Black Sabbath: Relacja z koncertu w Tauron Arenie [02.07.2016]

1

Ozzy, Tony Iommi i Geezer Butler wspierani przez Tommy’ego Clufetosa na perkusji są właśnie w trakcie pożegnalnej trasy koncertowej Black Sabbath nazwanej „The End”. Była to więc ostatnia okazja, by zobaczyć muzyków razem na scenie w Polsce. Zespół wystąpił w gorący lipcowy wieczór w Tauron Arenie w Krakowie.

Fani świadomi tego, jak wielkiego wydarzenia będą świadkami, tłumnie zbierali się pod halą już od rana, a podczas otwarcia bram Golden Circle na wejście czekała już spora kolejka. Później tylko sprint do barierek, ku niezadowoleniu ochrony, i już można było oczekiwać pod sceną na występ najważniejszego metalowego zespołu wszech czasów. Najpierw jednak parę minut przed wyznaczonym czasem zaprezentowali się Rival Sons. Ten młody zespół ma na koncie już 5 albumów, w tym wydany w zeszłym miesiącu „Hollow Bones”. Mieszanka najlepszych tradycji bluesa, grunge’u i garażowego rocka przypadła do gustu publiczności. Mocnymi punktami byli przede wszystkim wokalista Jay Buchanan – z jednej strony nieśmiały, chowający się za swoją skórzaną kurtką, choć z drugiej obdarzony niezwykle ekspresyjnym głosem w stylu Roberta Planta – oraz gitarzysta Scott Holiday co utwór zmieniający swoje piękne gitary. Po niecałych 40 minutach grupa zeszła ze sceny i wydaje się, że był to za krótki czas, by mogła ona w pełni rozwinąć skrzydła.

10 minut przed zaplanowanym czasem, czyli o 20:30 światła zgasły, a na płachcie szczelnie zasłaniającej scenę ukazał się demon i miasto tonące w piekielnych płomieniach. Z początkiem otwierającego show „Black Sabbath” w diabelskich dźwiękach utonęła także publiczność. Skromna scenografia z panoramicznym ekranem za plecami ubranych na czarno muzyków wystarczyła, by nadać odpowiedni nastrój – jedyne, co liczyło się tego dnia to obecność w odpowiednim miejscu i czasie. Wprawdziwe piekło panowało także pod sceną – ścisk, młyn i gorąc był niesamowity, mimo dobrze klimatyzowanej hali. Każdy walczył o jak najlepsze miejsce oraz ogarnięty był amokiem przy kolejnych utworach, a raczej ponadczasowych klasykach będących biblią metalu – „Fairies Wear Boots”, „After Forever”, „Into the Void”, które brzmiało jeszcze ciężej i wolniej niż na płycie oraz „Snowblind”. Nie zabrakło tradycyjnych śpiewów w „War Pigs”, basowego wstępu w „N.I.B” i imponującej solówki perkusyjnej Clufetosa w „Rat Salad”. Oczywiście wspaniale byłoby zobaczyć Billa Warda razem ze swoimi starymi kumplami, ale trzeba przyznać, że jeżeli chodzi o jakość to perkusista z solowego zespołu Ozza jest doskonałym wyborem. Następnie równie wolny i ciężki „Iron Man”, podczas którego kilkanaście tysięcy gardeł nuciło legendarny riff, a koncert zakończył „Children of the Grave”. Już przed tym utworem Ozzy zapowiedział, że wrócą na bis, oczywiście jeżeli publiczność będzie „extra crazy”. I była. Na „Paranoid”, w którym jakimś cudem Ozzy pomylił się w tekście, zapanował istny szał. Później już tylko ukłony, pożegnania i ostatnia wizyta Black Sabbath na polskiej ziemi stała się historią.

Malkontenci mogli narzekać, że dziadki nie są już w formie, że ostatnia trasa to skok na kasę, że grają od 40 lat te same utwory (do setlisty nie załapały się już kawałki z ostatniej płyty „13”), ale muzycy udowodnili, że Black Sabbath to moc nie do pokonania. Ozzy jest urodzonym showmanem i jednym z najlepszych frontmanów w historii rocka, a Tony i Geezer stworzyli muzykę, dzięki której metal istnieje w obecnej formie i wciąż się rozwija. Kto nie był niech żałuje, bo taka okazja już się nie powtórzy. Szkoda, że to już koniec, ale dobrze, że zespół odchodzi będąc wciąż na szczycie.

Poniżej znajdziecie jeszcze opinię naszego drugiego redaktora – Piotra.

Na temat ostatniej trasy Black Sabbath dyskusje są toczone od dawana. Starszy kolega po fachu, w oczekiwaniu na koncert wyliczał „Po razie w 1994 i 1995. Trzykrotnie w 2007, raz w 2014. Różne składy, różni wokaliści. Dziś zobaczę ich po raz siódmy i zarazem ostatni”. Także młodsi przyjaciele, wspominając koncert z 2014 roku, nie kryli podekscytowania. A co miałem powiedzieć ja, w sytuacji gdy nie było mi jeszcze dane zobaczyć Sabbathów na żywo?! Oczekiwania wobec tego koncertu miałem ogromne. Ale czy wszystkie zostały spełnione…?

Pierwszym pozytywem była frekwencja oraz entuzjazm publiczności. Kilka pokoleń fanów metalu przywitała w Krakowie Black Sabbath należycie. Przywitała i pożegnała zarazem, wszak nie zanosi się, aby Ozzy, Tony i Geezer poszli w ślady Juadsów czy Scorpions. Z jednej strony oczywiście żal, ale z drugiej radość, że schodzą ze sceny w królewskim stylu.

Oprócz publiczności, solidnie odrobioną pracą domową wykazali się organizatorzy koncertu. Bez żadnych przeszkód mogłem zasłuchiwać się w muzyce Black Sabbath i zapatrywać w wyświetlane na wielkim ekranie projekcje. Choć niektóre wizualizacje raziły mnie na początku swoją kiczowatością, to z drugiej strony uświadomiły mi jak wiele czasu minęło od początku istnienia Sabbathów. Żałuję tylko, że realizator skupiał się na pokazywaniu gryfów gitar Geezera i Tonego. Nie mogłem przez to zobaczyć ich emocji, a pokazał mi to dopiero dzisiaj youtube. Takie są jednak skutki biletu na płytę – gdy stworzyciel nie obdarzył wzrostem, a Matka Boska Pieniężna biletem na golden circle. Pora odpowiedzieć na najważniejsze pytanie – jak 2 lipca 2016 roku w krakowskiej arenie zaprezentował się sam zespół?

Bez wątpienia odpowiedzieć należy – rewelacyjnie! Geezer Butler i Tony Iommi zasługują na wieczną chwałę. Stworzyli niepowtarzalną muzykę i żegnając się po 50 latach kariery wykonali ją na żywo perfekcyjnie. Całe 90 minut koncertu zabrzmiało należycie – począwszy od posępnego „Black Sabbath”, a na szaleńczym „Paranoid” skończywszy. Na długo w pamięci pozostanie mi z pewnością zwolnione tempo w „Into the Void”. Takim wykonaniem Black Sabbath przekona do siebie każde sludgowe serce! Ciarki na plecach towarzyszyły mi także przy „War Pigs” (świetna praca świateł krążących po publiczności), a także „Children of the Grave”. Chóralne śpiewy publiczności riffu „Iron Man” przypomniały mi natomiast jak wielki wpływ Black Sabbath miało na Metallikę.

Mimo wszystkich wymienionych powyżej zachwytów nad wczorajszym wieczorem, mam cały czas pewien niedosyt. Nie do końca wiem z czego on dokładnie wynika, ale objawił się tym, że nie odczułem tylu emocji, ilu się spodziewałem. Miała być ekscytacja jak przy pierwszym spotkaniu z Metą w Chorzowie lub podczas szczeniackiego wyjazdu na Soulfly do Węgorzewa. A ja właściwie zastanawiam się czy bardziej rozemocjonowany nie byłem po solowym koncercie Ozziego w 2011 roku. A jak już padło jego imię – koncert zaczął dobrze, ale z każdą chwilą było coraz słabiej, czego kulminacją była wpadka w tekście „Paranoid” („tu tu tu tu”).

Szkoda również, że na koncercie zabrakło Billa Warda. Trudno sądzić, że podołałby tak długiemu koncertowi. Może jednak tutaj jest odpowiedzieć na pytanie czego mi zabrakło na wczorajszym koncercie zabrakło (a przynajmniej jego część). Jego brak solidnie wypełnił Tommy Clufetos – choć ktoś mógłby mu przekazać, że stopniowanie emocji w perkusyjnym solo daje lepszy rezultat niż ciągłe naparzanie najmocniej jak się da. Jego specyficzne podejście było słychać również w „Fairies Wear Boots” gdzie upchnął 4 razy więcej uderzeń na kotłach niż robił to oryginalnie Bill.

Na koniec słów kilka o setliście, którą w całości znajdziecie poniżej. Z pewnością całe rzesze fanów żałują, iż na żywo nie usłyszeli „Electric Funeral”, „Sweet Leaf” czy „Sabbath Bloody Sabbath”. Myślę, że sprawdziłyby się lepiej niż „After Forever”, „Rat Salad” oraz „Behind the Wall of Sleep”. Przez cały koncert zastanawiałem się też czy muzycy zagrają choć jeden utwór z „13” – raz za razem przypomniał o tym realizator pokazujący gryf gitary Geezera z „13” właśnie. Za „End of the Beginning” lub „God Is Dead?” nikt by się przecież nie obraził.

2 lipca 2016 to dzień, do którego fani w metalu będą wracali jeszcze wiele, wiele razy. Nie mogło mnie tam zabraknąć. Żałuję jednak, że nie spotkaliśmy się z Tonym, Geezerem, Ozzim i Billem wcześniej – gdy ostatni wytrzymałby cały set, a Książę Ciemności nie zasmucał swoim bełkotaniem.

1. Black Sabbath
2. Fairies Wear Boots
3. After Forever
4. Into the Void
5. Snowblind
6. War Pigs
7. Behind the Wall of Sleep
8. N.I.B.
9. Hand of Doom
10. Rat Salad
11. Iron Man
12. Dirty Women
13. Children of the Grave
14. Paranoid

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!

  • Piotr Wasilewski

    Niby wszystko fajnie, ale czegoś mi wczoraj zabrakło. 🙁