Aerosmith: Don’t walk this way, czyli relacja z koncertu w Tauron Arenie [2.06.2017]

2

Aerosmith kończy karierę i rusza w pożegnalną trasę. Pod takim hasłem odbywa się Aero-Vederci Baby! Tour, chociaż już wiadomo, że zespół (jak wiele innych przed nim) rozmyślił się z tej ostatecznej decyzji i pomimo prawie 50 lat na scenie, nie zamierza jeszcze zwalniać tempa. W jakiej formie szalony Steven Tyler, jego „toksyczny bliźniak” Joe Perry i reszta ekipy zaprezentowali się w Krakowie?

Amerykańska legenda do tej pory dała jedynie trzy koncerty w naszym kraju – w 1994 roku w Warszawie, 20 lat później w Łodzi i 2 czerwca 2017 w Tauron Arenie. Młodsi fani, których nie brakowało, mogą więc czuć się usatysfakcjonowani, że nie musieli tak jak ich rodzice (lub nawet dziadkowie) czekać parę dekad na kolejny show grupy. Przy poprzedniej wizycie Aerosmith promował ostatni album studyjny „Music For Another Dimension!”, w tej chwili jest to trasa typu „best of”, choć przyznać trzeba, że więcej klasyków z repertuaru grupy publiczność usłyszała 3 lata temu w Łodzi. W Krakowie zespół dał koncert niemal bluesowy, ale o tym za chwilę, bo wieczór rozpoczął się występem supportu.

 

Beyond the Black! #beyondtheblack #aerosmith #tauronarena #krakow #kraków #live #concert #gig #music #metal

Post udostępniony przez DeathMagnetic (@deathmagnetic.pl)

Przyznam, że wcześniej nawet nie sprawdzałem, co stoi za nazwą Beyond the Black. Wiedziałem tylko, że to młody zespół, który został doceniony i zaproszony na trasę przez starszych kolegów. Nie spodziewałem się więc, że ich muzyka będzie tak różna od gwiazdy wieczoru. Okazało się, że ze sceny popłynął klasyczny, symfoniczny metal w klimacie Nightwish. Trzeba przyznać, że grupa zaprezentowała się nieźle, pomimo lekkiej konsternacji ze strony publiczności, która jak było widać także nie była przygotowana na taki rozstrzał stylistyczny. Największy entuzjazm wzbudził więc cover ‚Whole Lotta Love’ Led Zeppelin. Beyond the Black mają jednak spory potencjał w swoim gatunku, bo muzycy grają bardzo sprawnie, a wokalistka także daje radę i posiada mocny głos. Kolejna okazja do sprawdzenia zespołu na żywo będzie już na sierpniowym Czad Festiwalu, w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Aerosmith wyszli na scenę parę minut po 21 i zaczęli od ‚Let the Music Do the Talking’. Ci, którzy śledzili wcześniejsze setlisty nie byli zaskoczeni, lecz wydaje się, że mało kto znał ten numer i większość liczyła na bardziej tradycyjny otwieracz w postaci ‚Train Kept a Rollin”. Utwory mają dość podobny klimat, więc moim zdaniem akurat ‚Let the Music Do the Talking’, choć mniej popularny, sprawdził się całkiem nieźle. Następnie pojawił się równie szybki i riffowy ‚Young Lust’. Na początku nagłośnienie lekko niedomagało i właściwie przez cały koncert było dość chaotyczne. Szczególnie gitara Joe Perry’ego zlewała się z innymi instrumentami – szkoda, bo wtedy odbiór koncertu byłby jeszcze lepszy i można by wyłapać parę dodatkowych smaczków.

Po mocnym otwarciu zespół przeszedł do sprawdzonych hitów, które poderwały leniwą publiczność. Szczerze, był to chyba najbardziej drętwy koncert na jakim byłem, jeżeli chodzi o reakcje widzów. Aerosmith to czysty rock and roll, a publiczność dookoła momentami po prostu stała i rozglądała się po hali, nie znała słów piosenek, więc nie pomagała za bardzo Tylerowi wyciągającemu mikrofon w jej kierunku. Większość dookoła mnie była skupiona na filmowaniu i robieniu sobie selfie na tle zespołu. Było to bardzo uciążliwe – momentami zamiast koncertu widziałem przed sobą morze telefonów. Być może na takie zachowanie wpływ mają horrendalne ceny biletów. 380 zł za Golden Circle (550 za Early Entrance!) sprawiło, że zamiast fanów pod sceną znaleźli się w większości zblazowane osoby, które przyszły zrobić zdjęcie i pochwalić się nim na serwisie społecznościowym, niż rzeczywiście przeżywać muzykę i dobrze się bawić. To już jednak jest do weryfikacji przez muzyków, jaką atmosferę chcą mieć podczas swojego show. W każdym razie 69-letni Steven Tyler zawstydził swoim wigorem publiczność w wieku swoich dzieci.

W środku koncertu zespół przeszedł do wspomnianej już bluesowej części, której podstawą były covery Fleetwood Mac. Śpiewał Perry, Tyler przygrywał na harmonijce, muzycy jamowali i widać było, że dalej wspaniale się bawią w swoim towarzystwie. Nie bardzo rozumiem wprowadzania dwóch coverów obcego zespołu przy takiej ilości przebojów we własnym repertuarze, ale było to ciekawe urozmaicenie. Należy tutaj wspomnieć o cichych bohaterach zapewniających bardzo solidną podstawę dla szaleństw Tylera i Perry’ego, czyli Brada Whitforda, Toma Hamiltona i Joeya Kramera. Ten ostatni, pomimo również prawie 70 lat na karku wciąż jest w świetnej formie i w perkusję uderza w potężnym Bonhamowskim stylu. Hamilton swoje pięć minut miał oczywiście w ‚Sweet Emotion’ okraszonym basowym wstępem. Ciekawym fragmentem było również wykonanie (znów mniej popularnych) ‚Hangman Jury’ i ‚Seasons of Wither’, kiedy „toksyczni bracia” na chwilę porzucili szaleństwa i zasiedli blisko siebie na krzesłach.

W podstawowej części koncertu nie zabrakło także ‚Jaded’, ‚I Don’t Want to Miss a Thing’, ‚Rag Doll’ i ‚Dude (Looks Like a Lady)’ oraz kolejnej cudzej kompozycji – tym razem ‚Come Together’ The Beatles. Na bis tradycyjnie na scenę wjechał biały fortepian ze schodkami, co oznaczało ‚Dream On’ z widowiskową solówką Perry’ego. ‚Dream On’ był chyba najgoręcej przyjętym utworem, na który wszyscy czekali. Na koniec pozostało już tylko ‚Walk This Way’ z jednym z najbardziej charakterystycznych rockowych riffów, zakończone efektownym deszczem konfetti.

Zespół zaprezentował się solidnie i muzycy, a przede wszystkim Tyler, na którego zwrócone są wszystkie oczy, byli w dobrej formie. Nie był to „koncert życia”, ale mam nadzieję, że Aerosmith jeszcze do naszego kraju wrócą, bo obcowanie z jednym z największych zespołów w historii rocka to i tak wielkie przeżycie. Odbiór występu mogło popsuć niezbyt selektywne nagłośnienie oraz brak energii ze strony publiczności (oczywiście nie całej, byli fani reagujący żywiołowo i za to szacunek!). Ponadto, tradycyjnie „ekskluzywna” strefa Golden Circle zajmowała 3/4 płyty, co już nawet nie jest śmieszne. Płacąc za bilet 400-500 zł okazuje się, że i tak trzeba przyjść odpowiednio wcześnie i zająć dobre miejsce, żeby być blisko swoich idoli. Szkoda, że wobec dzisiejszych cen rock and roll stał się przemysłem mającym po prostu przynosić jak największe zyski międzynarodowej korporacji, bo wydaje się, że tak obecnie traktuje muzykę główny gracz na rynku i właściwie monopolista. Tytułowy apel skierowany jest zatem najbardziej do organizatora: Live Nation, nie idźcie tą drogą!

 

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!

  • Michał Sz

    Co do telefonów, samo sedno. 15 lat temu jak tego cholerstwa nie było, jestem pewien że byłby młyn. Teraz 2 godziny ktoś widzi legendę i skupia się, żeby zrobić mniej niż namiastkę tego co się dzieje wokół i wrzucić na youtube, gdzie podobnych nagrań jest pierdyliard. Dramat

  • Piotr Wasilewski

    Nie idźcie tą drogą! 😀