorówna kiedyś swoim poprzednikom. Bądźmy jednak dobrej myśli i wytłumaczmy niski poziom energii ze strony Bobby’ego podwójnym koncertem i zmęczeniem.

Furia ma to do siebie, że lubi grać ostatnia, gdy ludzi jest już nieco mniej, a pod sceną zostają najbardziej zagorzali fani, chcący dać się zahipnotyzować przez Nihila i spółkę. Lider Furii ma w sobie coś wyjątkowego – chodzi tu być może o jego niespotykaną szczerość sceniczną i poczucie, że jego muzyka w stu procentach oddaje jego osobowość i postawę. Można się podśmiewać z jego wywiadów i jednowyrazowych odpowiedzi, ale wystarczy usłyszeć ze sceny jego ponure „dziękuję” po każdym z kawałków i od razu buduje się przed nami obraz muzyka, który wyraża się poprzez swoją twórczość, a nie zabawianie fanów anegdotami i żartami. Rozpoczynając od „Opętańca”, przez „Zamawianie Drugie”, kończąc na również zagranym „Zabieraj Łapska”, utwory Furii mają w sobie część Nihila i budują wokół siebie niepowtarzalny klimat, który wielu chce podrobić, a nikomu jak na razie się jeszcze nie udało.

Jak najlepiej podsumować festiwal Metal Mine? Czy dające się słyszeć wśród uczestników imprezy głosy, że „będzie to kiedyś polski Brutal Assault” znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości? Ciężko stwierdzić. Miejmy jednak nadzieję, że organizatorom wydarzenia w Wałbrzychu uda się z biegiem czasu wyrobić markę, która będzie rozpoznawana nie tylko w Polsce, lecz w całej Europie. Trzymajmy też kciuki, żeby tak dobrze zapowiadający się festiwal nie podzielił losów Dark Festu czy Metalfestu. Nie od razu Brutal (w takiej formie jak teraz go oglądamy) zbudowano, więc pozostaje nam jedynie czekać, aż Metal Mine małymi krokami będzie się rozwijał i rozrastał.
Warto pamiętać, że była to dopiero druga edycja tej imprezy, a organizatorzy mają na uwadze sugestie uczestników i obiecali już rozwiązać pewne problemy przy następnej edycji. Co możemy zrobić, żeby im pomóc? Odpowiedź jest prosta – za rok wszyscy widzimy się w Wałbrzychu na Metal Mine 2018!

PS
Dzięki uprzejmości Rafała Kotylaka prezentujemy poniżej pełną galerię zdjęć z tegorocznego Metal Mine. Zapraszamy do polubienia jego fanpage’a na Facebooku oraz odwiedzenia jego strony internetowej.

Udostępnij to

O autorze

Rafał Stempień

Headbang motherfucker.