Anthrax: Relacja z warszawskiej Stodoły [10.03.2017]

0

Anthrax od samego początku jest zespołem wyjątkowym, chociażby z tego względu, iż zawsze robili wszystko po swojemu. Nigdy nie zależało im na ogromnej popularności, byli po prostu sobą, przez co często pozostawali w cieniu potężnych konkurentów, jak Metallica, Slayer, czy Exodus – konkurentów, z którymi zaczynali karierę na tych samych scenach w 1981 roku.

Dziś mamy 2017 rok, a Anthrax jest popularny jak nigdy dotąd. Cóż za ironia losu, że zespół, który wcześniej był traktowany przez pryzmat żartobliwego image’u, nie do końca poważnie, może nagrywać materiały lepsze, niż Slayer, czy pozostała reprezentacja starej gwardii. W ubiegłym roku ukazał się jedenasty album amerykańskich thrasherów, „For All Kings”. Okazał się on doskonałym pretekstem do wyruszenia w headlinerską trasę koncertową, która idealnie pokryła się z 30. rocznicą wydania „Among The Living” (a z tej okazji muzycy postanowili odegrać ten album podczas wszystkich występów w całości). Tuż po opublikowaniu informacji o koncercie 10 marca w warszawskiej Stodole nie było wątpliwości,, że z pewnością będzie to niezapomniany długi wieczór, przynajmniej dla największych fanów thrash metalu.

Tuż po wejściu do klubu czekało mnie małe zdziwienie, kolejka przed Stodołą była naprawdę duża,  jeżeli nie przyszło się co najmniej 40 minut wcześniej, na barierki nie można było liczyć, a sprawy nie ułatwiał też fakt, że pierwszeństwo miały osoby, które wykupiły pakiet VIP (cena wahała się od 99 do 299 dolarów, dlatego ciężko stwierdzić, czy ktoś realnie z tego skorzystał). No i zaraz po otwarciu bramek pozostało długie oczekiwanie – niemal dwugodzinne. Było to spowodowane zmianą rozpiski na kilka godzin przez rozpoczęciem wydarzenia…no cóż, rozmawiać było z kim, barów w Stodole też dużo – sprzyjało to wspólnej integracji i prześciganiu się w dyskusjach, która płyta Anthrax najlepsza. 

Zanim jednak na scenie pojawił się Anthrax, fani mieli okazję posłuchać The Raven Age. Choć kapela powstała w 2009 roku i ma na koncie dopiero jeden album, słyszało o nich całkiem sporo osób. Czy to ze względu na to, że ich muzyka jest naprawdę wyjątkową? Być może, choć nie zmienia to faktu, że sporo rozgłosu przyniósł im fakt, iż gitarzysta kapeli, George Harris, jest synem kultowego basisty Iron Maiden, Steve’a Harrisa. Muzyk brał ich nawet swego czasu w trasy (a, że niedawno Anthrax wrócił z trasy z Iron Maiden, niektórzy uważają, że to właśnie z tego powodu podczas koncertów Amerykanów jest taki support, a nie inny). 

The Raven Age rozpoczęło swoje show od utworu ‚Uprising’, który pełnił rolę doskonałego otwieracza. Choć ich muzyka nieco różni się od gustów docelowego fana thrash metalu, szybko zaskarbili sobie szacunek publiczności. Była to muzyka przyjemna, zagrana profesjonalnie – właściwie ciężko im cokolwiek zarzucić. Muzykom zdecydowanie udało się rozgrzać publiczność, byli nawet na tyle agresywni, że pewnym momencie rozkręcili pogo. Poleciały ich wszystkie największe hity, a występ zakończyły utwory ‚Salem’s Fate’ oraz ‚Angel in Disgrace’, które zostały przyjęte zdecydowanie najcieplej. 

Z pewnością dopiero koncerty ukazują pełny potencjał tej kapeli, bowiem wszystkie kawałki zagrane podczas show przenosiły większy ładunek energii, niż wersje studyjne, a charyzmatyczny wokalista Michael Burrough doskonale wczuł się w swoją rolę, m.in. skutecznie zachęcając do klaskania. Choć The Raven Age nie skradło show Anthrax, stanowiło miły i przyjemny akcent tego wieczoru, z którego powodu ostatecznie nikt nie będzie płakał (a piszę to z tego względu, iż wiele moich znajomych w ciemno narzekało, że wybór metalcore’owej kapeli na taki event jest nie najlepszym wyjściem).

01. Uprising
02. Promised Land
03. The Death March
04. Eye Among the Blind
05. The Merciful One
06. Salem’s Fate
07. Angel in Disgrace

Wkrótce do sali koncertowej zaczęło napływać coraz więcej osób! Pierwsze dźwięki lecącego z głośników Sabbathowego ‚Mob Rules’ w połączeniu ze zgaszonym światłem wywołały prawdziwą wrzawę, zwiastowały bowiem jedno i zgodnie z planem muzycy punktualnie o 21:00 wyszli na scenę przy akompaniamencie intro do „Among The Living”. Choć w sali było naprawdę tłoczno, wraz z pierwszym riffem zagranym przez Scotta Iana, wszyscy ścisnęli się jeszcze bardziej, a ludzie pod sceną wprost oszaleli, tratując się nawzajem. Już na samym początku poleciały największe hity, wspomniane ‚Among The Living’,  czy ‚Caught In The Mosh’ – euforii nie było końca i podczas tych kompozycji powstały pierwsza poga, a pierwsi ludzie „popłynęli wraz z falą”. Miłośnicy thrashu ochoczo kontynuowali zabawę przy ‚One World’, a następnie przy ‚I Am the Law’, które zabrzmiało tego wieczoru bardzo surowo. Można było odnieść wrażenie, że każdy zna tekst tego utworu! Joey Belladonna zaskakiwał swoją ekspresją, ale przede wszystkim wokalem – jego głos jest jak wino, im starszy tym lepszy! Szczytem jego możliwości wokalnych było zaśpiewanie dzikiego refrenu ‚Imitations of Life’, kawałka, który z pewnością do najczęściej granych nie należy (a jego wykonanie poprzedziły okrzyki „S.O.D” – utwór ten bowiem doczekał się wersji nagranej przez tę kapelę). Kulminacyjnym momentem tej części koncertu było oczywiście ‚Indians’, które zdecydowanie najbardziej poruszyło publiczność.

Echa zapowiedzianego przez Iana „war dance’u” zapewne do dziś odbijają się od ścian Stodoły! Dla samego gitarzysty koncert był wyjątkowy, ponieważ to właśnie stąd pochodzi jego dziadek. Muzyk podkreślał też, że to ważne miejsce dla samego Anthraxu, ze względu na to, że w Polsce odbył się pierwszy koncert Big Four (Sonisphere Festival 2010, Warszawa) i także tutaj występowali przed rekordową dla nich publicznością (Przystanek Woodstock 2013). 

Druga część setlisty w teorii złożyła się z utworów wybranych przez fanów. W teorii, bo w praktyce zagrane kawałki mało odzwierciedlały wybór z ankiety, a podczas całej trasy muzycy obracali się w obrębie tych samych propozycji. Rozpoczynający tą część show ‚Fight ‚Em ‚Til You Cant’t’ sprawdził się doskonale, choć pochodzi z przedostatniego krążka, muzycznie swoją agresją wcale nie odstaje od klasyków. Z najnowszego wydawnictwa z kolei poleciały dwa utwory: ‚Breathing Lightning’ oraz ‚Blood Eagle Wings’ – utwory, które są jednymi z najłagodniejszych w karierze Wąglika, stanowiły potrzebną chwilę wytchnienia dla wszystkich, którzy aktywnie uczestniczyli w show trwającym niemal dwie godziny. Podczas tego drugiego zresztą myślami można było przenieść się na stadion, brakowało tylko zapalniczek! Największe wrażenie robiło jednak majestatyczne wykonanie utworu otwierającego krążek „State of Euphoria”, ‚Be All, End All’, poprzedzonego długim wstępem wokalnym przedrzeźniającego się z publicznością Joeya.

Facet naprawdę jest w kwiecie wieku i choć czasem pozostaje w cieniu Scotta Iana, pasuje do roli frontmana jak mało kto! Wokalista ani przez sekundę nie pozwolił sobie odpocząć (a warto podkreślić, że w tym roku skończy 57 lat), hasał jak za najlepszych lat, nieustannie zaczepiając fanów (rozrzucał im kostki, rzucał się flagą, a jednemu z miłośników kapeli zabrał nawet aparat, robiąc sobie selfie). Podobnie zresztą jak reszta składu, chociażby wiecznie nieokiełznany Frank Bello. Basista z uśmiechem na ustach wyśpiewywał każdą linijkę tekstu, częstował fanów niewidzialnym jointem, a co mrugnięcie oka był w innym miejscu. Wrażenie robiła także jego gra, mało który metalowy basista potrafi wygrywać w tym tempie takie rzeczy palcami! Najspokojniej z tego towarzystwa wypadał zdecydowanie nowy nabytek Anthraxu, gitarzysta Jon Donais, którego rola ograniczyła się jedynie do poprawnego odegrania utworów (a także solówki poprzedzającej ‚A.D.I – Horror of it All’). Niestety wielkim nieobecnym podczas show był perkusista, Charlie Benante, którego zastąpił Jon Dette, znany z gry w m.in. w Iced Earth, Slayerze, czy Testamencie. Nie wpłynęło to na jakość show, Jon to profesjonalista, choć jednak mały niesmak pozostał, zważywszy, że było to pierwsze show na tej trasie bez udziału kultowego perkusisty.

A trasa rzeczywiście do krótkich nie należała! Choć Warszawa była dopiero 23. w kolejce, po muzykach nie było widać zmęczenia, rzekłbym nawet, że Anthrax zaprezentował życiową formę, a przecież jak wiadomo swoje lata już mają – publiczność to doceniła! Amerykanie dobrze czuje się na scenie, wszystko co robią jest szczere – żadnego odcinania kuponów! Na taki występ Polscy fani czekali od dawna, z pewnością będzie długo niezapomniany! Pokazuje on również jak duża jest różnica między ich występami klubowymi, a tymi na świeżym powietrzu (bo na takie do nas głównie ostatnimi czasy przyjeżdżali). Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejny gig – składajcie pokłony przed thrashmetalowym królem!

01. Among the Living
02. Caught in a Mosh
03. One World
04. I Am the Law
05. A Skeleton in the Closet
06. Efilnikufesin (N.F.L.)
07. Guitar Solo (Jonathan Donais)
08. A.D.I. / Horror of It All
09. Indians
10. Imitation of Life
11. Fight ‚Em ‚Til You Can’t
12. Breathing Lightning
13. Madhouse
14. Blood Eagle Wings
15. Be All, End All
16. Antisocial (Trust cover)

Anthrax_foto 7
Fotografie: Paulina Mazurek

Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów – moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.