Alcest, Mono, pg.lost: Relacja z Wrocławia [29.11.2016]

0
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Niektóre koncerty trzeba przetrawić, zanim się siądzie przed klawiaturę i napisze relację. 29 listopada na deskach klubu Firlej zagrały trzy kapele znane każdemu fanowi post-rocka. Przez 4 godziny klub zmienił się w sanktuarium fanów muzyki atmosferycznej. Szczerze? Po ponad tygodniu od koncertu, biorąc pod uwagę wszystkie jego wady, nadal uważam że to jedno z najlepszych wydarzeń na jakich byłem.

pg.lost, które otworzyło koncert, to szwedzka kapela post-rockowa, grająca od 2004 roku. W tym roku wydali nowy album, „Versus”, który został odebrany dobrze, mimo braku nowości. Przyznam szczerze – nie jestem fanem ich twórczości, odsłuchałem sporo ich płyt i odbiłem się od nich. Ten fakt mocno wpłynął na moje postrzeganie ich występu, aż do ostatniego kawałka. O ile pierwsze trzy utwory nie wzbudziły we mnie żadnych uczuć, ostatni mnie nawet poderwał. Gratulacje dla organizatorów – wiele osób przyszło przede wszystkim na pg.lost i było to widać zarówno w trakcie, jak i po koncercie.

Kolejnym zespołem było Mono. Nie umiem wyrazić mojego zachwytu nad tą kapelą, od lat rozmijałem się z ich trasami koncertowymi, aż w końcu się udało (i to w jakim towarzystwie!). Mono było moim głównym powodem pójścia na ten występ i nie zawiedli mnie w żadnym miejscu. Muzyka Mono jest na swój sposób bardzo charakterystyczna – buduje powoli napięcie, atmosferę, aby na sam koniec uderzyć potężną ścianą dźwięku. Jeśli to nie jest przepis na fantastyczny koncert, to chyba nie znam już innego. Zagrane zostały takie utwory jak „Pure as Snow„, „Recoil, Ignite„, „Dream Oddysey„, czy też „Ashes in the Snow„. Doświadczanie Mono nie zatrzymywało się tylko na płaszczyźnie muzycznej, ale także wizualnej. Nie chodzi tu o efekty, światła (które zostały nomen omen zrobione dobrze), a o ekspresję muzyków. Królował tutaj Takaakira Goto, zwany często Taka. W końcowych momentach utworów całym sobą wyrażał moc ich muzyki, wliczając w to klęczenie na podłodze, dramatyczne podnoszenie ręki z kostką w trakcie grania riffów, nawet wywracanie krzesła. Mono dało show z którego są świetnie znani i które trudno będzie zapomnieć.

Zwieńczeniem koncertu była gwiazda wieczoru – Alcest. Chwaliliśmy ostatnio ich płytę, mieliśmy też przyjemność rozmawiać z Neige. O ile Mono było moim gwoździem programu, tak na Alcest również byłem mocno nastawiony. Koncert otworzył tytułowy utwór „Kodama„, później usłyszeliśmy „Écailles de Lune Pt. 1„, „Je suis d’ailleurs„, „Oiseaux de proie„, „L’eveil des muses” oraz inne. Nie mogło również zabraknąć jednego z najbardziej znanych ich utworów – „Autre temps. Ku mojemu rozczarowaniu, nie pojawiła się żadna piosenka z albumu „Souvenirs d’un autre monde„, nie wpłynęło to jednak na całokształt mojego odbioru występu. Inną rzeczą było nagłośnienie. O ile w przypadku poprzednich kapel nie miało to wielkiego znaczenia, ze względu na ich instrumentalny charakter, tak w przypadku Alcestu fakt, że wokalisty praktycznie nie było słychać, był lekkim zgrzytem. Z drugiej strony, Neige w jednym z wywiadów kiedyś wspomniał, że jego śpiew na scenie ma w sobie dużą dozę improwizacji, więc może był to celowy zabieg. Co mnie ujęło najbardziej, to ogromna skromność muzyka. Wyobraźcie sobie – facet prawie dwa metry wzrostu, o niesamowicie mocnym growlu, który witając się mamrocze ledwo zrozumiale do mikrofonu „We’re Alcest”.

Podsumowując – koncert uważam za jeden z lepszych w swoim życiu, zobaczyłem dwie kapele które uwielbiam na jednej scenie. Mam nadzieję, że takie wydarzenia będą częstsze, biorąc pod uwagę jak niesamowicie post-rock i jego pochodne sprawdzają się na żywo.

 

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.
Udostępnij to

O autorze

Wrocławianin, rocznik 92. Muzyką zainteresował się grzebiąc w kasetach ojca, zasłuchując się w Tangerine Dream i Kraftwerk. Z wykształcenia geolog. Fan muzyki atmosferycznej, poetycznej, nawet w najbardziej melancholijnej odsłonie. Wierny fan Avantasii i Stevena Wilsona.