„Muzyka country to trochę jak amerykańskie disco polo”. Każdemu, komu takie zdanie chociaż raz przeszło przez głowę, proponuję przesłuchać całą dyskografię Johnny’ego Casha jednocześnie waląc się krzesłem po łbie, potem można czytać moje wypociny dalej.

Mimo że do słuchania tego gatunku przyznaje się bez wstydu od lat, zawsze mi czegoś w nim brakowało. Siła tej muzy tkwi w prostocie i melodii, jednak kiedy jest się fanem metalu, słuchając kwilenia gitary akustycznej podstarzałego, sympatycznego kowboja z przedmieścia, po jakimś czasie zaczyna się tęsknić za mięchem, zapachem krwi ofiar składanych z dziewic Panu Szatanowi i przesiąkniętą złem i mrokiem energią ekstremy. Żyłam więc ja lawirując między Davidem Allanem Coe a grupą Death i zastanawiałam się czy już pora wśród licznych chorób psychicznych odhaczyć także schizofrenie. Przed pójściem do psychiatry uchronił mnie projekt Rebel Meets Rebel, który był pierwszą kombinacją metalu i country, jaką usłyszałam. Ale za mało to było mroczne, za mało klimatyczne i za mało wyraziste, a za bardzo heavy. Dopiero w 2015 roku za sprawą mojego niezdetronizowanego od kilkunastu lat mentora muzycznego – Łukasza Dunaja i pisma Noise Magazine, dane mi było poznać Króla Kolesia, który może i jest jedną z kalek (ale niefortunne słowo) innych wykonawców lecz zdecydowanie moją ulubioną. Od tamtego czasu ciemna strona country, dark folk – nazywajcie jak chcecie – to obok death/black metalu najlepsze, co się kiedykolwiek przytrafiło moim uszom. Potwierdzenie tego stwierdzenia na gdańskim koncercie King Dude, było czystą formalnością.

Publiczność zebraną w klubie B90 miała rozgrzać formacja Them Pulp Criminals, nad którą zachwycam się nieprzerywanie od pierwszego odpalenia ich EPki. To wówczas poczyniłam także swój pierwszy krok w kierunku zostania zastępcą wróżbity Macieja i wywróżyłam chłopakom support przed King Dude. Nie ma w Polsce bardziej pasującej do tej roli kapeli i to jeszcze jak dobrej kapeli, niech im Lucyfer za te dźwięki w (wspomnianych już) dziewicach wynagrodzi.

Jak na klasyczny otwieracz przystało, Them Pulp Criminals rozpoczęli występ bez entuzjastycznego szału zebranych, a cisza przed „130” tylko spotęgowała wydźwięk utworu. Grając kolejno „Lucifer is Love”, „Ballad of a Highway Spirit” i „Jack Torrance” kapela wprowadzała coraz bardziej skupioną publiczność do swojego świata, strzeżonego przez mrocznych kowbojów w czarnych płaszczach. Poza znanymi z debiutanckiego longplaya numerami, zespół zaprezentował niepublikowany wcześniej utwór, który podsycił mój rosnący z dnia na dzień apetyt na ich kolejny krążek. Oprócz tego pojawił się też cover grupy The Doors „My Eyes Have Seen You” – ten z kolei w interpretacji Them Pulp Criminals zyskał ciekawej drapieżności, głównie za sprawą szorstkiego lecz jakże romantycznego głosu Tymka. Doczekałam sie „(Don’t Bury Me in) Sacred Ground” i mimo małej pomyłki, którą wytknąć muszę (nie bo mi przeszkodziła w odbiorze, tylko żeby nie było, że nie słyszałam) nadal pozostaje jedną z moich ulubionych ballad ostatnich lat. Na deser dostaliśmy „Love in a Void”, który w oryginalnym wykonaniu Siouxsie & The Banshees nigdy nie przyciągnąłby mojej uwagi, tutaj idealnie spointował występ, a na płycie jest jednym z najmocniejszych jej punktów.

Do Gdańska jechałam przez pół polski głównie po to, żeby po raz pierwszy usłyszeć na żywo Them Pulp Criminals. Potwierdziło się moje przypuszczenie, że warto dla nich pokonać każdy kilometr, a ich muzyka jest złotym środkiem wszystkich oczekiwań i inspiracji moich uszu. Jednak mimo że kibicuje chłopakom z całej siły, to klub B90 był dla nich za duży i za bardzo surowy jak na muzykę stworzoną do grania w przydrożnych, dusznych, ale przytulnych i swojskich knajpach. Wokalista próbował z całych sił wprowadzić w nastrój, budował bardziej intymny klimat siadając na scenie, bliżej publiki, ale to nie pomagało. Them Pulp Criminals widzę w zatłoczonym barze, gdzie Tymek siedzi na wysokim krześle w swoich charakterystycznych okularach i wybija rytm muzyki na zgiętym kolanie. Obyśmy się kiedyś spotkali i w takich okolicznościach!

Drugą kapelą grającą u boku King Dude w Gdańsku było Drab Majesty. Od ogłoszenia ich wspólnej trasy zastanawiam się, kto wpadł na pomysł takiego połączenia. Jedyne co mogę powiedzieć o ich występie, to pochwalić za ciekawą stylówę i pomysł na siebie. Więcej nie dodam, bo słuchanie miksu Depeche Mode z The Cure i cholera wie czym jeszcze, nie należy do sposobów w jakie lubię spędzać czas. Występ przesympatycznych, ale dla moich uszu nieznośnych, niebieskowłosych Panów spędziłam uzupełniając płyny i oglądając merch pozostałych kapel.

Ostatnie czego się spodziewałam po Thomasie (prawdziwe imię Króla Kolesia) to bycia mistrzem ceremonii i władcą sceny. Jadąc na koncert miałam przed oczami może i pewnego siebie lecz umiarkowanie charyzmatycznego, nieufnego, a może nawet schowanego za gitarą mężczyznę. W klubie stanęłam oko w oko z duszą towarzystwa, gościem, który swoją obecnością sprawiłby, że pogrzeb dziadka ewoluowałby w najlepszą imprezę na jakiej byliście. Zwykle chwali się muzyków za świadome wykorzystywanie swoich umiejętności na scenie. King Dude bezapelacyjnie do nich należy, jednak ma także niesamowity dar wyczucia zbiorowego słuchacza i tworzenia z nim naturalnej, niewymuszonej żenującymi żartami czy lizaniem dupy więzi. Jest słownikowym przykładem dobrego frontmana rock’n’rollowej kapeli. Wchodzi na scenę z gitarą, flaszką, zawadiackim uśmiechem. Trochę na wyjebce, ale też lekko zestresowany pierwszą salwą braw, która obliguje do zagrania koncertu petardy. Wie gość kiedy sprzedać żart, kiedy i do kogo zagadać, a przede wszystkim nie pozwala odwrócić oczu od siebie, a uszu od swojej muzyki.

Grupy rockowe mają w zwyczaju swoimi najbardziej charakterystycznymi utworami bisować i kończyć koncerty. King Dude wolał go w ten sposób zacząć. Wjazd na dzień dobry z „I Wanna Die at 69” zrobił mi z mózgu papkę. Sytuacji nie poprawiły kolejne numery jak „Death Won’t Take Me”, „Our Love Carry On” czy „Fear Is All You Know”. Z kolei na „Silver Crucifix” tak jak się spodziewałam, wylazła ze mnie baba i mi się przysmarkało, ale chyba nie ma wstydu, bo samemu Królowi oczy się zaszkliły. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie skromna basistka, która pozostawała w cieniu na scenie, jednak zdecydowanie nadrabiała brzmieniem. Od pierwszej do ostatniej minuty grania czułam niskie dźwięki basu dudniące mi w uszach i wibrujące w gardle, a że to mój ulubiony instrument – zadowolonam była niezwykle. Numer „Rosemary” miał zakończyć występ, na szczęście King Dude uraczył publiczność bisem, podczas którego na scenie ponownie pojawiło się Drab Majesty – z 1/2 składu Dude wykonał utwór „Who Taught You How To Love” (jakże mi żal, że nie byli to Panowie z TPC, to nie macie pojęcia). Ostatecznie gdańska publiczność rozeszła się do domów w rytmie muzyki niosącej przesłanie, iż Lucyfer jest światłością świata…

Gdybym miała podsumować występ King Dude jednym słowem powiedziałabym – intensywny. A gdyby King Dude był superbohaterem byłby zdecydowanie Człowiekiem Emocją. A że ja w życiu właśnie intensywnych emocji poszukuję, to zaliczam spotkanie z Królem Kolesiem do jednego z najbardziej udanych koncertowych spotkań na jakie udało mi się w życiu dotrzeć. Całym serduchem polecam!

PS. To mój pierwszy gig w klubie B90, wielkie propsy za obsługę i ogarnięcie klubu. Czołówka miejsc do grania w Polsce.

PS2. Za wszystkie fotki wykorzystane w relacji bardzo dziękuję Victorii Argent, która zrobiła kawał dobrej roboty. Wielkie dzięki!

Udostępnij to

O autorze

Joanna Chojnacka (Choinek)

Mam uszy szeroko otwarte. Jednak mimo częstego grzebania w różnych gatunkach muzycznych moje ulubione dźwięki oscylują wokół muzyki ekstremalnej. Nie wychodzę z domu bez książki i słuchawek, a wolny czas spędzam głównie na koncertach.

  • noble

    King Dude’a poznałam dzięki kolaboracji z Drab Majesty (i przez tego drugiego poszłam na koncert). „Who taught you how to love” było dla mnie jednym z mocniejszych punktów wieczoru (byłam na koncercie w Warszawie), zabrzmiało nawet lepiej niż na płycie. No ale Drab to właśnie moja muzyka, nie każdemu fanowi Kinga się spodoba, i w pełni rozumiem, dlaczego wolałaś sobie odpuścić (w sumie sama się zastanawiam, jak to się stało, że zeszły się drogi dwóch zespołów o tak różnych brzmieniach).
    Co do TPC – nie znałam wcześniej i dla mnie to było jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń w ogóle. Ciekawe, jak często występują, bo chciałabym ich jeszcze zobaczyć 🙂 (Ten cover The Doors powinien być na płycie, a nie mogę go znaleźć nawet na YT, ech…)

    • Piotr Wasilewski

      W takim razie powinna Ci się spodobać relacja Michała z gigu w Warszawie:
      http://deathmagnetic.pl/naszym-zdaniem/relacje/king-dudedrab-majestytpc-relacja-z-klubu-poglos-22-04-2017/

    • noble

      czytałam już wszystkie relacje z koncertu w necie (ciągle żyję tamtym wieczorem), ale dzięki 😀

    • Piotr Wasilewski

      Aha 😀

    • Joanna Chojnacka

      Ja nie twierdzę, że to jest zła kapela i cieszę się, że nie zostało to tak odebrane przez fankę 😉 Na tyle ile znam taką muzę wydaje mi się, że nie są jakoś szczególnie odkrywczy i rewolucyjni, ale dają radę. Niestety moje uszy nie wytrzymują takich klimatów długo po 2 kawałkach powiedziały – dość, idź się napić dziewczyno 😛 A TPC niedługo – 3 czerwca – będą w Krakowie, jakbyś miała ochotę jeszcze raz posłuchać 😉

    • noble

      No właśnie dzisiaj się zorientowałam, że grają 3.06 w Krakowie… akurat tego dnia jadę do Poznania na – o ironio – Drab Majesty 😀

    • Joanna Chojnacka

      Ja chyba z kolei będę wtedy w Kutnie :< Szkoda, szkoda. Niefortunny termin, ale pewnie widzimy się na następnym! 🙂