3-majówka: Relacja z festiwalu w Hali Stulecia [02-03.05.2015]

0
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Przyszła wiosna, a zaraz za nią nadciąga upalne lato – w przypadku fanów mocniejszego grania oznacza to wyjście z legowisk oraz rezygnację z zamkniętych pomieszczeń na rzecz szerszych i otwartych przestrzeni. Tysiące osobników żądnych ciężkich riffów zakłada ochronne obuwie, rozstawia namiot oraz wypełnia swoje kostki piwami po same brzegi, by pod żadnym pozorem nie poczuć pragnienia przebywając w promieniach przygrzewającego słońca. Brzmi znajomo? Pewnie. Czy to Woodstock? Nie… to wrocławska 3-majówka! Byłem, słuchałem, relacjonuję.

logo

Na sam festiwal dotarłem lekko spóźniony z powodu sporej i niestety wolno rozładowującej się kolejki po odbiór akredytacji. Gdy już jednak udało mi się wejść na teren wrocławskiej Hali Stulecia zaczęła do mnie docierać barwa głosu Piotra Roguckiego – tak, ku nie tylko mojemu zdziwieniu jako pierwszy zespół wystąpiła Coma, ustępując tym samym pod względem frekwencji formacjom o wiele mniej znanym, które scenę festiwalu zaszczyciły swoją obecnością nieco później.

Po początkowej, porządnej dawce łódzkiego rocka na świeżym powietrzu przyszedł czas na kameralne wytchnienie w rytm utworów Fisza Emade. Tutaj warto zwrócić uwagę na dobrą organizację festiwalu pod względem wszechobecności wykonywanej na obu scenach muzyki. Dzięki porozstawianym w regularnych odstępach głośnikach oraz okazjonalnych ekranach, dźwięki płynące z obu scen docierały na cały teren festiwalu w dobrej jakości. Ciężko było stracić choć sekundę muzyki, więc kolejki po jedzenie już o godzinie 17 były zatrważające… a to dopiero początek.

Kolejne koncerty festiwalu to nieustanne przeplatanie stylów. Pomiędzy doskonałą Luxtorpedą i jeszcze bardziej zrywającym skarpety z nóg Illusion zaplątała się niewinna grupa Domowe Melodie, która zamiast z radością i dzikością w oczach obserwować kocioł pod sceną, postawiła na minimalizm. Podkreślam raz jeszcze – pomiędzy tuzami polskiego metalu zagrała formacja występująca w piżamach i wyszło jej to nawet nieźle.

Podobna tendencja obowiązywała też później – urocza Mela Koteluk była eskortowana na scenę przez Illusion, a na backstage przez Pidżamę Porno. Wejście na scenę wspomnianej Luxtorpedy było tym momentem, w którym na terenie festiwalu zaczynało robić się ciasno, a zdobycie ciepłego jedzenia oznaczało stracenie znacznej części jednego z koncertów. Kto jednak kiedykolwiek przejmował się jedzeniem i piciem bezalkoholowych napojów na festiwalu niech pierwszy rzuci kamieniem…

Niemniej z wyżej wymienionych koncertów ciężko wskazać taki, który nie zadowolił publiczności poziomem. Można się co prawda subiektywnie lekko przyczepić do tego, że panowie z Luxtorpedy mieli stosunkowo dobry humor i postawili w większości na swoje lżejsze utwory (jako fan zespołu trochę nad tym ubolewałem), jednak należy przyznać, że zarówno ekipa kierowana przez Litzę, jak i Illusion oraz wszystkie obecne na festiwalu zespoły zostały perfekcyjnie nagłośnione, a ich kontakt z publiką to klasa sama w sobie. Nie obyło się oczywiście bez politycznych akcentów („10 maja wybierzcie mądrze” lub szczególny wydźwięk kawałka „Solą w Oku”).

Dalsze godziny upłynęły pod znakiem Pidżamy Porno, Emira Kusturicy, Karoliny Czarneckiej oraz Bokki. O ile występ ekipy Grabaża był momentem kulminacyjnym pod względem liczebności zgromadzonych pod sceną fanów, a orientalna nuta Kusturicy stanowiła miłą odskocznię od standardowego łojenia, chciałbym zatrzymać się na chwilę na dwóch ostatnich koncertach. Kreacja, którą tworzy na scenie Karolina Czarnecka (tak, to ona śpiewała o herze, koce i innych używkach) balansuje idealnie na granicy podziwu oraz irytacji odbiorcy. Występująca w kolorowym dresie autorka coveru The Tiger Lillies w swojej trwającej od niedawna karierze wokalistki stawia niemal w całości na narkotyczny klimat oraz pobudzone odruchy, gesty czy słowa.

Wspomnieć coś miałem jeszcze o grupie Bokka. Pomimo niezachwycającej frekwencji (koncert zaczął się o godzinie 00:40) zamaskowana formacja zagrała jeden z lepszych (jeśli nie najlepszy!) koncertów pierwszego dnia festiwalu lub nawet festiwalu w ogóle. Tajemniczy zespół był doskonale zgrany muzycznie, miał na siebie rewelacyjny pomysł (kontakt z publiką przez tablet, wizualizacje, kostiumy) i mimo dość krótkiego stażu na scenie można było niemal namacalnie poczuć, że ci ludzie doskonale wiedzą, co robią. Po świetnym koncercie czas wsiąść do zatłoczonego nocnego autobusu (każdy doskonale wie, o czym mówię) i zregenerować siły przed drugim dniem, który zapowiadał się niemniej ciekawie.

O ile 2 maja upłynął pod znakiem dość ciężkiego grania z miłymi, drobnymi i spokojnymi akcentami w postaci Fisza Emade lub Meli Koteluk, tak rocznica uchwalenia Konstytucji według line-upu jawiła się jako dzień spokojniejszy, lżejszy, w sam raz na kaca. I rzeczywiście coś w tym mogło być – wszystkich skacowanych przywitało oryginalne połączenie jazzu i elektroniki pod nazwą Pink Freud. Trzeba w tym momencie zwrócić uwagę na profesjonalny warsztat muzyków zespołu, którzy mimo improwizowanych wycieczek we wszelakie muzyczne rejony spotykają się w końcu w jednym, określonym wcześniej miejscu.

Po jazzowym wstępie powrócono na moment do klimatu poprzedniego dnia. Tłumy ludzi pod sceną na występie Lao Che śpiewały wraz ze Spiętym niemal każdy wers, a sam zespół, podobnie jak wszystkie pierwszego dnia festiwalu, został znakomicie nagłośniony i na szczęście taka tendencja będzie się utrzymywała do samego końca. Zgodnie z wrocławskim zwyczajem po mocnym koncercie przychodzi czas na chillout, tym razem w wykonaniu Natalii Przybysz, przypominającej w wielu aspektach Marię Peszek. Dość liczne przybycie fanów na koncert wokalistki skutkowało radością samej zainteresowanej oraz niezłą rozgrzewką przed kolejnym koncertem, czyli…

Happysad. Parafrazując klasyka – jaki Happysad jest, każdy widzi. Można go kochać albo nienawidzić. Zespół jest w dobrej formie i zagrał koncert na poziomie, do którego przez ostatnie lata przyzwyczaił wszystkich fanów hitów takich jak „Mów Mi Dobrze” czy „Zanim Pójdę”. Należy jednak wyprowadzić z błędu wszystkich tych, którzy uważają, że na koncertach grupy dowodzonej przez Jakuba Kawalca mocne pogo nie ma racji bytu. Obecny ze mną na festiwalu znajomy wyszedł bez szwanku z Luxtorpedy – po Happysad natomiast znajdował się w stanie głębokiego oszołomienia po ciosie glanem w głowę.

Tempo drugiego dnia zaczyna się zwiększać, więc i my przyspieszmy. Świetny występ Curly Heads (genialny Dawid Podsiadło, mnóstwo ludzi w Hali Stulecia) był doskonałym wstępem do Kultu. Właśnie, Kult. Wokal Kazika jest czymś tak charakterystycznym, że większość z nas jest w stanie go poznać o 3 w nocy mając 2 promile we krwi. I niestety, w pewnych momentach do wytrzymania popisów lidera Kultu owe 2 promile mogły okazać się niezbędne. Tak jak nikt nie wymaga wyciągania idealnie wszystkich dźwięków w swoich autorskich utworach, tak przy wykonywaniu coveru utworu ‚Passenger’ Iggy’ego Popa wokal Kazika brzmiał… oryginalnie. Taki już urok tego kultowego zespołu.

Przyszła pora na Hey. Poza wysłuchaniem świetnego koncertu fani formacji dowiedzieli się, że Kasia Nosowska przestała palić, że lubi każdą porę roku i zaczęła cieszyć się drobnostkami w swoim życiu. Występ niezwykle osobisty, dopracowany, wrzucający uśmiech na twarz. Ekipa ze Szczecina jest w formie tak samo, jak była 20 lat temu i końca tej dobrej passy nie widać nawet przez teleskop.

Ostatecznym wyciszeniem przed ostatnim koncertem w postaci Łąki Łan był chilloutowy zespół XXANAXX. Nazwa zespołu jest jak najbardziej adekwatna, co jednak nie oznacza, że ze sceny nuda sączyła się w ilościach hurtowych. Profesjonalny chilloutowy zespół zagrał dopracowany koncert, który, jak się później okazało, był jedynie ciszą przed burzą. Każdy bowiem zna chociażby z opowiadań pulsujący, narkotyczny rytm oraz pozytywną atmosferę, jaka towarzyszy dźwiękom tworzonym przez Łąki Łan i nie inaczej było tym razem.

Zespół w typowym dla siebie funkowym i energetyzującym stylu pożegnał tłum zgromadzony na swoim własnym koncercie i tym samym ludność zgromadzoną na dwóch dniach festiwalu we Wrocławiu. Zapytacie o odczucia? Jak najbardziej pozytywne. Mijanie na ulicy setek ludzi z opaskami z logiem festiwalu na ręce było niezwykle wzruszającym doświadczeniem. Cała rockowa Polska przyjechała do Wrocławia, bawiła się świetnie i wróciła do domu żałując zapewne, że ta świetna impreza nie trwała dłużej. Niech się zgromadzony tłum na mnie nie obraża, że mówię w jego imieniu, ale po moich odczuciach jestem pewien, że inni bawili się co najmniej tak samo dobrze. Do zobaczenia za rok!

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.
Udostępnij to

O autorze

EchoBartosz

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.