Era pospolitości: Relacja z koncertu Queens of the Stone Age na Torwarze [19.06.2018]

0

Queens of the Stone Age przyjechali wreszcie na samodzielny koncert do Polski. Co prawda grupa w międzyczasie odwiedzała nas również na festiwalach, ale ostatnia okazja, by zobaczyć ją samodzielnie miała miejsce się aż 13 lat temu w warszawskiej Stodole. Przez ten czas wiele rzeczy zmieniło się nie do poznania, w tym również muzyka zespołu.

Z koncertu w 2005 roku pamiętam przede wszystkim piekielną temperaturę oraz walkę o przetrwanie w rytm stonerowych utworów o punkowych wręcz tempach. Ekipa Josha Homme promowała wtedy „Lullabies to Paralyze” – według mnie ostatnią wielką płytę w jej dorobku. „Rudemu Elvisowi” na scenie towarzyszyli wtedy starzy znajomi z Kalifornii i Rancho de la Luna, czyli Alan Johannes, Natasha Schneider, Joey Castillo i Troy Van Leeuwen, który jako jedyny pozostał w zespole do dnia dzisiejszego. Jako support zagrali Eagles of Death Metal w składzie z Davem Catchingiem i Brianem O’Connorem, czyli znów znajomymi z Joshua Tree. Był to niezapomniany wieczór i jeden z koncertów życia. Po tej trasie wiele się zmieniło. Kolejny album „Era Vulgaris” był zaskoczeniem i wyznaczał nową koncepcję, bardziej psychodeliczną, eksperymentalną, niż tradycyjnie stonerową. Zmienił się również skład, który istnieje do dzisiaj – do Homme’a i Van Leeuwena dołączyli multiinstrumentalista Dean Fertita oraz basista Michael Schuman. W 2013 roku Joey’a Castillo zastąpił Jon Theodore znany m.in. z Mars Volta. W tej konfiguracji personalnej QOTSA coraz bardziej zaczęło się oddalać od swoich korzeni skłaniając się w stronę alternatywnego, wręcz „tanecznego” rocka.

Zmienili się muzycy, zmieniła się muzyka, zmieniła się też publiczność. Teraz zamiast długowłosych wielbicieli hard rocka i metalu pod sceną można spotkać częściej nastolatki i wytatuowanych hipsterów. Image Josha w 2018 roku też jest daleki od tego z początku XXI wieku – dziś bez skrępowania zakłada hawajską koszulę lub tańczy w teledysku „Like You Used to Do”. Dla osób, które pamiętają Queens of the Stone Age z okresu „Rated R” czy „Songs for the Deaf” ta zmiana może być trudna do zaakceptowania. Josh w tym momencie pewnie sarkastycznie by się uśmiechnął błyskając złotym zębem i pokazał fucka swoim wytatuowanym palcem. Na mnie ostatnie płyty nie robią już jednak takiego wrażenia. Na koncert poszedłem więc bardziej z sentymentu i w celu sprawdzenia co grupa jest dziś w stanie zaproponować na żywo.

Jako wsparcie na warszawski koncert QOTSA zaprosili młodą kapelę CRX. Josh wyprodukował debiutancki album zatytułowany „New Skin”, a okładkę zaprojektował Boneface, czyli grafik odpowiedzialny także za oprawę dwóch ostatnich dzieł Queens. CRX zaprezentowali się naprawdę fajnie i pomimo że ich koncert trwał jedynie pół godziny, to myślę, że przekonali do siebie publiczność, która w większości zapewne nie miała pojęcia o ich istnieniu. Muzykę zespołu można by określić jako garażowego rocka podbarwionego elektroniką w postaci klawiszy. Mnie osobiście klimat i wokal przypominał Black Rebel Motorcycle Club, chociaż inspiracje gwiazdami wieczoru również były wyraźnie słyszalne. CRX zabrzmieli na pewno ostrzej i bardziej stonerowo niż na płycie, co dziwne, skoro czuwał nad nią sam Homme. Jak widać to również wiele mówi o jego dzisiejszych preferencjach muzycznych.

QOTSA wyszli na scenę o 21 i zaproponowali ciekawy, przekrojowy set. Na obecnej trasie zespół żongluje setlistą na każdym koncercie, w związku z tym nie sposób przewidzieć co zagrają, ani od czego zaczną. A rozpoczęli od klasyki, czyli ‘A Song for the Deaf’. Kolejne ‘Sick, Sick, Sick’ również zostało świetnie przyjęte. Następnie para nowości – ‘Feet Don’t Fail Me’ i ‘The Way You Used to Do’ i powrót do ery kamienia łupanego, czyli ‘You Can’t Quit Me Baby’ z debiutu. Napędzany jednostajną linią basu transowy utwór wypadł fenomenalnie i był jednym z jaśniejszych punktów wieczoru. Po ‘The Evil Has Landed’ kolejne zaskoczenie w postaci ‘In the Fade’, po raz pierwszy wykonanego na tej trasie. Centralna część koncertu to już utwory jedynie z dwóch ostatnich albumów, m.in. ‘My God Is the Sun’, senna ‘Kalopsia’ oraz ‘If I Had a Tail’ – jak zapowiedział Josh, jego ulubiony utwór. Podstawową część występu zakończyły trzy szybkie kawałki – ‘Little Sister’, ‘You Think I Ain’t Worth a Dollar…’ i ‘Go With the Flow’ na chwilę odsłaniając te zapomniane korzenie kapeli.

Choć podstawowy set trwał ponad 1,5 godziny, zespół wrócił jeszcze na bis wykonując ‘Make It Wit Chu’ oraz ‘A Song for the Dead’, pięknie spinając klamrą prawie dwugodzinny koncert. Josh i jego towarzysze byli w doskonałym humorze. Chociaż tylne trybuny świeciły pustkami, to publiczność zgotowała grupie bardzo gorące przyjęcie, co nie uszło uwadze frontmana. Stwierdził on, że jest to najlepsza publiczność na tej trasie. Dodatkowo Homme komplementował Warszawę i Polskę nawiązując bardzo dobry kontakt z widzami, co było miłym akcentem całkiem udanego wieczoru. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Królowe pomimo zakończenia Ery Kamiennej wciąż znajdują się w Erze Pospolitości i nie mogą się z niej wyrwać. Cierpliwie czekam na Oświecenie.

Queens of the Stone Age Setlist Hala Torwar, Warsaw, Poland 2018, Villains

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!