Gdyby Behemoth zdecydował się zagrać drugi koncert w Krakowie dzień później, postulowałbym o spięcie obu wydarzeń pod jedną, wspólną nazwę: Kolejka Fest. Kluby częściej znikają z mapy Krakowa niż się na niej pojawiają, jednak wybór Hali Wisły na miejsce koncertu Nergala i spółki był nieco zaskakujący. Niekojarzony do tej pory z takimi wydarzeniami przybytek należący do Wisły Kraków stał się świadkiem koncertu „pseudo zespołu Behemot”. Odniosłem jednak wrażenie, że nie był ku temu w stu procentach przygotowany. Na każdym kroku trzeba było swoje odstać. Najbardziej ucierpiały na tym osoby które zakupiły bilet za pośrednictwem Internetu. Ci stali nawet godzinę w kolejce do wejścia. Nie ma jednak tego złego, bo towarzystwa dotrzymywała im Krucjata Młodych przygrywająca na dudach do pieśni religijnych i patriotycznych. Nawet po samym wejściu do przybytku czekały kolejki do szatni, po złocisty napój, do toalety. Taka już koncertowa rzeczywistość, chciałoby się powiedzieć, a Behemoth to grupa która przyciąga tłumy, jednak wiele z tych kolejek dałoby się znacznie ukrócić poprzez lepsze zarządzanie zasobami ludzkimi, a fani mieliby okazję wysłuchać koncertów od początku do końca.

Foto: Aleksandra Kucia

Foto: Aleksandra Kucia

Nie miałem niestety takiej możliwości w przypadku Batushki. Udało mi się dotrzeć wyłącznie na ostatnie chwile tego niezwykłego zjawiska. Hali Wisły nie udało się na szczęście przyćmić widowiska tej tajemniczej formacji, które ma jednak charakter bardziej konfesyjny. Ich występ przypominał w większym stopniu liturgię niż koncert. Słowa nie są w stanie w pełni oddać tego co można było zobaczyć w tamtym momencie. Najlepiej odzwierciedlają to zdjęcia Aleksandry Kuci, które możecie znaleźć w naszej galerii. Wokalista niczym dostojny pop błogosławił tłumowi ikoną którą możemy zobaczyć na okładce „Litourgiya”. Zespołowi towarzyszył nawet chór. Nie był to występ metalowej kapeli, ale zjawisko którego na żywo nie widzi się często.

Występujący następnie Bolzer był niczym negatyw występującej wcześniej Batushki, różniący się od nich wizualnie, stylistycznie i światopoglądowo. Szwajcarskie duo to muzyka nieskomplikowana, ale kopiąca po facjacie ładunkiem gniewu i wściekłości, której może im pozazdrościć niejeden zespół mający w swoim składzie więcej członków. Jednak jak już mogłem przekonać się wcześniej, grupa prezentuje muzykę, której konsumpcję zalecać się powinno bardziej w studyjnym wydaniu. Nagłośnienie gitary i perkusji, które wydają więcej dźwięku niż niejeden kwartet jest nie lada wyzwaniem i często kończy się to porażką. W tym przypadku nie było to może totalne fiasko, ale finalny efekt pozostawiał wiele do życzenia.

Foto: Aleksandra Kucia

Foto: Aleksandra Kucia

Behemoth w pewnym okresie swojej działalności stał się instytucją, firmą. Nie ma w tym nic złego. Grupa była w stanie stworzyć spójny wizualnie wizerunek, kreując go na nowo przy każdym kolejnym albumie i przy okazji sprzedać go fanom w formie koszulek, bluz, plakatów, zapalniczek, portfeli, szkatułek, szalików, czapek, klipsów do banknotów, legginsów, osłon przeciwsłonecznych do samochodu, etui na telefon, breloków, kubków itd. itp. Będąc zaopatrzonym wyłącznie w produkty od Behemoth można urządzić mieszkanie, samochód i skompletować całą garderobę. Na szczęście za tą pieczołowicie stwarzaną siecią merchandise’u kryje się również wartościowa muzyka (jest to stwierdzenie czysto subiektywne, zapewne nie tak wcale młodzi państwo z Krucjaty Młodych nie poparliby mnie). W Krakowie Behemoth wyszedł na scenę i zagrał jak zwykle, czyli do granic swoich możliwości. W pierwszej części występu wybrzmiał w całości ostatni krążek grupy, czyli „The Satanist”. I o ile słuchając długograja w zaciszu domowego miru można mieć swoich faworytów i zwykle pomijane momenty, tak na żywo Satanista to od początku do końca prawdziwy killer. Do takich utworów jak ‘Ora Pro Nobis Lucifer’, czy ‘Amen’ nie da się nie machać głową, a już taki ‘O Father O Satan O Sun!’ w swojej pompatyczności i podniosłości stanowi doskonałe zwieńczenie genialnego krążka, a na żywo brzmi z jeszcze większą siłą. Po części złożonej wyłącznie z utworów z „The Satanist” wybrzmiał jeszcze zbiór utworów z serii The Best Of… z ‘Ov Fire And The Void’, ‘Conquer All’, ‘Slaves Shall Serve’ i kolejnym majestatycznym finałem ‘Chant For Eschaton 2000’. Niestety nagłośnienie pozostawiało nieco do życzenia. Niektóre momenty zostały całkowicie zagłuszone przez perkusję Inferno, która brzmiała potężnie, ale jednocześnie nieraz przyćmiewała gitary.

Koncerty Behemoth nigdy nie są stratą czasu. Nawet jeśli słucha się na żywo ich repertuaru po raz enty, wrażenia są zwykle podobne. Jest to przede wszystkim show dopracowane pod każdym względem. W tym przypadku, nieco do życzenia pozostawiło nagłośnienie, jednak w ostatecznym rozrachunku nie psuło ono finalnego efektu w sposób znaczący. Mam również nadzieję, że jeśli trafi mi się okazja zobaczyć Batushkę jeszcze raz na żywo, to nie będę musiał spędzić większości koncertu stojąc w kolejce. Amen.

Udostępnij to

O autorze

Michał Smoll

"Knight Rider" to był dopiero serial.