Marilyn Manson: Relacja z koncertu na Torwarze [13.06.2018]

0

Chociaż miał w swojej karierze wzloty i upadki, Marilyn Manson wciąż przyciąga na swoje koncerty spore rzesze fanów. Nie inaczej było wczoraj na warszawskim Torwarze. Manson zgromadził więcej widzów niż Hollywood Vampires dzień wcześniej, ale czy dorównał swojej reputacji?

Po zeszłorocznym koncercie słynny skandalista pozostawił fanów z mieszanymi uczuciami. Ja stanąłem po stronie tych usatysfakcjonowanych. Podczas Metal Hammer Festival Manson zagrał przekrojowy set złożony w większości z hitów oraz dorzucił parę premierowych kawałków z niewydanego jeszcze wtedy „Heaven Upside Down”. Byłem przygotowany na to, że prawie 50 letni Brian Warner to już nie ten sam szaleniec, co w połowie lat 90-tych, tylko raczej cyniczny pan w wieku średnim, który wygodnie żyje i nie zamierza więcej w pojedynkę walczyć ze światem.

Artysta w Warszawie zaprezentował się w lepszej formie, niż rok temu w Katowicach. Przede wszystkim wydawał się być trzeźwy i w lepszym nastroju. W Spodku włóczył się po scenie i rozwalał elementy scenografii, wczoraj wydawał się być bardziej skupiony i jednocześnie zadowolony z miejsca, w którym się znajduje. Do połowy podstawowego setu wszystko szło doskonale. Muzycy rozpoczęli mocnym uderzeniem w postaci ‚Irresponsible Hate Anthem’, które kontynuowali dzięki ‚Angel With the Scabbed Wings’, ‚Deep Six’, ‚This Is the New Shit’, ‚Disposable Teens’ i ‚mOBSCENE’. Niestety, po sześciu utworach z głośników popłynął jakiś niejasny komunikat, który większość, w tym ja, wziął za intro do kolejnego utworu. Okazało się to alarmem (przeciwpożarowym?) spowodowanym prawdopodobnie nadmiernym zadymieniem. Rzeczywiście, ekipa artysty wyprodukowała hurtowe ilości sztucznej mgły i ku rozpaczy smartfonowców ciężko było w takich warunkach robić zdjęcia. Choć i tak nie dawali za wygraną. Ewakuacja została odwołana parę minut po rozpoczęciu co wprowadziło lekki chaos. „Na szczęście” my, ściśnięci pod sceną, nawet nie zdążyliśmy się ruszyć. Manson wrócił dokończyć występ, lecz z nim wróciły również problemy ze Spodka – niekończące się przerwy pomiędzy utworami. Nie było wiadomo czy to już zejście na bis, dalsze konsekwencje ewakuacji, problemy techniczne czy po prostu jakieś dziwne kaprysy gwiazdy wieczoru. Po kolejnej takiej przerwie niektórzy zaczęli wychodzić zniecierpliwieni oczekiwaniem i przebiegiem koncertu.

Wybór utworów był również dość zróżnicowany, lecz przewidywalny – od najstarszego ‘Sweet Dreams’ poprzez mocną reprezentację płyty „Antichrist Superstar” (aż 4 kawałki), do ‘Kill4Me’ i ‘Say10’ z ostatniego albumu. Wśród jedynie 14 zagranych utworów ciężko zresztą oczekiwać, by połowę stanowiła np. reprezentacja „Heaven Upside Down”. Było wszystko, co być powinno i niewiele ponad to. Gdyby nie przerwa spowodowana ewakuacją i ociąganie się pomiędzy utworami koncert potrwałby pewnie niespełna godzinę. To drugi i chyba ostatni już zarzut – za krótko! Muzycznie wszystko się zgadzało, Manson był w dobrej formie wokalnej i fizycznej. Zespół, pomimo ostatnich roszad, czyli odejścia Tylera Batesa i Twiggy Ramireza zaprezentował się solidnie, a najnowszy nabytek, basista Juan Alderete, który wcześniej grał m.in. z Mars Volta szybko wpasował się do składu. Na bis zabrzmiał cover Lost Boys ‘Cry Little Sister’ wykonywany od niedawna, co wobec ilości dobrych autorskich kompozycji, dla których zabrakło miejsca w setliście jest trochę niezrozumiałym posunięciem.

Jako support wystąpił Stone Sour, czyli zespół wokalisty Slipknot, Coreya Taylora. Dla części fanów to był koncert wieczoru i grupa z pewnością ich nie zawiodła dając występ dłuższy niż Marilyn Manson. Corey i spółka zaprezentowali hity takie jak ‘Trough Glass’ czy ‘Bother’, a także sporą ilość muzyki z ostatniego albumu „Hydrograd”. Mnie takie granie jednak nie przekonuje i wczorajszy show nie zmienił mojego zdania. Zaskoczyło mnie jedynie, że Stone Sour bliżej niż dalej do Slipknota – momentami była to ostra metalowa sieczka, za którą z kolei tęsknią fani zamaskowanej ósemki z Des Moines.

Marilyn Manson Setlist Hala Torwar, Warsaw, Poland 2018, Heaven Upside Down

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!