Guns N’ Roses ciągle rządzą: Relacja z koncertu [20.06.2017]

0

Cuda się zdarzają i to nawet „w tym życiu”. W ostatnich latach jest ich zresztą dość dużo – w 2011 roku zreaktywował się oryginalny (powiedzmy) skład Black Sabbath, wydając po 35 latach nową płytę, a w zeszłym roku stało się coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – swój powrót do Guns N’ Roses ogłosili Duff i Slash. Polscy fani mieli szczęście być świadkami tego wydarzenia – odrodzony zespół wystąpił na Stadionie Energa w Gdańsku.

Każdy, kto śledził losy Gunsów wie, jak bardzo były one burzliwe. Odejścia z grupy, walka o wpływy, w końcu przejęcie nazwy przez Axla i wydanie „Chinese Democracy” po latach milczenia, a także koncertowanie z często przypadkowymi muzykami. Już sama nazwa obecnej trasy „Not in This Lifetime” jest nawiązaniem do słów wokalisty, który stwierdził kiedyś, że ze Slashem w tym życiu już nie zagra. Okazało się inaczej i miejmy nadzieję, że wpłynęło na to przede wszystkim zakopanie topora wojennego po stronie personalnej, a nie ciężkie miliony dolarów, które panowie zarobią na koncertach. Do końca tak naprawdę nie wiadomo jak tę reaktywację w oryginalnym (znów w cudzysłowie) składzie odczytywać – czy jako skok na wielką kasę i granie na sentymentach fanów, czy rzeczywiście jest to powrót na dobre i po zakończeniu trasy powstanie nowa, pierwsza od 25 lat płyta. Jak na razie warto cieszyć się tym co jest, bo Gunsi zahaczyli również o Polskę. Każdy, kto pamięta ich 3,5 godzinne spóźnienie w Rybniku parę lat temu, liczył na zatarcie złego wrażenia. I myślę, że ze strony zespołu udało się to w stu procentach.

Zanim na imponującej scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, przyszedł czas na kontrowersyjny support. Wybór Virgin, czyli zespołu Dody, odbił się szerokim echem w mediach i był zażarcie komentowany przez fanów „prawdziwego” rocka. Chcąc nie chcąc, musieli oni jednak wysłuchać znajomej Slasha, choć wielu obrało strategię, by na koncercie Virgin się po prostu nie zjawiać, bo wokalistkę przywitało co najwyżej kilka tysięcy osób. Występ był poprawny – Doda bezpiecznie zaprezentowała jak najbardziej rockowy repertuar, natomiast publiczność zachowała się na poziomie i nie było gwizdania, a raczej chłodne i skromne brawa. Co ciekawe, Dodę wspierał i obserwował we własnej osobie wielbiciel nr. 1 jej talentu, czym pochwaliła się na instagramie:

 

A kto to nas podgląda ?❤️

Post udostępniony przez LovelyTornadoOfChaos&Rainbows (@dodaqueen)

Jako drugi wystąpił Killing Joke – legenda, która w przyszłym roku będzie obchodzić 40-lecie istnienia. Dzień wcześniej w warszawskiej Progresji dali świetny, potężny koncert, lecz w Gdańsku ciężko było w pełni cieszyć się ich muzyką, bo nagłośnienie było naprawdę fatalne. Bas zagłuszał wszystko, nawet ciężko było się przebić charyzmatycznemu Jazowi Colemanowi. A był on w świetnym humorze i bardzo łaskawy dla polskiej publiczności – jego miłosne wyznanie mnie zaskoczyło, mając w pamięci występ na Sonisphere sprzed 6 lat, gdzie wokalista stwierdził ze sceny, że jesteśmy idiotami i służącymi Ameryki. Widocznie wraz z wiekiem jego zamiłowanie do teorii spiskowych spadło, bo przeprosił za Brexit i chwalił „piękną Europę”, wykonując następnie ‚European Super State’. Oprócz tego zabrzmiały klasyki ‚The Wait’, ‚Love Like Blood’ oraz ‚Eighties’, a także nowsze rzeczy jak transowy ‚The Death and Resurrection Show’. Killing Joke zostali przyjęci dobrze, choć przez złe nagłośnienie myślę, że wielu nowych fanów niestety sobie nie zaskarbili. Dla wątpiących – wybierzcie się na ich klubowy koncert przy kolejnej okazji, bo naprawdę warto.

Po supportach przyszedł czas oczekiwania na Guns N’ Roses i tym razem obyło się bez większych opóźnień. Swoją drogą ciekawe, czy obecna dyscyplina jest potraktowana ewentualnymi karami zapisanymi w umowie, czy w Axlu rzeczywiście zaszły zmiany. Kiedy przypomnimy sobie, że w latach 90-tych skakał ze sceny, by bić się z nagrywającymi koncert, teraz wygląda na wzór frontmana uśmiechającego się i machającego do seryjnie robiącej zdjęcia, i nagrywającej każdy jego ruch publiczności. O jego „gangsterskiej” przeszłości i wielkim ego przypominają na scenie jedynie kilogramy diamentowej biżuterii oraz starannie dopasowane ubrania, które zmienia co parę utworów. Zespół zaczął mocno od ‚It’s So Easy’ i ‚Mr. Brownstone’, a następnie przeszedł do ‚Chinese Democracy’. To również interesujące, że Duff i Slash nie protestują przeciwko graniu utworów z lat ich nieobecności w Gunsach i w setliście pojawiły się jeszcze ‚Better’ oraz ‚This I Love’, które wypadły bardzo dobrze. Oprócz tego oczywiście klasyki i to w ilościach hurtowych – muzycy nie oszczędzają się na scenie i wykonują praktycznie wszystkie kawałki, o jakich można by pomarzyć. Piękne ‚Estranged’, nastrojowe i poruszające ‚Civil War’ ze Slashem na dwugryfowej akustyczno-elektrycznej gitarze, ‚Knockin’ on Heaven’s Door’ z Axlem zachęcającym do śpiewania. Każdy utwór przyjmowany był gorąco, choć oczywiście największe szaleństwo miało miejsce przy ‚Welcome to the Jungle’ oraz ‚Sweet Child O’ Mine’, a także kończącym całość ‚Paradise City’. Moment wyciszenia nadszedł przy gitarowym duecie Richarda Fortusa i Slasha w coverze Pink Floyd ‚Wish You Were Here’, które następnie przeszło w ‚Laylę’ (chociaż można było również odnieść wrażenie, że Gunsi grają ‚Sen o Victorii’ Dżemu – utworze również opartym o ‚Laylę’) i ‚November Rain’, który wypadł genialnie. Zresztą trudno się do czegokolwiek przyczepić, jeżeli chodzi o wykonanie – wszystkie były doskonałe i zespół dał koncert na naprawdę najwyższym poziomie. Axl był wulkanem energii tak jak za dawnych lat, biegał, tańczył i jak zwykle miał wszystko pod kontrolą. Duff i Slash bardziej skupieni na swoich instrumentach, ale również przemierzali szeroką scenę, upewniając się, że dotarli jak najbliżej każdego fana obecnego na koncercie. Magiczny moment miał również miejsce przy coverze Soundgarden ‚Black Hole Sun’, kiedy rozbłysły tysiące telefonów i widać było, że na muzykach taki hołd dla Chrisa Cornella, również od publiczności, zrobił wrażenie.

 

Guns N’ fuckin’ Roses! #gnr #gunsnroses #axlrose #slash #duffmckagan #rock #rocknroll #music #gig #concert #live

Post udostępniony przez DeathMagnetic (@deathmagnetic.pl)

Niestety tradycją staje się poświęcanie krótkiego akapitu organizatorowi, ale widocznie Live Nation lubi skupiać na sobie uwagę nie mniejszą niż gwiazda koncertu, który organizuje. Chaos z opaskami – dopiero na bramkach ludzie dowiadywali się, że powinni wrócić do jakiegoś namiotu po opaskę na płytę lub Golden Circle, z zapowiadanej zaostrzonej kontroli, która w obecnych czasach powinna być przestrzegana, również nic nie wyszło. Co do proporcji Golden Circle a płyty, to osobny artykuł temu kuriozum poświęciliśmy tutaj, natomiast równie skandaliczną rzeczą było nagłośnienie. Nie wiem, czy Energa Stadion jest tak samo przystosowany do koncertów jak Stadion Narodowy, ale smutne jest to, że nawet na tak wyjątkowym wydarzeniu, kiedy zespół daje z siebie 100%, odbiór psuje tak oczywista rzecz jak nagłośnienie, które powinno być perfekcyjne. Płacąc 400 zł za bilet, tego oczekuję, niestety polski oddział Live Nation pomimo 10 lat na rynku dalej wygląda, jakby uczył się organizować koncerty. Szkoda, że to odbija się na publiczności, która jest potrzebna do tego, by zapłacić, a później już niech się dzieje, co chce.

Sam występ Guns N’ Roses był – jeszcze raz powtórzę – doskonały i jest to jeden z koncertów, który będzie się wspominać jeszcze przez lata, tak jak Iron Maiden czy Metallikę w latach 80-tych, AC/DC w Chorzowie, czy Wielką Czwórkę na Sonisphere. Obecna, wyczerpująca trasa będzie trwać aż do końca listopada. Miejmy nadzieję, że to nie będzie ostatnie słowo i przed fanami jeszcze wiele niespodzianek, bo Gunsi w takiej formie naprawdę mają jeszcze sporo do powiedzenia!

 

#gunsandroses #soundgarden #blackholesun

Post udostępniony przez DeathMagnetic (@deathmagnetic.pl)

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!