Kastety i lilie: Relacja z Metal Hammer Festival 2017

4

Z powodu ciągłego niedosytu dużymi metalowymi festiwalami w Polsce – Sonisphere to już przeszłość, po Impact Fest w tradycyjnej formie, na którym gościł m.in. KoRn i Rammstein pozostała tylko nazwa, dopiero ostatnio powróciła Metalmania – do akcji postanowił wkroczyć Metal Mind Productions. Impreza zapowiadana dumnie jako Metal Hammer Festival okazała się (jak na razie) jednodniowym przedsięwzięciem z jedną dużą nazwą i paroma supportami. Czy ta formuła się sprawdziła? Wydaje się, że praktycznie wszyscy zebrani i tak byli zainteresowani jedynie występem gwiazdy wieczoru – Marilyn Manson. Choć po drodze zdarzyło się parę ciekawych momentów.

Jako pierwszy na scenie pojawił się polski zespół ARRM, jednak mi udało się dotrzeć na drugi – Percival Schuttenbach. Przy jeszcze dość mizernej frekwencji (która wzrosła dopiero na Paradise Lost) grupa dała z siebie wszystko, nie zważając na przeciwności losu (nagłośnienie również nie zachwycało). Po udanej płycie „Strzyga” wydanej w dużej wytwórni Sony Music Polska widać, że Percival Schuttenbach jest pewny siebie i, co ważne, ma spory potencjał. Cieszy, gdy polska grupa znajduje swoje miejsce na nasyconym przecież rynku muzycznym i wciąż rozwija swój styl, a Percival Schuttenbach na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa na folk metalowej scenie. Oprócz autorskiego repertuaru z bezlitosnymi jak wikingowie metalowymi riffami, zespół zagrał również ‚Roots Bloody Roots’ Sepultury. Początek imprezy okazał się bardzo udany.

Po polskim rozpoczęciu przyszedł czas na pierwszego gościa z zagranicy, czyli Zeal & Ardor. Zespół, który jak słyszałem dookoła jest rewelacją i odkryciem, dla mnie okazał się wielkim nieporozumieniem. Boys band od starszych kolegów po fachu, czyli Backstreet Boys czy N’Sync różni się jedynie wplecionymi pseudo blackowymi riffami i pseudo mrocznym image’em. Do pełni szczęścia brakowało tylko choreografii. Grupa została jednak przyjęta całkiem nieźle, być może jest więc zapotrzebowanie na takie granie – ja nie polecam.

O wiele ciekawszym zjawiskiem był moim zdaniem kolejny koncert blackmetalowego Myrkur. Pod tą nazwą kryje się solowy projekt Dunki Amalie Bruun wspieranej na scenie przez tradycyjne instrumentarium – gitara, bas, perkusja. Blond włosa postać w białej sukni wyróżniała się jednak na tle ubranych na czarno kolegów, skupiając na sobie całą uwagę. Muzyka Myrkur to połączenie operowych śpiewów spod znaku chociażby Nightwish i bardziej ekstremalnych blackowych wokaliz. Do tego wokalistce potrzebne były dwa mikrofony wyrastające z jednej „gałęzi”, czyli drewnianego mikrofonowego statywu – jeden do delikatnego śpiewu, drugi do potocznie zwanego darcia mordy. Pomimo kolejnych problemów technicznych (już podczas pierwszego utworu zawiódł sampler) Amalie dzielnie stawiła czoło publiczności, zaskarbiając sobie jej uznanie. Jako ostatni solowo wykonała utwór na klawiszach, znów wychodząc poza swój główny gatunek. Krótki koncert okazał się więc bardzo zróżnicowany i pokazał wiele odcieni twórczości Myrkur. We wrześniu ukaże się nowy album „Mareridt”, który może trochę namieszać.

Po chwili przerwy na uprzątnięcie sprzętu na scenę weszli Paradise Lost – artyści cieszący się już pewnym statusem w odróżnieniu od pozostałych, którzy dopiero walczą o swoje miejsce. Zespół ten zawsze istniał gdzieś w mojej świadomości, ale nigdy za bardzo nie skupiałem się na jego twórczości. I jak się okazuje słusznie, bo muzyka choć poprawna do bólu, nie wzbudziła żadnych emocji. Panowie chyba sami lekko usypiali przy swojej muzyce skierowanej do pięćdziesięciolatków znudzonych swoją kolekcją płyt Pink Floyd i odkrywających „ten szalony metal”. Niestety we znaki znów dały się problemy techniczne, bo wokalista walczył ze sprzężeniami swojego mikrofonu, a nagłośnienie nie zachwycało. Paradise Lost zagrali nawet krócej, niż planowano, ale mi to akurat nie przeszkadzało.

Byłem bardzo ciekaw występu Marilyn Manson. Artysta, którego koncerty 15 lat temu elektryzowały i wzbudzały kontrowersje, od tamtego czasu zdaje się coraz bardziej – dosłownie i w przenośni – obrastać w tłuszcz, jak śpiewał niegdyś nasz rodzimy Perfect. Ostatnie doniesienia nie były zbyt optymistyczne – wychodzi na scenę pijany, spada z niej, ledwo śpiewa, odbębnia 10 piosenek i jedzie dalej. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej, że był to mój pierwszy kontakt z Marilyn Manson na żywo, a do tego grupa rozpoczęła trasę dzień wcześniej w Budapeszcie, więc nie było wiadomo w jakiej formie wokalista jest obecnie. Zestaw piosenek zagrany na Węgrzech okazał się jednak obiecujący – same najbardziej znane i najlepsze kawałki plus parę zupełnie nowych, które ukażą się dopiero na zapowiadanej już od roku płycie „Say10”. W Spodku było podobnie – po opadnięciu czarnej kurtyny, za którą techniczni przygotowywali scenę, zespół zaczął od premierowego ‚Revelation #12’ z Mansonem siedzącym na tronie, a raczej wielkim skórzanym fotelu. Wszystkie trzy zaprezentowane utwory – oprócz tego jeszcze ‚We Know Where You Fucking Live’ oraz ‚Say10’ – to klasyczne, ostre Mansonowe granie, zwiastujące kolejną po „The Pale Emperor” dobrą płytę. Co cieszy, bo przecież trzy poprzedniczki – „Eat Me Drink Me”, „The High End of Low” i „Born Villain” były spadkiem formy artystycznej. Muzyk chyba sam zdaje sobie z tego sprawę, bo z tego okresu usłyszeliśmy tylko ‚No Reflection’.

I repertuar i sam koncert zaskoczył mnie pozytywnie i udowodnił, że MM nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Oprócz tego, że w dalszym ciągu dość nonszalancko podchodzi do występów – rzuca ciężkim mikrofonem w kształcie kastetu (raz prawie oberwało się Tylerowi Batesowi, co wyglądało dość niebezpiecznie), śpiewa jakby od niechcenia (najbardziej wczuwał się w nowe kawałki), znęca się nad odsłuchami i reflektorami – był to solidny show bez większych wpadek. Czy można mieć zresztą pretensje słysząc na żywo jeden za drugim ‚This Is the New Shit’, ‚mOBSCENE’, ‚The Dope Show’ i ‚Great Big White World’? Dość osobliwa była sama scenografia – brak jakiegokolwiek telebimu (choć to raczej sprawa organizatora), perkusja ustawiona z boku sceny, by na scenie mógł pojawiać się wspomniany fotel, wielka monstrancja, czy makieta świątyni. W ‚Sweet Dreams’, którego nie mogło zabraknąć, Pan Warner zaprezentował się na szczudłach, co także było dość niecodziennym widokiem, jak na koncert rockowy. Główną część koncertu dopełniły jeszcze ‚Disposable Teens’, ‚Deep Six’ oraz ‚The Beautiful People’. Ciężko było zresztą powiedzieć, kiedy skończyła się podstawowa część, a kiedy nastąpiły bisy, bo artysta parę razy znikał na dłuższy czas pomiędzy utworami, a pod koniec nawet zapalały się światła na hali, tak jakby był już to koniec show. Wkradł się więc lekki chaos, ale polska publiczność na bis dostała więcej niż ich bratanki, a mianowicie trzy klasyki: ‚Personal Jesus’, ‚The Reflecting God’ oraz ‚Coma White’, podczas której mikrofon Mansona oplotły lilie, nawiązujące do teledysku. Po piętnastu kawałkach i ponad 1,5 godzinie na scenie wieczór dobiegł końca.

Opinie po koncercie okazały się różne. Jeżeli ktoś oczekuje Mansona z lat swojego szczytu, czyli z drugiej połowy lat 90-tych, to oczywiście nie ma już co na to liczyć. Dla mnie, biorąc pod uwagę ostatnie chude lata, był to solidny występ. Ponadto na plus można zaliczyć koncerty Percival Schuttenbach oraz Myrkur. Mam jednak nadzieję, że na przyszłorocznej edycji festiwal zasłuży na swoją nazwę i okaże się już pełnowymiarową, chociażby dwudniową imprezą, a na plakacie pojawi się więcej znanych wykonawców. Jest ku temu potencjał, a poza tym, jak wiadomo, Śląsk kocha metal od zawsze.

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!

  • Perciwal Schuttenparch

    Super relacja, fajnie, że osoby niepełnosprawne umysłowo też mają możilwość spełniać się w roli dziennikarza muzycznego

  • jw23

    Dziękuję za niepolecenie Z&A, brzydzę się bojsbendami szargającymi dobre (złe?) imię prawdziwego black metalu!!!!111jednen

  • wd47

    Mam 47 lat, ale bardzo lubię Pink Floyd. Twórczości Paradise Lost nie znałem, ale skoro to „szalony metal” to może mi podejść. Z ostrych brzmień podoba mi się TSA, córka ostatnio puszczała mi Comę i też dają czadu. Myślisz, że powinienem spróbować tego Paradise Lost?

  • Papajogmd

    Rzetelne dziennikarstwo! Takie jak lubię. Mam nadzieję na więcej takich relacji. Dzieci to jednak umieją w metal!