ThermiT: Recenzja płyty „Saints”

0

Metalowi rozbójnicy z Poznania zaprezentowali swój debiutancki album zatytułowany „Saints”. W sponsorowanych recenzjach przeczytacie we wstępie tezę o „płycie roku” lub górnolotne stwierdzenie „po wielu latach ciężkiej pracy nad kompozycjami i setkami godzin spędzonych w studiu…”. W naszym serwisie tego nie doświadczycie, gdyż niczym Mariusz Max Kolonko, napiszemy jak jest! Westernowa konwencja zaprezentowana przez Thermita na grafikach płyty przywodzi na myśl wycieczkę po Dzikim Zachodzie, więc zasadnym będzie dotarcie tam ścieżką naszego amerykańskiego dziennikarza. Z kim napijemy się bourbonu, a komu strzelimy w łeb z rewolweru? Zapraszamy do lektury!

Płyta zaczyna się niebezpiecznie, wszak zamiast klimatu dusznego saloonu mamy klasyczny heavymetalowy riff, a mnie przed oczyma już ukazali się galopujący na koniach rycerze… Na szczęście po krótkim wstępie muzyka gęstnieje, a jej klimat nabiera mroku. Zaraz po nim wokalem uderza Trzeszczu – wreszcie udało mu się nagrać wokal oddający 100% jego prawdziwych możliwości, znanych nam dobrze z występów na żywo. Otwierający płytę utwór ‘Lady Flame’ imponuje różnorodnością i jest dobrą zapowiedzią całości materiału. Znajdziecie tutaj brzmienia od Judas Priest po stadionowy riff a la Iron Maiden. Nie myślcie jednak, że w Thermicie brakuje Thermita! Zawodowo basem zarzęził Fabian. Szkoda tylko, że na solówkę w połowie utworu zabrakło pomysłu.

Po spotkaniu „płomiennej panienki” poznańscy thrasherzy zabierają nas na meeting z ‘Zombie Lover’. Utwór znany z EPki „Encephalopathy” jest kapitalnym dowodem na to, że brzmienie Thermita przebyło setki mil od 2013 roku. Patrząc jednak na ten fakt z podejrzliwością Clinta Eastwooda grającego szeryfa w westernie „Hang ‚Em High”, zadać należy sobie pytanie – czy poznańskim grajkom nie brakuje pomysłów na nowe kawałki? Miejmy nadzieję, że nie! W utworze o trupiej miłości odczuwalne są opary poznańskich Kwasożłopów – szybki riff i wtórujące mu „slayerowe” solówki robią wrażenie. Kilkoma strzałami perkusji i gitar z pewnością Titus by nie pogardził! Oldschoolowe heavy miesza się z brudnym i ciężkim thrashem i znowu basista Thermita przywraca wiarę w czterostrunowe gitary! Zastanawiam się, jak jendrasowa ekipa sprawiła, że coraz chętniej podążam ścieżką „starej szkoły”, która z każdym rokiem mojej muzycznej edukacji jest mi bardziej obca.

Pod hasłem ‚Perfect Plan” nie szukajcie niespodzianki. Idealna koncepcja dla Poznaniaków to thrash! Slayer, Testament, ThermiT – te nazwy należy wymawiać jednym tchem. Utwór ten przykuwa uwagę również w warstwie tekstowej, jednoznacznie przedstawiając stanowisko autora wobec jakże aktualnego obecnie tematu religii oraz zamachów bombowych. Aby jednak płyty nie można było wrzucić do jednej szuflady, któryś z wielkopolskich rewolwerowców wymyślił, by w kilku kawałkach zwolnić nieco tempo. Mniejsze obroty zaczynają się w ‚Smoke & Soot’ i takie granie zespołowi wychodzi na dobre, w szczególności podczas gitarowego pojedynku z fachowo osadzonym basem w tle. Takie termity z pewnością spustoszyłyby cały Dziki Zachód, a gardłowy ryk Trzeszcza zaprowadziłby porządek w najciemniejszym zakątku Teksasu.

Cztery utwory „Saints” już za nami, wpatrujemy się w westernowe grafiki z okładki, a tak naprawdę dźwięki dominuje póki co heavy oraz thrash. Nie o taki Dziki Zachód walczyliśmy, chciałoby się rzec. Na ratunek przybywają na szczęście utwory ‚The Story About Bird & Snake’ oraz ‚Fairyland’. Pierwszy z nich odznacza się na całej płycie dwoma kwestiami – po pierwsze jest to kompozycja instrumentalna, a po drugie o połowę krótsza niż pozostałe numery. Przez twórców nazwana „niestandardową balladą” dla mnie jest ciekawym przerywnikiem i perfekcyjnym wstępem do następnego utworu. Ośmiominutowy ‚Fairyland’ rozpoczyna się tak, jakby ThermiT postanowił zrzucił stonerową koronę z głowy Corruption. Chwała zatem muzykom za odwagę! Mam jednak wrażenie, że póki co wujek Anioł pogoni ich ze swojego podwórka z dubeltówką. Połączenie południowych klimatów z klasyką heavy zakończyło się niczym popijanie wódki szampanem – niewielu wytrzyma takie połączenie. Niech panowie będą jednak cierpliwi – przy zachowaniu tendencji w obu zespołach sytuacja może się zmienić szybciej niż nam się wydaje.

Pożądaną cechą wśród muzyków jest rozpychanie się łokciami w swoim gatunku muzycznym. Gdzie byłoby bowiem ciężkie granie, gdyby Black Sabbath nie chciało grać bluesa najciężej jak się da? Albo gdyby Metallica na początku lat 80-tych nie przyśpieszyła tempa dodając muzyce maksimum agresji? Wszyscy dobrze wiemy, że bylibyśmy teraz w dupie. Brawa należą się Thermitowi za dzikość w ‚The Last Meal Of The King’ – dziadek Litza słuchając tego kawałka zapytałby z pewnością „Are you a rebel?!”. Gdyby udało się znaleźć więcej ciekawych patentów, to można by zrezygnować z oklepanych trzydzieści lat temu haevymetalowych „riffów dla riffów”. Również nagranie ‚Louise’ mogło zakończyć się otrzymaniem listu gratulacyjnego przez Poznaniaków. Interpretacja utworu Breakoutu pasuje do koncepcji płyty, a jednocześnie pozostawia kilka big-beatowych smaczków.

Zbliżając się do końca recenzji pominę już kilka wtórnych patentów, jakie jeszcze usłyszałem na „Saints”. Warto bowiem podkreślić co się jeszcze chłopakom udało! W przedostatnim na płycie ‚Mr. Two-Face’ nie sposób przejść obojętnie wobec solówki. Na koncercie skupi ona 101% uwagi publiczności niezależnie od tego czy będzie to 50 osób w klubie czy tysiące metalowców na Stadionie Narodowym. Każdy kolejny utwór na tej płycie to strzał z siedmiostrzałowca między oczy – takie wrażenie odniesiecie przy pierwszym odsłuchu i przy kilku następnych. Z czasem zgłosicie jednak kilka swoich poprawek.

Na swojej debiutanckiej płycie muzycy Thermita sięgnęli po inspiracje z różnych stron – nie bali się połączyć smaku bourbonu, taniego wina owocowego i Jägermeistera. Z pewnością ich koncepcja ma wiele pozytywnych akcentów i jest co wspominać po imprezie zatytułowanej „Saints”. Czy będzie to jednak biba roku? Mam co do tego wątpliwości. Studenci pierwszego roku będą tutaj szaleć, ale ich starsi koledzy, którzy z nie jednego pieca chleb jedli, przedstawią swoje „ale”. Podchodząc do oceny albumu w kategorii debiutu ocena będzie na pewno dużo wyższa niż opisując go jako krążek wydany po 7 latach od założenia zespołu! Wieńczący całość utwór tytułowy jest jednak optymistyczną prognozą przed następnym wydawnictwem. Epicki, najbardziej nieprzewidywalny, ale cały czas ciężki. Unosi się nad nim metallikowy duch, czuć w nim thermitowy styl. Liczę na więcej takich niestandardowych patentów, wypierających różnej maści standardy.

PS. Radujmy się samym faktem, że ta płyta powstała. Większość z nas nie wierzyła już w jej nagranie. No chyba, że teoria spiskowa o kupnie nut na e-bayu i opłaceniu Jackowi Cyganowi 9 tekstów okaże się prawdziwa…

ThermiT: Recenzja płyty "Saints"

1. Lady Flame
2. Zombie Lover
3. Perfect Plan
4. Smoke & Soot
5. The Story About Bird & Snake
6. Fairyland
7. The Last Meal Of The King
9. Louise
9. Mr. Two-Face
10. Saints

Wyro(c)k

86%
86%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    9
  • INSTRUMENTARIUM
    9
  • Wokal
    10
  • BRZMIENIE
    8
  • Repeat Mode
    7
  • Oceny czytelników (29 głosów)
    8.9
Udostępnij to

O autorze

Piotr Wasilewski

Księżyc milczy piotrek665