Destruction + Nervosa + Gonoreas: Relacja z koncertu w katowickim Megaclubie [24.01.2017]

0

W zeszły wtorek do katowickiego Mega Clubu zawitała grupa Destruction. Był to ostatni z cyklu czterech polskich koncertów w ramach tegorocznej trasy. Przyznam szczerze, że wielkim fanem twórczości tria nigdy nie byłem, spośród niemieckich zespołów zawsze najbardziej ceniłem sobie Tankard i Kreator. Pomimo tego występ weteranów europejskiego thrashu wypadł świetnie i na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Ale po kolei.

Jako pierwszy zaprezentował się support w postaci szwajcarskiej grupy Gonoreas. Dali równy, solidny koncert. Co prawda w trakcie ich popisów pod sceną nie było jeszcze zbyt gęsto, ale Ci, którzy byli, dawali kwartetowi gorący doping, a sam zespół świetnie się bawił na scenie. Po zakończeniu setu muzycy od razu wyszli do publiczności, pytając o opinie i pozując do wspólnych zdjęć. Warto tu wspomnieć, że początkowo zamiast Gonoreasa w roli rozgrzewacza miał wystąpić Enforcer, jednak ostatecznie ich koncert odwołano.

Jako druga zaprezentowała się brazylijska Nervosa. Jako wielbiciel kobiet w metalu na ich koncert czekałem tego wieczoru najbardziej. Ekipa pod wodzą Fernandy Liry jest w tej chwili bez wątpienia wiodącym składem wśród girlsbandów, a ostatnimi czasy mamy wysyp świetnych zespołów złożonych z samych dziewczyn, jak np. Thundermother, Maid Of Ace czy nasz rodzimy Gasz. Pomimo tego, że trio ma w tej chwili na koncie zaledwie dwie płyty, „Victim Of Yourself” z 2014 oraz zeszłoroczne „Agony”, już zyskało sobie pokaźne grono fanów. Potwierdziła to publiczność zgromadzona w Katowicach. Szaleństwo pod sceną rozpętało się już przy pierwszych dźwiękach. Muszę nadmienić, że Nervosa ostatnimi czasy przeszła rotacje w składzie. Krótko po wydaniu „Agony” z kapeli odeszła perkusistka Pitchu Ferrez (obecnie zastępuje ją sesyjnie Luana Dametto z grupy Apophyzis). Zaś oryginalną gitarzystkę, Prikę Amaral (która z powodów osobistych nie bierze udziału w tej trasie) zastąpiła holenderka Simone van Straten, znana z Sisters Of Suffocation. Jednak te zmiany w żaden sposób nie zaważyły negatywnie na jakości koncertu. Wręcz przeciwnie, obie nowe instrumentalistki godnie wspomagały Fernandę. Myślę, że przepełnione blastami perkusyjne kanonady Luany mogłyby zawstydzić niejednego bębniarza płci męskiej.

Również ta ekipa niemal natychmiast po zakończeniu swojego setu wyszła do fanów. Korzystając z okazji, udało mi się zagadnąć Fernandę i podyskutować m.in. o pozycji kobiet w rocku. Chciałem sobie sprawić jakąś pamiątkę z koncertu (oryginalny merch Nervosy jest bardzo słabo dostępny w Polsce), jednak trzycyfrowe sumy za koszulki i bluzy mnie przeraziły. Skończyło się na pisemnym podziękowaniu od Fernandy, którym zapełniła mi całe „białe” na bilecie.

zdjęcie (2)

Koncert gwiazdy wieczoru rozpoczął się kilka minut przed 21:00. Destruction zaczęli swój show od tytułowego numeru z nowej płyty, „Under Attack”. Album ten prezentuje zespół w dobrej formie, jednak z ich najlepszymi osiągnięciami, takimi jak kultowy „Infernal Overkill” nie ma co go porównywać. Natomiast na pewno jest lepszy od poprzedniego, „Spiritual Genocide” z 2012 roku. Przeczuwałem, że trio będzie forsować jak najwięcej materiału z ostatniego krążka, jednak te przeczucia ku mojej radości okazały się błędne. Usłyszałem wiele starych numerów, wśród nich „Curse The Gods”, od którego zaczęła się moja przygoda z Destruction.

Zastanawiałem się, po co grupie aż trzy statywy do mikrofonu z przodu sceny (przyznam, że efektowne, ze stalowymi płomieniami i czaszkami na wzór tej, która zdobiła okładkę debiutanckiego albumu), przecież jej skład liczy sobie tylko dwóch członków „stojących”. Okazało się, że zabieg został zastosowany po to, aby Schmier mógł sobie podchodzić do każdego z nich i w ten sposób utrzymywać kontakt ze wszystkimi fanami z pierwszego rzędu (odwieczny problem tych wokalistów, którzy jednocześnie grają na instrumencie). Lider Destruction był tego dnia w wyśmienitym humorze, raz po raz popisywał się swoją znajomością polskiego, natomiast nieco dłuższą „przemowę” mniej więcej w środku koncertu wygłosił nasz rodak w świecie wielkiego thrashu, czyli perkusista Wawrzyniec Dramowicz. Przyznał on (wg mnie niezbyt szczerze, chyba tylko po to, żeby na niego nie buczeli), że chociaż jest warszawiakiem, to koncert w Katowicach jego zdaniem jest najlepszym spośród wszystkich czterech. To stwierdzenie oczywiście spotkało się z aplauzem całej sali.

zdjęcie (12)

Panowie z Destruction wydawali się na scenie i poza nią o wiele bardziej towarzyscy niż np. Obituary czy Exodus, których nie tak dawno miałem okazję oglądać na tej samej scenie. Po koncercie szturmowany przez fanów Schmier częstował piwem, które mu zostało na backstagu. Butelek Grolscha było dokładnie osiem, dostała mi się jedna, którą od razu opróżniłem. I tu byłem wyjątkiem, bo wszyscy pozostali pochowali swoje piwne trofea do plecaków.

Ponieważ koncert odbył się w środku tygodnia, Megaclub był zapełniony ledwo powyżej połowy. Na sali było bardzo zimno. Do tego stopnia, że wokalista Gonoreasa dał cały koncert w grubej skórzanej kurtce. To oszczędzanie na ogrzewaniu wśród właścicieli takich klubów zaczyna stawać się coraz bardziej denerwujące, a nie był to pierwszy przypadek, kiedy się z tym spotkałem. Jakiś czas temu w bydgoskiej Estradzie Stagebar na koncercie Das Moon niemal zamarzłem.

Udostępnij to

O autorze

Rafał Stempień

"There is a serpent in every Eden..." Zakochany w "mainstreamowym" metalu, takim jak Lamb of God, Machine Head, Pantera czy Bathory. Do wielogodzinnych rozmów o ciężkiej muzyce potrzeba mi tylko piwa w ręku i dobrego towarzystwa. Pewnie i tak spotkamy się kiedyś na jakimś koncercie, więc do zobaczenia!